Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Sinaia-Cabana Babele

piątek, 8 VIII 2003


Wyjazd do Sianaia |Monastyr |Pałac Peles - prawdziwa perła |Piękny hall |Królewskie komnaty |Królewskie życie |Diagnoza |Rozstanie - bilans otwarcia |Rumuni trenują... |Chłodny wieczór w Babele


Monastyr w Sinaia

Rano... szkoda gadać. O wpół do dziewiątej budzę Magdy. Niezbyt chcą wstawać, ignorują mnie - już obie. Myję się, jem śniadanie i umawiam się na spotkanie w Sinaia pod Pałacem Peles. Prawie natychmiast łapię okazję i podjeżdżam do centrum miejscowości.
Drobne zakupy jedzeniowe i idę oglądać sławny monastyr.

Trwa akurat msza, wstęp więc mam gratisowy. Wewnątrz Catedrala Carpatilor pochodzącej jeszcze z XVII wieku, jak zwykle mrok i bogato zdobione freskami ściany. Absyda ozdobiona Maryją z Dzieciątkiem w towarzystwie anielskiej obstawy. Na sklepieniu nawy głównej ledwie widoczny Jezus Chrystus. Kolumny oddzielające nawę od wyjątkowo wąskich naw bocznych pomalowane na złoty kolor, wzdłuż barokowych łuków geometryczne ornamenty - coś na kształt marokańskich arabesek. Wycofuję się na zewnątrz, oglądam przepiękny rzeźbiony w kamieniu portal i natykam się na milczące Magdy. Na razie w sklepiku urządzonym w dzwonnicy (1600-kilogramowy ponoć dzwon) kupuję kasetę z hymnami pochwalnymi - będę miał uzupełnienie do małej kolekcji - cerkiewnych pieśni z Rosji i Koranu z Jordanii. Jeszcze rzut oka na maleńki kościółek ukryty na dziedzińcu - jest jeszcze starszy niż główny monastyr, trwa tu renowacja kolorowych wnętrz w przednawiu, nawa główna i absyda już zachwycają zwiedzających swymi malowanymi komiksami. Monastyr w Sinaia

Teraz drogą parkową zaśmieconą straganami z wyrobami turystycznymi (głównie ścierki i drewniane badziewie) idziemy do pałacu Peles. Królewska siedziba wyłania się zza drzew i początkowo sprawia wrażenie małego ale zarazem ładnego i miłego cacka. To urozmaicony pod względem architektonicznym obiekt: wieże, balkony, podwórka i dziedzińce są jak gdyby chaotycznie porozmieszczane, brak tu symetrii; ale właśnie dlatego tak mi się podoba. Całość okraszona mnóstwem ozdobnych detali: portale, attyki, balustrady, lampiony, malowani rycerze na ścianach, wyeksponowane drewniane elementy konstrukcyjne... a wszystko to w otoczeniu pięknego parku z fontannami, pomnikami i tujowymi żywopłotami. I kto wie, czy nie podoba mi sie to bardziej niż Peterhof. Monastyr w Siania - portal

Czas na wnętrza - 90.000 lei, da się wytrzymać. Zakładamy kapcie i uważnie słuchamy przewodniczki. Co my tu mamy? Zamek Karola Hohentzolerna z 1866 roku, eklektyczną mieszankę różnych stylów z niemieckim renesansem na czele. Główne wejście jest właśnie w stylu niemieckiego renesansu stąd przechodzimy do hallu dla gości pałacowych, z lustrami umieszczonymi naprzeciw tak, że dają złudzenie niekończącego się korytarza. Jestem pod wrażeniem bogactwa tego miejsca. Główny hall, do którego się wchodzi po wyłożonych czerwonym chodnikiem schodach, po prostu powala na kolana. Wysoki na 16 metrów - to przecież 5 pięter, oświetlony jest naturalnym światłem wpadającym przez witraż w suficie. Wszędzie dużo drewnianych elementów: począwszy od wielobarwnego parkietu, przez meble z filigranowymi ornamentami do przepięknych boazerii wznoszących się na kilka metrów. Wyżej biegnie biały pas z alabastrowymi płytami przedstawiającymi rycerskie i królewskie życie. W sali ponadto trzy drewniane rzeźby - prawdziwe arcydzieła oraz rzeźbione również w drewnie podobizny 18 zamków należących do rodziny królewskiej. A ponad nami - istne cudo - drewniane kręcone schody zawieszone między drugim a trzecim piętrem. Karol kolekcjonował broń jeżdżąc po świecie, i na ścianach widać pamiątki z jego zagranicznych wycieczek. Że też ja nie mogę sobie pozwolić na takie zakupy ;-) Pałac Peles

W kolejnej sali - pewnie zwanej zbrojownią czy rycerską znajduje się duża kolekcja broni białej. Oglądamy zbroje a dalej broń turecką, albańską, perską i indyjską. Amatorzy szabli i jataganów mają tu swoje 5 minut, wraz z nimi podziwiam misterną robotę starych snycerzy. Swoją drogą - czy zabijać wroga takim dziełem sztuki jest przyjemniej?
W Sycomore Room, pokoju pełnym również (jak łatwo się domyślić) drewnianych elementów przewodniczka pokazuje nam centralne ogrzewanie w podłodze. Jest to właściwie zamaskowany drewnianą, a jakże! kratą kanał, przez który napływało centralne ciepłe powietrze ;-) Chyba jednak patent się nie sprawdził skoro Karol I z żoną Elbietą i wcześnie zmarłą córką spędzał tu tylko lato. Inny ciekawy szczegół z królewskiego życia - król pisał wyłącznie na stojąco - widzimy w kolejnej sali wysoki pulpit z niedokończonym listem a na biurku kalendarz z datą jego śmierci w 1914.
Przewodniczka ciągnie nas dalej, mijamy dwie miniaturowe altanki urządzone wewnątrz sal - też bym sobie takie zrobił, gdybym miał większe pokoje ;-) i dochodzimy w końcu do królewskiej biblioteki. Pewnie Karol trzymał tu tylko naciekawsze książki - w dębowych szafach mieści się raptem 700 tomów, w tym i elegancko oprawiona wielka francuska encyklopedia z okresu rewolucji, reszta 10.000-tomowego księgozbioru jest obecnie w Bukareszcie. Rzecz jasna i ten niewielki pokój - jak przystało na każdą szanującą się bibliotekę ma swoje tajne przejśie - zamaskowane fałszywymi książkami. Pałac Peles

Do wykonania kolejnej komnaty - Cancelor Room zużyto ponoć kilkanaście gatunków drewna. Właśnie to bogactwo drewnianych elementów sprawia, że Peles tak mi się podoba. Jest taki swojski i ciepły a jednocześnie bogactwo form i ornamentów sprawia, że nie zapominamy iż jest to królewski przybytek. Byłem w swym życiu w wielu królewskich zamkach i pałacach (choćby Luwr, pałac królewski w Brukseli czy Topkapi w Stambule) ale tej rumuńskiej perełce muszę oddać palmę pierwszeństwa.
Dalej mamy pokój literacki - lekkie meble i stoliki zdradzają, że urzędowała tu głównie królowa Elżbieta - wszak sama była artystką, sama pisała (też dla dzieci!), i w tej sali urządzała sobie dwa razy w tygodniu wieczorki literackie. Tych królewskich komnat jest oczywiście dużo - nie sposób wszystko krótko opisać, wspomnę wi więc o pięknych indyjskich meblach z drewna żelaznego, o pięknych witrażach austriackich, o obrazach malowanych przez przyjaciółkę królowej, importowanych z Bliskiego Wschodu dywanach... W sali florenckiej lśniące żyrandole weneckie, gigantyczne lustra, które przyjechały konnymi wozami również z Wenecji po tych ówczesnych wertepach, a także inkrustowane biurka i stoły "pietra dura" z blatami w postaci barwnych mozaik z półszlachetnych kamieni.
Ech, przyjemnie być królem, zasiąść w jadalni u głowy 10-metrowego stołu obliczonego na 30 osób, zjeść królewski obiad a później odpocząć na pufach i dywanach pokoju tureckiego (jak by ktoś się pogubił: do francuskiego pasażu i na lewo)...
Powracamy do hallu i zachodnim korytarzem - tu znów gigantyczne lustro - dochodzimy do kina domowego a raczej mini salki teatralnej z mini-sceną. I to już tyle, proszę wycieczki, podobno drugie i trzecie piętro nie są gotowe do zwiedzania. Pałac Peles

Piękny, słoneczny dzień w Sinaia. Powinno się napiętnować ludzi, którzy innym psują humor tak poprawiony urokiem tego królewskiego przybytku. Cóż, niektórzy ludzie nie dorośli. Nawet mając 25 lat pozostają niedojrzali emocjonalnie. Przy histerycznej osobowości i egocentrycznym pojmowaniu świata osoby takie są niebezpieczne dla otoczenia. Zagrożenie stwarzane przez takie osoby jest o tyle perfidne, że wchodzą w pozornie głębokie kontakty emocjonalne i społeczne, lecz w obliczu zagrożenia lub chęci zaspokojenia własnych interesów, łatwo zrywają te więzi. Współczuję ludziom, który znajdą się na dłużej w pobliżu takiej niedojrzałej kobiety.

Rozstanie przebiegło szybko i bezproblemowo. Magda zakomunikowała, że w dalszym ciągu ją drażnię i chce się odłączyć. A że Madzia jej nie zostawi - idą sobie dalej razem. Histeryczna reakcja Magdy w Przemyślu była dla mnie dzwonkiem, który usłyszałem, i o którym nie zapomniałem. Oddałem namiot, odwróciłem się na pięcie i poszedłem w Bucegi.


Czuję się jakbym zaczął wycieczkę na nowo. Bilans otwarcia wygląda następująco:

MinusPlus
nie mam namiotumam lżejszy plecak
nie mam przewodnikamam mapę Bucegów i relacje z sieci
mam nadmiar butli z Camping-gazemnie muszę oszczędzać przy gotowaniu

Poza tym mam kilka milionów leji, swobodę wyboru, lekkie serce i jestem w pięknej Rumunii.

Pałac Peles

Odnajduję początek niebieskiego szlaku, żegnam się chwilowo z zepsutymi sandałami i ruszam w kierunku Stacile Franz Josef. Droga jest łatwa - ścieżka spacerowa, choć czasem stromo zakosami do góry. Przy cabanie mylę drogi, wszystko przez to, że Rumuni mają zwyczaj rozgałęziania szlaków bez zmiany koloru - i zamiast iść dalej ścieżką w górę - skręciłem w lewo do miasta...
W pół godziny później jestem z powrotem na właściwym szlaku i pcham się ostro pod górę do cabany Piatra Arsa. Wkrótce las się kończy, trochę ładnych widoczków, skałki, rozległa hala, i... szok! Tartanowa bieżnia dookoła boiska. Kadra rumuńska właśnie trenuje... Jakie to wszystko urocze :-/ takie niecodzienne ;-/ W Polsce - patrząc na powszechne protesty ekologów wokół przygotowań do ewentualnej Olimpiady Zimowej w Zakopanem - taka inwestycja by nie przeszła.
Pierwotnie planowałem zostać w Piatra Arsa, lecz grupa Czechów zachęca mnie do do noclegu w Cabanie Babele. Mają oczywiście rację - widać jak na dłoni, że Piatra Arsa - potężny trójkątny budynek z balkonami, tarasami i dużym parkingiem to luksusowy hotel a nie górskie schronisko i ceny tu będą niebotyczne. Mijamy wracające z wycieczek adidasowe grupki a ja cały czas zastanawiam się jak to będzie z miejscami w Babele oddalonej stąd o godzinę drogi. Krajobraz zmienił się radykalnie - idziemy przez rozłegłe płaskie lub lekko strome przestrzenie, w oddali szumi wyciąg kolejki gondolowej dowożącej ludzi z Busteni do Babele. Przez moment wczoraj miałem ochotę wyjechać taką kolejką na Furnicę (2103m), ale w związku z całokształtem sytuacji - zawziąłem się i postanowiłem zdobywać Bucegi per pedes. Pałac Peles

W końcu - prawie padnięty - dochodzę do cabany. Recepcjonista rzecz jasna powtarza "We are full" lecz pozostaję nieugięty. Ostatecznie ląduję w pustym 6-łóżkowym pokoju (100.000 lei). W ogóle mam wrażenie, że cabana świeci pustkami. Zimno i ponuro... Ciepła herbatka niewiele pomaga... już raczej sympatyczna para starszych Rumunów, którzy przyjechali tu wspominać swą młodość sprawia, że z większym uśmiechem patrzę na to zachmurzone popołudnie. Przed moim oknem rosną kamienne grzybki, jakiś chłopak wdrapał się właśnie na nie i trenuje skoki z grzybka na grzybka ;-) Po hali kręcą się spacerowicze, a amatorzy noclegów pod namiotem, pewnie jeszcze bardziej zmarznięci niż ja usiłują rozpalić swe rachityczne ogniska... Słońce skryło się za chmurami, i zanim ostatecznie zaszło za szczytami potężnych Fogaraszów - błysnęło do mnie jasnym promyczkiem.



Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej