Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Norymberga-Pilzno-Praga

środa, 26. VIII 1992


Jeszcz jedno piękne miasto | Czy urwę resor? | Ubytowna


Kościół św. Klary w Norymberdzw

Ostatnie śniadanie z Basią. Dostaję wskazówki, gdzie się ustawić do stopu. Jadę metrem do północnego Monachium, i rzeczywiście, na krótkim odcinku przed wjazdem na autostradę stoi kilku autostopowiczów. Jest koło 9.00 gdy przychodzi kolejka na mnie. Trafiam na nauczyciela z Ruhry. Uprzejmie pyta mnie czy w samochodzie nie jest za zimno. Air condition.... Wysadza mnie na parkingu przed Norymbergą, tak, bym łatwiej mógł się dostać do centrum. Zanim dojechałem do miasta pogadałem z trójką chłopaków z Polski wracających do kraju po nieudanych saksach. Wyglądali na cwaniaczków.
Norymberga. Zaczynam od okolic dworca: trochę tu narkomanów i elementu. Zwiedzam kościoły: St. Lorentz, St. Sebastian, oglądam Mauthalle i Stary Ratusz. W końcu wspinam się do potężnego zamku Kaiserburg. Nie zwiedzam wnętrz; nawet nie tyle, że drogo, co po prostu mam dosyć zwiedzania. Burzę spędzam w wykuszu okna jedząc suchy prowiant (Basia). Spacer w kierunku przedmieść. Niestety obwodnica jest daleko; w końcu trafiam na dobre miejsce do stania zajęte przez Czecha z Pragi. Po godzinie zabierają go Niemcy. Ja zgrzytam zębami - na przemian pada i przesycha, a ja stoję i stoję. Jest 20.00 - ciemne chmury wiszą nad miastem. Rozglądam się już po okolicy za noclegiem, gdy zatrzymuje się Niemiec i podrzuca mnie 15 km na mały parking przy autostradzie. Wielkie dzięki!

Rzeźba Wita Stwosza w Frauenkirche, NurnbergParking rzeczywiście jest mały. Stoi tu około 10 TIRów i kilka samochodów osobowych. Ciężarowcy - głównie Czesi, ale są i Polacy nocują tutaj. Zaczyna padać. Spostrzegam, że wyładowany po brzegi duży fiat ma rejestrację polską, ba! krakowską! Witam się z Polakami, dwójką chłopaków 20+ i dziewczyna; studenci. Czekają, aż deszcz ustanie, nie mogą mnie zabrać z braku miejsca i urwanego resora. Widząc, że moknę na deszczu zapraszają mnie do środka. Rozmawiamy.
W końcu przejaśnia się. Głupia sytuacja. Kierowca mówi, że zaryzykuje, ale jeśli błotnik będzie zbyt ocierał, to mnie wyrzuci. Skwapliwie przystaję na tę propozycję. Jedziemy coraz szybciej spodziewając się jakiejś katastrofy. Nic takiego się nie dzieje. Dojeżdżamy do granicy. Nie pamiętam, jak to jest z Czechami - czy nie wolno wwozić obcych walut, czy też czeskich koron (w banku norymberskim wymieniłem kilkanaście DM na korony - głupio się czułem obracając takimi milionami...). Szczęśliwie przejeżdżamy przez granicę i od razu mogę dostrzec różnicę między Zachodem a Wschodem: kończy się wygodna autostrada, zaczyna się kręta, nieoświetlona, wyboista i nieoznakowana droga do Pilzna. Dwukrotnie błądzimy przejeżdżając przez czeskie miasteczka. W Pilźnie dopytujemy się o schronisko - "ubytowną". Spacer po mieście kończymy w hotelu, z którego jednak rezygnujemy. Jedziemy do Pragi. Wesołe rozmowy o ulicy Żytniej, gdzie mieści się praska ubytowna poprawiają mi humor.

Ano, na Żytniej rzeczywiście jest ubytowna. Trójka Polaków widząc, że po 2.00 nie dostanie się do środka, idzie szukać noclegu gdzie indziej, ja przenoszę się do 24/24 baru mieszczącego się w tym samym budynku. Tu nareszcie mogę być Europejczykiem. Zamawiam kawę (2 CSK), drugą kawę, trzecią kawę... Czas mi się dłuży. Przy złączonych stolikach siedzą Czesi. Zachowują się głośno i wesoło. Nie są podpici i mam ochotę przysiąść się do nich, mimo że są znacznie starsi ode mnie. We właściwym momencie Czech sam proponuje mi ich towarzystwo. Funduje mi sok - piwa nie chciałem. Prym wodzi facet dorabiający w Hamburgu i tu przepuszczający forsę. Stawia wódkę wszystkim, później jakąś zalewajkę. Jem i piję. Na koniec serwują parówki, ale się wymiguję. Świta.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej