Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Złośliwiec | Sytuacja się pogarsza | Wybawienie
Dwie-trzy godziny stania to normalny początek. Wsiadamy do ciężarówki forda sprzed kilkudziesięciu lat. Facet jedzie 40 km/h w porywach 60. Zgrzytamy zębami – ale cóż! Prosimy, by nas wysadził w Tuluzie przy wyjeździe do Carcassonne – oznacza to, że zrezygnowaliśmy z próby wyjazdu do Hiszpanii (zresztą Polacy potrzebowali wtedy wiz i pewno źle by się to skończyło). Kierowca, czy to przez złośliwość, czy też przez nieznajomość miasta, wysadza nas przy wyjeździe do Foix – najgorszym z możliwych. Idziemy kilka kilometrów, zanim decydujemy się na autobus. Później jeszcze dwa kilometry z plecakiem po centrum. Na rondzie nikt nie chce się zatrzymać w ciągu godziny.
Sytuacja wygląda tragicznie. Zaczyna zmierzchać, gdy przenosimy się na inne miejsce. Wszędzie rozjazdy, zjazdy, dojazdy, znaki zakazu, złe kierunki. Jesteśmy wykończeni. Próbujemy poprosić o nocleg – w tym celu skręcamy w boczną uliczkę. Widzę pracujących ludzi w garażu i, przewidując ich reakcję, mówię im o naszych kłopotach z wyjazdem z miasta. Kobieta ratuje honor Francuzów, bierze nas do samochodu i wywozi do podmiejskiej dzielnicy Tuluzy. Jest 20:00 – bez szans na autostop. Proszę o zrobienie zdjęcia odpoczywającą na ławce kobietę – ta nie reaguje na prośby. Jest głuchoniema. Chce mi się śmiać, bo sytuacja jest tragikomiczna.
Zaczepione nastolatki idące na imprezę nie wyczuwają sytuacji i zamiast zaproponować nocleg u siebie w ogrodzie – podają nam adres farmy, gdzie nie powinno być problemów z przenocowaniem.
Pięknie utrzymane ogródki i roślinność śródziemnomorska bardzo mi się podobają. Mamy wielką ochotę zapukać do takiego domku. Za mostem pechowo natykamy się na Cyganów. Ponieważ nas zauważyli, odważnie podchodzę (22:00) i pytam o farmę. Cyganka podaje kierunek i, ku naszemu zaskoczeniu, zaprasza na kawę rano. Gospodarstwo wygląda na niezamieszkałe. Dobijamy się i wreszcie pojawia się małżeństwo staruszków (on tak sympatyczny, że od razu wciskam mu swój adres), którzy w imieniu nieobecnych właścicieli udzielają zgody na nocleg. Rano wizyta w obozie cygańskim: była rzeczywiście kawa, a krótka rozmowa o życiu tej rodziny przekonuje mnie, że można trafić na różnych Cyganów.