Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]


Sinek kucuktur, ama mide bulandirir                 Mucha mała ale dość duża by dokuczyć

Göreme – Zelve – Göreme

poniedziałek, 31 VII 2000


Qui pro quo? | Szukam przewodnika | Beata naciąga Turka | 'Pepsi 10m'


'Klasyczne' grzyby w okolicach Doliny Zelwe

Ranek przynosi zaognienie sytuacji i nieoczekiwane wyjaśnienie. Andrzej, po rozmowie z właścicielem, stwierdza, że wszyscy mogą zostać, wszyscy z wyjątkiem mnie – bo robię problemy – tak usłyszał od Turka. W żaden sposób nie czuję się winny. Oczekuję wyjaśnienia sytuacji przez pilota – tymczasem pakuję się. Przychodzi po pewnym czasie Beata i powtarza za Darkiem, że to właśnie Darek ma opuścić teren a nie ja. Rozjaśnia mi się w głowie – to wczoraj z Darkiem były problemy (palenie na basenie, nie zakręcony prysznic itd.). Widzę w tym wszystkim tchórzostwo pilota, którego nie stać było na zaprzeczenie słowom Andrzeja, i wyjaśnienie pomyłki. Żegnamy się z pilotem, który umawia się z nami na popołudnie. Będzie nocował na innym kempingu.

Co robić z kolejnym dniem w Göreme? Słoweńcy zachęcili nas do odwiedzenia Zelve – to samo, co w Open Air Museum w Göreme, a znacznie taniej. Wybieram się tam zatem z Beatą – pieszo! I po dwóch godzinach docieramy do Zelve. Z przykrością stwierdzamy, że 2.5 mln lirów (5 razy więcej niż zapowiadali Słoweńcy) to więcej za wstęp niż mamy w sumie. Od razu podchodzę do bramy i tłumaczę, że zapomniałem wczoraj przewodnika na terenie muzeum. Już weszliśmy, gdy Turek zaczął się czepiać o szczegóły "zaginięcia". Kończy się kompromisem. Beata zostaje, ja idę na "poszukiwania". Oglądam kilkanaście miejsc – domostw i kościołów wykutych w skale, lecz nigdzie nie dostrzegam fresków wewnątrz. W sumie – myślę, że Beata siedząca przy wejściu z niepocieszoną miną niewiele straciła.

Wracamy. Słońce zaczyna dokuczać a do kempingu tak daleko. Skręcamy do wsi Cavusin i odpoczywamy przy coli, która okazuje się być nędzną podróbką. Beata daje się namówić miejscowemu naciągaczowi na oglądanie kościoła. Idą gdzieś na skałki, ja czekam. Czekanie wydłuża się, rozważam różne scenariusze gwałtu Turka na Beacie. Wreszcie są, a gdy Beata rezygnuje z zakupu wyrobów Turka na jego straganie, ten ostatni żąda zapłaty za swe usługi przewodnickie. Ze wstrętem przygląda się 250 TTL. Ja bym nie wziął.

Nisze z kościołami w Open Air Museum w Zelve Wchodzimy do jednej, drugiej, trzeciej dolinki. Żar leje się bezchmurnego nieba. Na szczęście są groty i aprikoty pozwalające na godziwy odpoczynek. Szukamy Rose Valley. Choć wszystkie są atrakcyjne i mają różowo zabarwione skały to dolinę o tej nazwie osiągamy dopiero po trzech godzinach. Drogowskaz jest oczywiście po turecku, za to co chwilę spotykamy zachęcające strzałki: "Coca cola, Fanta Sprite – 10 m". Dochodzimy i do knajpki i do kościoła i... mamy dosyć zwiedzania Kapadocji na dzisiaj. W powrotnej drodze turecka rodzina podwozi nas pod kemping. Okazuje się, że pozostali też byli w Zelve ale... nie wchodzili (małżeństwo kupowało pamiątki).
Wieczorem Darek zaprasza nas na pożegnalne lampkę wina. Wygłaszamy okolicznościowe mowy. Przyjeżdża długo oczekiwany Mateusz ze swoimi sztywniakami – uczestnikami drugiego trampingu. Pieniędzmi od Mateusza spłacamy długi u Andrzeja i Jarka.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej