Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Nuwara Eliya – Pattipola

poniedziałek, 16 II 2015


Melodyjna pobudka | Tyle tu atrakcji! | | | | | | | | | | | Wieczorny jazgot


Hatton, 6:00 rano. Jeszcze przed świtem budzi mnie muzyka i głos modlitw mnichów buddyjskich. Muzyka jest melodyjna, można właściwie powiedzieć, kołysząca do snu. Ale przecież to nagranie z potężnego megafonu umieszczonego przy świątyni – zdaję sobie później sprawę. Tu mieszkańcy mają codziennie niezłą pobudkę. Popadam jeszcze w drzemkę, ale chłód ciągnący od wpół otwartego okna wygania mnie ze śpiwora. Obiecałem Cecile ciepłe bułeczki na śniadanie. Niestety, brama wejściowa hotelu jest zakratowana, zamykana na kłódkę. Nie wiem, gdzie hotelarz śpi, wracam więc do pokoju. Właśnie się rozwidniło, ucichły dźwięki buddyjskich modłów. Robię kawę i zjadamy pół słodkiej bułki, która została od wczoraj.

Priorytetem jest, by dowiedzieć się, jak dojechać do parku narodowego Wyżyn Hortona. Niestety przewodnik po Cejlonie, na który już wielokrotnie narzekałem, nie daje w tym względzie żadnych dokładniejszych wskazówek. To, że można dojechać z Nuwara Eliya jest dla mnie tak samo oczywiste, jak możliwość dojazdu do Ojcowskiego Parku Narodowego z Krakowa. Cecile myje się i pakuje, ja idę zasięgnąć informacji. Kierowca autobusu bierze ode mnie notatnik, rysuje mapkę i tłumaczy, że należy wysiąść z mikrobusu jadącego do Nuwara Eliya na Blackpool Junction. Potem taxi lub autobus. Hm… Wracam do hotelu rozczarowany. Cecile dalej niespakowana, biorę znów od niej parę cięższych rzeczy. Zajmujemy miejsca w autobusie do Nuwara Eliya (45 km) i z niepokojem obserwujemy rosnącą liczbę pasażerów, którzy są upychani przez biletera wewnątrz niewielkiego pojazdu. Szeroka droga (A7 Highway) z równym asfaltem byłaby przyjemnością, gdyby nie facet, który położył się na mnie. Boleśnie to odczuwam zwłaszcza na zakrętach. Na szczęście to tylko półtorej godziny drogi.

Droga wiedzie wśród herbacianych plantacji, wznosimy się coraz wyżej. Po drodze mijamy wodospad Devon Falls.

– Ouch! – jęczę.

– Co się stało?

– Tu jest ładny wodospad.

– No i? Chcesz wysiąść?

– Chętnie bym zobaczył…

Devon Falls, znany jako „Zasłona Doliny”, mierzy prawie 100 merów wysokości i jest dość spektakularny. Biję się z myślami. Jest jednak zbyt późno na podjęcie decyzji, autobus mija Talawakele. Trudno, nie podejdziemy do nich.

– Dla mnie ważniejsze jest plantacja herbaty – stwierdza Cecile.

– Przy najbliższej okazji.

Szkoda, że nasz przejazd przez Sri Lankę nie jest do końca przemyślany. Zostawiłem Cecile planowanie trasy na Cejlonie. Nie wiedziałem, że te wodospady są po drodze do Nuwara Eliya. Przy okazji moglibyśmy zobaczyć plantację. Na marginesie: nazwa wodospadu pochodzi od jednego z pierwszych brytyjskich plantatorów, którego plantacja znajdowała się w pobliżu. I nachodzi mnie refleksja: tak dużo lokalnych nazw pochodzi od nazwisk obcych kolonizatorów, zarówno tu, jak i w Indiach i reszcie Azji Południowo-Wschodniej. Czy fakt, że jakiś facio miał tu plantację kawy jest wystarczającym powodem, by nadawać wodospadowi jego imię? Przecież z pewnością jest jakaś lokalna nazwa syngaleska czy tamilska…

W Nuwara Eliya idziemy na internet przy Mei Street i sprawdzamy na Wikitravel, że dojazd do parku narodowego jest przez Ambawelę i Pattipolę. Wygląda na to, że hoteli w tych miejscowościach brak. Wstępujemy na wszelki wypadek do agencji turystycznej. Szef sprawdza, że w Ambiwela Garden Hotel pokoje są po 277 USD i proponuję przejazd do parku za 3500 LKR za dwie osoby. No, ale do tego dochodzi wstęp 5700 LKR za dwie osoby i impreza robi się droga za dwuipółgodzinny spacer. Dziękujemy!

Po miasteczku kręci się sporo białasów, między innymi Polacy z Rainbow Tours. Notabene, praktycznie wszyscy po sześćdziesiątce – siwowłosi mężczyźni i grubawe na ogół kobiety, którzy wyjechali – być może – w swoją podróż życia. Rzecz jasna przypomina mi się spotkanie z uczestnikami wycieczki Logostour na szczycie Sarangkot w Nepalu. Wówczas dostrzegłem dużą różnicę między kosztem ich wycieczki i naszego trampingu po Indiach i Nepalu. Dziś ta dysproporcja być może nie jest tak duża, z pewnością jednak nasze koszty są trzykrotnie niższe.

Niestety, na dalszy transport musimy poczekać cztery i pół godziny. Zdecydowaliśmy się na autobus do Pattipoli, wedle naszej wiedzy jest najbliżej parku. Zbiera się tłumek chętnych i w momencie wjazdu na stanowisko wysłużonego, czerwonego autobusu lankijczycy rzucają się, by zdobyć wolne miejsca. Jakoś udaje się nam zająć miejsca siedzące. Po drodze przysypiam. Niby to tylko 20 kilometrów, ale półtorej godziny jazdy dłuży się. Odnotowuję tylko obecność przepięknego jeziora (Kande Ela Reservoir) z niebieską taflą wody wśród leśnej zieleni.

Poszukiwanie noclegu

Nagle dobiega do nas przeraźliwy jazgot przypominający bicie młotami po blasze albo odgłos uruchamiania traktora – trudno rozpoznać. Ta kakofonia ma ledwie odczuwalny rytmu, dopiero po paru chwilach przeradza się w melodię i śpiew. Wybiegam w pokoju z nadzieją, że to jakiś orszak weselny. Jak się okazuje – to codzienne modły dostarczane wszystkim mieszkańcom w promieniu 10 kilometrów z gigantofonów powieszonych na słupie. Pechowo znajdujemy się w ich bezpośredniej bliskości. Słyszę z pokoju obok jakąś rozmowę. Dość szczególną, jak się okazuje, bo oto pod ścianą naszego pokoju padła na twarz kobieta i głośno się modli. Hałasy z zewnątrz trwają godzinę. Widać, nie tylko dzwony kościelne i głos muezina z minaretu potrafią uprzykrzać życie ludziom. Spodziewałam się, że kolejną "koncert" będzie o 5:00 rano, jak w Hatton.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej