Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]


Kuzguna yavrusu sahin gorunur                 Dla kruka jego pisklęta są sokołami

Stambuł – Katowice – Kraków

środa-czwartek-piątek, 2-3-4 VIII 2000


Opóźnienie | Do domu!| Podsumowanie | Jak uzbierać grupę?


Wielki Bazar

Docieramy do Stambułu około 8:00. Jeszcze raz stwierdzam, że to największe miasto Turcji jest przepięknie położone. Lądujemy w hotelu Monte Negro – tym samym, od którego zaczęliśmy nasz tramping. Powrót się opóźnia – autobus do kraju będzie podstawiony dopiero o 17:00 zamiast o 9:00. Ma to i dobre strony – jest czas na zwiedzanie miasta. Po 2 godzinach odpoczynku w hotelu (wynajęliśmy 1 pokój na kilka godzin) idę z Beatą na Wielki Bazar. Po drodze zwiedzamy Uniwersytet. Bazar nie robi już na nas dużego wrażenia – mamy za sobą bliskowschodnie suki w Aleppo i Damaszku. Oglądamy, komentujemy. Przemieszczamy się ulicami pełnymi straganów ku Bazarowi Egipskiemu. Z przyjemnością bym dłużej tu myszkował, zwłaszcza, gdybym dysponował większą gotówką... Spacerujemy po moście, oglądamy kilka meczetów w tym Meczet Sulejmana.

Wracamy do hotelu. Tu kolejka do łazienki świadczy o nieustającym zamiłowaniu grupy do higieny. Wraz z kilkoma handlarzami pakujemy się do autobusu. Około 18:00 dosiada się jeszcze kilka osób i wraz z drugim autobusem ruszamy do Polski. Warunki są komfortowe – 14 osób rozsiada się wygodnie zajmując po 2 fotele. Przekraczamy granicę bułgarską (21:00) i pojawia się problem techniczny – niesprawne przednie hamulce – z dziwną regularnością (co 2 godziny) kierowcy naprawiają koła, co powoduje narastające opóźnienie. Spóźnieni na prom przy granicy rumuńskiej jesteśmy zmuszeni czekać dwie godziny na następną przeprawę – tym razem bez emocji i specjalnego zainteresowania – po prostu spałem.
Mijamy wysuszone i biedne ziemie rumuńskie, pod wieczór zajeżdżamy na Węgry, morzy nas sen, następne granice mijamy w pół-śnie. Andrzej i Mateusz, który wraca z nami do Polski w zastępstwie Darka piją alkohol, a po zakupach w sklepach wolnocłowych umilają sobie podróż grając w tysiąca o kolejne setki alkoholu.
Czuć zmęczenie podróżą. Rano ostatnia granica – jesteśmy w Polsce. Ja dzwonię do domu, Andrzej korzysta z bufetu szwedzkiego w cieszyńskiej knajpie. Rozstajemy się w Katowicach. Mnie jeszcze czeka podróż pociągiem do Krakowa.

Chyba czas na podsumowanie. Jestem zadowolony z wycieczki. Trzy nowe kraje w tym dwa zwiedzone dokładnie to zupełnie dobry wynik. To zasłużona nagroda po 7 latach przerwy w podróżach. Żałuję, że nie zdobyłem się na wycieczkę wcześniej i mam nadzieję, że przyszły rok przyniesie mi nowe doświadczenia zagraniczne. Tym razem przejechałem 10.000 km w tym 6.000 km na miejscu. Tramping pełen był nieoczekiwanych zdarzeń, czułem smak przygody: nocleg w Palmirze, Maalouli, Wadi Rum, wspinaczka na górę, piknik z Kurdami. Wiele miejsc mnie zachwyciło – Palmira, rafy koralowe, pustynia, suki, ruch uliczny, stroje arabskie, roślinność, islam. Spodziewałem się chyba, że Petra i Palmira wywrą na mnie większe wrażenie – może to dlatego, że oglądałem te miejsca w internecie?
Wydawałem więcej pieniędzy "na życie" i na przyjemności niż dotychczas. Dzięki temu spróbowałem miejscowych potraw: kebabu, szałarmy i falafelu. Kupiłem trochę pamiątek – przede wszystkim kolczyki i galabiję z chustą.
Mniej było miejsc zwiedzanych niż np. we Włoszech – nastawiłem się więc na krajobrazy. Jadąc na tramping wydawało mi się, że najciekawsza, najbardziej atrakcyjna będzie Jordania – kraj najrzadziej odwiedzany przez Polaków. A jednak kilka przypadkowych przykrych sytuacji z Jordańczykami sprawiło, że bardziej polubiłem Syrię. Zadziałał też chyba ten sam mechanizm, z którym miałem do czynienia w Holandii i Belgii (ludzie + pieniądze).

Meczet Po raz pierwszy zdarzyło mi się jechać samemu, nie znając nikogo ze współtowarzyszy wycieczki. Była to więc loteria, czy spotkam właściwych ludzi. Tak się nie stało – trudno. Zresztą miałbym trudności ze skompletowaniem ekipy spośród swoich znajomych. To jest właśnie zastanawiające i symptomatyczne, dlaczego nie potrafię wskazać ludzi, z którymi pojechałbym w ciemno na miesięczny tramping. Kto ze znajomych z Pulsu byłby dość odporny, by przetrwać noclegi w ruinach/na dachu/w krzakach. Która z dziewczyn przeżyłaby w tych warunkach klimatyczno-sanitarnych? Kto z nich byłby na tyle zaradny i samodzielny, by przetrwać? A zatem skazany byłem na "odważnych" i tych... "wprowadzonych w błąd": w Łodzi mówiono klientom biura o dwuosobowych pokojach na trasie. W sumie nie było najgorzej – można było z nimi przeżyć – z wyjątkiem małżeństwa, których obecność była nieporozumieniem.
Najwięcej pretensji miałem i mam do pilota – wg mnie nieprzygotowanego do prowadzenia trampingu – choć oczywiście Darek jest przygotowany do samodzielnych wypraw. Ja w każdym razie byłbym innym pilotem. To normalne, iż musiałbym się przygotować organizacyjnie i merytorycznie do wyjazdu. Umiałbym opowiedzieć ludziom o tych terenach, obiektach, ludziach i zwyczajach; nic tak nie przybliża obcych krajów jak wspomnienia i anegdotki – przygotowałbym wiadomości nie tylko z LP. Zanim ludzie by wstali po noclegu – znałbym godzinę odjazdu autobusu lub przygotowałbym transport. Umiałbym zaplanować czas wolny.
Jako organizator – przygotowałbym realny program i realny budżet trampingu. Słowa Mateusza "Gdybym podał cenę o 100 $ wyższą, nikt by nie pojechał" interpretuję jako naciąganie klientów (lub niekompetencję).
W sumie jednak wyjazd Turcja – Syria – Jordania oceniam – poprzez pryzmat dopiero co ukształtowanych wspomnień – jak najbardziej pozytywnie.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej