Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]
Arwad: Lonely Planet nie kłamie | Szlag mnie trafia | Resztki Ugaritu | Noc w lesie
Kolejny "ekspresowy" dzień. Wg programu mieliśmy nocować w hotelu w Latakii i stamtąd zrobić wycieczkę do "miasta umarłych" – Ugaritu. Wynika jednak problem związany z moją osobą – wcale mi się nie spieszy do Turcji, a za taką opcją są pozostali. Po prostu ich zdaniem na Ugarit wystarczy 1 godzina i można jechać dalej do Turcji. Po co zamieniać tańszą Syrię na Turcję? Co zrobić z trzema dodatkowymi dniami w Turcji? Na te pytania nie dostaję odpowiedzi.
Zostawiam na razie te wątpliwości, bo oto teraz płyniemy na wyspę Arwad. Wyspa ta, położona zaledwie kilka kilometrów od Tartus, słynna jest ze swych wąskich i śmierdzących uliczek. Wsiadamy w porcie jachtowym do łodzi motorowej, rozkładamy się na pokładzie i dachu; wietrzyk przyjemnie nas chłodzi, wystawiamy twarze do słońca...
Arwad. Zagłębiamy się w labirynt uliczek wybierając te mniej śmierdzące. Półgodzinny obchód wyspy jest wystarczający. Siadamy w kawiarnianym patio i delektujemy się herbacianym syropem.
Wracamy. Dopiero teraz płacimy za przejazd (75 SYP za 4 osoby), bierzemy bety z hotelu i jedziemy do Latakii. Po drodze "zwiedzamy" inny punkt programu – Kalat al Mahraba: gdzieś na szczytach dostrzegamy ruiny zamku krzyżowców... Na dworcu w Latakii Darek proponuje, by tu nie nocować, lecz ze względu na brak
lokalnych połączeń jechać taksówką dalej do Ugaritu. A nawet dalej do Turcji. Świetnie! Kolejne przyspieszenie, plan 6-letni w jeden rok. Szlag mnie trafia. Co to za zwiedzanie kraju po godzinie – półtorej na jeden obiekt turystyczny. W Istanbule – bieg przez Topkapi – OK, mieliśmy autobus na konkretną godzinę.
Ale Jerash – 1.5 h, Crac de Chevaliers – 1.3 h, Ugarit – 1 h? Tu wcale nie chodzi o to, czy "da się" zwiedzić, bo na pewno "się da". Ale ja chciałbym poczuć to miejsce, zrelaksować się w ładnej scenerii. Przecież to lepsze niż siedzenie godzinami w hotelu, aż ktoś skończy się pakować, ktoś skończy palić, myć się, jeść, pakować się, palić, jeść,
palić, przebierać się, myć się... Po prostu źle mi z tym, że tak beznadziejnie traci się czas na zwiedzanie jest tylko dodatkiem do tego tracenia. I jeszcze jedno: dobrze wiem, że po latach pamięta się te miejsca, które poznawało się bez pośpiechu.
Propozycja Darka, by jechać do granicy tureckiej ze zwiedzaniem Ugaritu "w locie" zostaje podkopana przez dwójkę Polaków, którzy zaliczyli Ugarit korzystając z minibusów. Czyli da się jechać na raty i to taniej. A jednak jedziemy taksówkami do Ugaritu. Tu taksiarze czekają a ja (15 SP – ISIC), Andrzej (ISIC) i Beata (300 SYP) zwiedzamy starożytne pozostałości. Kilka hektarów mocno zniszczonego miasta z pewnością jest wartych 15 SYP, lecz 300 funtów to wydatek tylko dla fascynatów. Kręcę się po trawiastych uliczkach, rozmyślam o historii tego miejsca; docieram w końcu do świątyni Baala, o czym się dowiaduję z odpowiedniej tabliczki. Cóż: czy tu, czy też 10 metrów dalej była świątynia, dla mnie bez znaczenia – wszak wszędzie podobne do siebie kamienie... Przyrządzam sobie małą kawkę w chłodnej piwniczce i niespiesznie wracam.
Syryjczycy wiozą nas na granicę. Krajobraz jest tu południowoeuropejski. Serpentyny asfaltu wiją się między wzgórzami porośniętymi lasami, winnicami i sadami. Domy wciąż
wyglądają skromnie i na zaniedbane. A jednak z przyjemnością spędzałbym tu urlop, gdzie wprost z dachu można rwać winogrona.
Tym razem przejście graniczne jest jeszcze bardziej kameralne niż w Daarze. Wszystko byłoby OK, gdyby nie jeden zgrzyt w postaci 2-dolarowej dopłaty do wizy za... jej wypisanie. Około 20:00 dochodzimy do leśnego miejsca biwakowego z barem. Nie ma tu szans na nocleg, ale Darek i Andrzej zamawiają herbatę i kebab. Około godziny czekają na realizację, ja robię sobie herbatkę i czekam, czekam. Około 22:00 ruszamy do lasu. Mam wrażenie, że głośne rozmowy przed snem pomagają niektórym oswoić się z niebezpiecznym otoczeniem...