Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Dziś dwa loty | Refleksje po wyjeździe
Dziś wracam do Krakowa. Przynajmniej taką mam nadzieję. Budzę się o 5:00. Dwadzieścia minut później wychodzę z hotelu. Do biura Bel-air docieram o 5:40. W holu jest paru pasażerów z walizkami, za chwilę dołączy jeszcze starsze małżeństwo.
– What time is the bus? – pytam na wszelki wypadek.
– At six!
Faktycznie o 6:00 siedzę już w autobusie linii 422. W połowie jest wypełniony przesypiającymi pasażerami. Bileter zbiera po 12 TTL za przejazd.
– My last money! – mrugam okiem do biletera, wręczając garść monet.
W rzeczywistości zostały mi jeszcze dwie setki. Zużyję je w październiku lub opchnę w Krakowie. Świta. Niebo nad Ankarą zaróżowiło się, rozjaśniło. Pędzimy przez podmiejskie osiedla zabudowane tysiącami bloków. W dzielnicy Yeşiltepe, w rozległej dolinie Kuzey Yıldızı Vadisi mijamy ośrodek rekreacyjny. Pawilony, alejki z fontannami, sztuczne jeziorka w otoczeniu kwiecistych rabat i równo przystrzyżonych drzew. I olbrzymi meczet górujący nad całością (Büyük Ankara Camii Ve Külliyesi).
Na lotnisku odprawa na lot Pegasusa jeszcze się nie zaczęła, mam czas na zjedzenie śniadania. O 8:00 countery są otwarte, ale, o dziwo, nie chcą ode mnie HES-codu. Panienka natomiast pyta o szczepienia lub negatywny test. Pokazuję zafoliowany certyfikat. Jest zadowolona, ja też. Tym razem przy odprawie bagażowej muszę pozbyć się wody. Odlatujemy do Kijowa planowo o 10:20. Na lotnisku w Borispolu muszę spędzić parę godzin zanim nie wsiądę do Ryanaira. Jutro do pracy.
Refleksje po wyjeździe? To, co mi przeszkadzało przy podróżowaniu do wszelki to wszelkiego rodzaju szykany biurokratyczne i pokrewne. Odbierają one całą przyjemność i beztroskę na wyjeździe. Godzę się i akceptuję, że mogę mieć trudności logistyczne: nie będzie połączenia kolejowego, autobus się spóźni lub nie będę mógł znaleźć hotelu. Jakoś mogę przełknąć problemy związane z bukowaniem hotelu (vide brak możliwości zarezerwowania na Booking.com w Turcji) lub podwójnymi cenami wstępu do obiektów turystycznych dla miejscowych i obcych, ale trudne do przyjęcia są dla mnie różne procedury graniczne, zwłaszcza teraz, w okresie pandemii. Przykładem niech będzie konieczność wykupienia ubezpieczenia na Ukrainie – co było wymagane nawet przy tranzycie w Odessie, przedstawianie certyfikatów, testy, kwarantanna. Także kupowanie wiz i załatwianie różnych innych permitów. Bardzo obciąża mnie niepewność związana z tymi regulacjami. Niosą one stresy i niepotrzebne nerwy.
Większość z tych sytuacji wyjaśnia się w miarę upływu czasu, są do przejścia i wszystko na ogół dobrze się kończy. Ta ostatnia obserwacja wpisuje się w moje trzy wypracowane przez lata reguły:
1. Nigdy nie jest tak drogo jak się wydaje.
2. Nigdzie nie jest tak niebezpiecznie jak się wydaje.
3. Nigdzie nie jest tak trudno jak się wydaje.
Co podobało mi się najbardziej? No cóż, nie będę oryginalny w wyborze: Pamukkale wraz Hierapolis. To jednak wyjątkowa formacja geologiczna, a tamtejsze ruiny po prostu trzeba zobaczyć. Jestem również zachwycony wizytą w Muzeum Cywilizacji Anatolii w Ankarze. Gdzieś w tyle zostały inne wspaniałe miejsca: ruiny Efezu, monastyr w Sumeli i mauzoleum Rumiego w Konyi.
Za największy sukces podczas tego trampingu uważam dotarcie do Trabzonu tak rzadko odwiedzanego przez turystów z Polski. Cieszę się, że dotarłem tam drogą lądową, autobusem. Tak, jak „za dawnych czasów”.
Cieszę się, że ponownie odwiedziłem Turcję. Niejednokrotnie zauważałem duże zmiany, jakim uległ kraj przez 20 lat od mojej pierwszej wizyty w 2000 roku. Symbolem postępu z pewnością może być szybka kolej osiągająca prędkość znacznie większą niż polskie Pendolino.
Wyjazd do Tucji zakończył letni sezon. Teraz czekać będę na to, co przyniesie jesień.