Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
A na plaży mi się marzy... | Światowe Centrum Esperanta | Architektura holenderska mnie zachwyca
Dziś próbujemy przejechać do Rotterdamu, gdzie mieszka jeden z esperantystów. Po drodze planujemy zobaczyć Hagę. Podjeżdżamy zatem tramwajem wczesnym rankiem do wjazdu na autostradę. Zabiera nas biznesmen. Po dwóch latach niewiele pamiętam z tej trasy, jednakże musieliśmy okazać się na tyle sympatyczni, że po lekkiej sugestii podwiózł nas do Scheveningen – nadmorskiej dzielnicy Hagi. Przed nami rozpościera się szeroki budynek Kurhausu – hotelu. Mijamy go i po raz pierwszy widzę Morze Północne.
Po krótkiej niepewności, czy aby na pewno możemy wejść na plażę, rzucamy się na plażę. Świeci słońce – jest już południe, upał coraz silniejszy. Zrzucamy z siebie swetry, rozkładamy karimaty. W morze wychodzi charakterystyczne molo, lecz moją uwagę przyciągają dziewczyny – trafiliśmy bowiem na plażę topless. Bardzo przyjemnie by spędzało się tu czas, nie ma go jednak zbyt wiele. Jemy posiłek i ruszamy ku centrum.
Po kwadransie poddajemy się – z tymi tobołami trudno się poruszać. Wsiadamy do tramwaju i na szczęście kupujemy bilety. Na szczęście – bo tego dnia kilkukrotnie trafiamy na kontrolę. Dochodzimy do Parlamentu i zatrzymujemy się na dużym dziedzińcu – Binnenhof. Niestety Sala Rycerska jest droga i tylko z przewodnikiem – rezygnujemy. Są tu wokół jakieś muzea i kościoły, ale po pierwsze: niezbyt atrakcyjne, po drugie: zgubiłem swoje notatki z Holandii i Belgii.
Podchodzimy do autostrady, mijając superatrakcyjne centrum mieszkaniowe – ta nowoczesna architektura robi na mnie równie duże wrażenie, co zespół Parlamentu. Do Rotterdamu stąd blisko – 25 km, podwozi nas jakiś facet. Po drodze wyjaśniamy mu, że najpierw udajemy się do Światowego Centrum Esperanto. Facet – miły jak reszta Zachodnioeuropejczyków – podwozi nas pod sam budynek mieszczący się przy głównej ulicy ("Gdybyście chcieli tu spacerować, to unikajcie odcinka tej ulicy od tego skrzyżowania do tego. To część narkomanów i dealerów"). W Centrum trochę młodych ludzi. Pani w średnim wieku zabiera nas na piętro, do biblioteki, rozmawiają obie po esperancku, robię im zdjęcie. Później zostajemy zaproszeni na herbatkę. Dość dziwny poczęstunek: każdy ma tu własny kubek i przynosi własne jedzenia.
Na nocleg w Centrum nie ma szans, ale esperantysta, do którego Dorota dzwoni, przyjmie nas. Podjeżdżamy autobusem prawie pod jego dom. Chłopak, koło trzydziestki, nie wykazuje specjalnego entuzjazmu z naszego powodu. Jest gdzieś umówiony, więc nas "wyrzuca" na kilka godzin. Jest dopiero 16:00-17:00 i udajemy się na piechotę z wysepki, na której mieszka przez potężny most do centrum. Bardzo podobają mi się Kijk Kubus, czyli sześcienne domki – mieszkania ustawione szeregiem na wierzchołkach.
W ogóle całe centrum Rotterdam zachwyca nowoczesną architekturą – trudno tu znaleźć jakieś zabytki – wszak miasto zostało zbombardowane przez Niemców 14 maja 1940 roku. Zaglądamy do małego Muzeum Diamentów – właściwie jest to sklep + wystawa + warsztat szlifierski. Wykazuję wyjątkowe zainteresowanie i zadaję szereg pytań dotyczących obróbki kamieni.
Podczas spaceru dochodzimy aż pod dworzec, a następnie powoli, "na czas" wracamy do domu.