Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]


Izmir – Bakliova – Izmir

wtorek, 3 VIII 2021


Wyjazd do Bakliovej | Nudzę się! | Zwiedzam Izmir | |


Dziś formalnie drugi dzień obrad, ale w wersji „lajtowej”. Spotkamy się w nieco zmienionym składzie w Bakliovej, gdzie znajduje się domek letniskowy jednego z pracowników uniwersytetu. Dostajemy instrukcję, jak dojechać tam autobusem i we trójkę to jest z Ryszardem i Różą jadę tam zaraz po śniadaniu.

Teren domków letniskowych jest ogrodzony, strażnik jest uprzedzony o naszej wizycie, po chwili zjawia się jeden z tureckich członków zespołu projektowego. Chwilę spędzamy w chłodnym (acz zagraconym) domku, później przenosimy się w pobliże „prywatnej” plaży. „Piasek” jest w wersji makro, to raczej żwir i drobne kamyczki, morze tworzy tu zatoczkę osłoniętą niemal ze wszystkich stron przez zalesione wzgórza. Tu fal raczej nie będzie, powierzchnia wody plaska jest jak stół.

Prowadzimy bardzo ograniczone rozmowy na tematy zawodowe. Upalna pogoda najwyraźniej nie sprzyja naukowym dysputom. Nudzę się. Ryszard poszedł pływać, przyznaję, jest dobrym pływakiem, swe umiejętności pokazywał już podczas delegacji w Alicante. Róża rozłożyła się w słońcu, nakryła twarz słomianym kapeluszem i drzemie.

Pomyślałem, że przejdę się po okolicy. Opuszczam ogrodzony teren, idę sprawdzić jak wygląda turecka prowincja. Oczywiście, nie jest to zapadła wschodnioturecka prowincja. W Bakliovej mieszkają raczej bogaci przybysze z Izmiru, a miejscowa ludność osiadła od wieków zdążyła się też wzbogacić. Prowincje leżące nad Morzem Marmara i Morzem Egejskim należą do najbardziej rozwiniętych w Turcji, a produkt krajowy brutto per capita jest 3-4 razy wyższy niż w prowincjach wschodnich (leżących wokół jeziora Wan)*/. Domy w najbliższej okolicy są zadbana, ale sama okolica mało interesująca. Wkrótce wracam nad pozostałych.

Siedzę więc dalej na leżaczku, nieustannie przesuwam w stronę cienia padającego spod drzewa oliwnego. Wśród liści, niewidoczne dla mnie rozbrzmiewają monotonnie cykady.

– Ależ nudne one mają życie! – stwierdzam na głos.

– Macie w Polsce cykady? – pyta Turek.

– Nie – zaprzecza Ryszard.

– U mnie w ogrodzie są – stwierdza Róża.

Rozkładam dłonie i mrugając okiem do Turka, mówię:

– O, takie!

Przede mną zatoczka z zacumowanymi przy pomoście łodziami. Ciepła bryza delikatnie marszczy powierzchnię wody. Kilka osób pływa w umiarkowanie ciepłej wodzie. Słońce praży. Dolce far niente!

Turek częstuje nas solonymi orzeszkami. Miłe, że pomyśleli!

– To wciąga! – Mówię, sięgając po kolejną garść.

Nie planowałem tak spędzić dnia. A jednak zdecydowałem się tu przyjechać. Do Pammukale zdążę pojechać jutro, a potem dalej na północ w kierunku Bursy. Tu jest okazja popływać, nie wiem, jak będzie później na czarnomorskim wybrzeżu. Wchodzę do wody, temperaturę ma nawet akceptowalną. Jest sierpień, ale ja potrzebuję naprawdę ciepłej wody do kąpieli. 15 minut udawanego pływania wystarczy. Wracam na leżak.

Wczesnym popołudniem (zapewne, gdy partnerzy tureccy „wychodzą z pracy”) kończymy wypoczynek. Zabierają nas na obiad do miejscowej knajpki. Dobrze, nie wrócę głodny do hotelu.

Około 17:00 jesteśmy z powrotem w Izmirze.

– Pójdę przejść się po mieście – zwracam się do Ryszarda w hotelu.

– Ja zostaję. Zmęczony jestem.

– Jasne.

No cóż. Każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości.

Biorę mały plecaczek z resztką coli i ruszam.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej