Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Braszow-Busteni

czwartek, 7 VIII 2003


Wyjazd: ach te Magdy! |Kolejowy bard |Czarny kościół i klamki |Sympatyczny starszy pan... |Mmmmm... mamałyga... :-)) |Bus do Sinaia |Kemping w Busteni


Czarny

Chleb z kremem czekoladowym, kawa i reszta wczorajszego arbuza... mniam! Cóż za wyszukane śniadanie ;-) Pociąg do Braszowa mamy o 8.30, wychodzę z hostelu wcześniej i kupuję bilety. Dopiero później okazuje się, że o 8.30 pociąg jest owszem, ale z Braszowa do Sighisoary... Ach te Magdy! 2.5 godziny oczekiwania do właściwego pociągu wykorzystujemy na ustalenia, gdzie i jak dalej jechać. A więc kolejno: Braszow, Bucegi, Bran, Risznow, Fogarasze, morze, Delta, Bukowina. Taki jest mój pomysł na Rumunię. W pociągu Magdy proponują mi abym kierował grupą. Z ociąganiem zgadzam się.

Pociągi mają swoje klimaty. Można by pewnie o tym książkę napisać*. W rosyjskiej elektriczce byli to obwoźni sprzedawcy, w naszym personalu atmosferę tworzył młody ciemnoskóry Rumun śpiewający głośno piosenki dla dwóch pięknych dziewczyn. Jego sposób śpiewania, rytm wybijany dłońmi o kolana bardzo mi się podobają.
W Braszowie zostawiamy plecaki w przechowalni (znów te 50.000 lei, zdziercy!) i miejskim autobusem podjeżdżamy do centrum (7.000 lei). Cerkiew w Braszowie

Bisericii Negrie czyli Czarny Kościół. No cóż, znów muszę się powołać na klasyka - koleżankę Joasię, która przed laty powiedziała "są ludzie i klamki"... Chociaż... tak, do licha! mogę się mylić. Tu chodzi o kobietę z zasadami, przestrzegającą normy życia społecznego i paragrafy kodeksu karnego. O kobietę, która nie przejdzie przez ulicę, jeśli 100 metrów dalej jest przejście dla pieszych, i która nie kupi trzech biletów studenckich do Czarnego Kościoła. Kupi dla siebie... choć sama nie jest już studentką.
OK, co my tu mamy.....? Przykład strzelistego gotyku, XV-wieczny kościół, przypalony nieco podczas pożaru miasta w 1660 roku (choć śladu po tym smutnym wydarzeniu już nie ma), wewnątrz nagie ściany, w dużej absydzie wspartej na 6 kolumnach stoi mały gotycki ołtarz - ani chybi z warsztatu Wita Stwosza - z Jezusem Nauczającym i figurami świętych po bokach. Atrakcją kościoła są XVI-wieczne podobno dywany rozwieszone w nawach bocznych i na galerii. Ozdobą tego miejsca jest również kolekcja aniołów namalowana na bocznych ławach.

Teraz spacer na południe , do cerkwi św. Mikołaja (Bisericii sf. Nicolei). Kościół jest ciemny, mroczny. Czuję coś z atmosfery Rawenny. Wysoki transept oddzielony jest od nawy głównej gotyckimi łukami, za ostatnimi łukiem skryty w cieniu ikonostas z dwoma rzędami małych ikon oraz pięknymi srebrnymi ikonami oddzielającymi carskie wrota od wrót diakońskich. W ostatnim momencie przed opuszczeniem terenu cerkwi przypomniałem sobie, że to właśnie tu znajduje się Muzeum Szkoły Ikony. Fakt - jest, ale zamknięte. Ale oto nadchodzi sympatyczny starszy pan, otwiera muzeum, żadne tam bilety, od razu zaczyna opowiadać nam, dwóm Włochom i grupce Amerykanów w jednym z 6 znanych mu języków. Ten miły pan to Vasil Oltean, lingwista, autor kilku książek i kustosz muzeum. Widać, że zapaleniec i wie jak opowiadać. Sadza nas w szkolnych ławach, demonstruje przybory szkolne i stare XV-wieczne księgi. O każdym eksponacie mówi 2 zdania lub 3 słowa, wystarczająco dużo, by wzbudzić zainteresowanie i dość krótko, by nie zanudzić. Pokazuje ikony, królewskie rękopisy i dokumenty o Braszowie. Renesansowe księgi z opisami krajów i późniejsze podręczniki do makrobiotyki. "Z Krakowa jesteście? Patrzcie tu opis twojego miasta z XV wieku. To ikona malowana - ale na metalu" - puk! palcem w blachę. "Macie, potrzymajcie sobie ten sztambuch i pióro" - żadnego tam muzealnego nabożeństwa w stosunku do eksponatów. Przedstawia działanie kilkusetletniej drukarni i wręcza po odbitce drzeworytu. Traktuje nas wszystkich po studencku (10.000 lei). W sredniowiecznej szkole

Teraz powrót do centrum. Madzia zalicza po drodzę błękitną cerkiew, ja zerkam na Bastion Tkaczy, wspólnie podchodzimy pod zamkniętą Synagogę. Rynek prezentuje się niezbyt ciekawie ze względu na trwające remonty i prace porządkowe po lokalnej imprezie. Jeszcze krótka wizyta w cerkwi ukrytej na podwórku jednej z kamieniczek; jest równie interesująca jak poprzednie, jednonawowa, ze skrytym w mroku ikonostasem i ciemnymi malowidłami.
Czas na posiłek. Trafiamy do eleganckiej w miarę knajpy, zamawiamy miejscowe specjały: wołowa ciorba, mamałyga ze słonym serem i śmietaną oraz butelką czerwonego Murfatlaru. Zawsze wydawało mi się, że mamałyga jest słodka i zapychająca... A tu masz! Serwują ją w Rumunii na słono - i podobno tylko wyjątkowo na słodko. Ale zapychająca to ona jest!
Wracamy deptakiem. Magda wciąż zostaje w tyle. Jeszcze to jeszcze siamto, nasz pobyt w Braszowie wydłużył się już do 5 godzin... W dodatku zbierają się ciemne chmury... No dobrze, czas na podsumowanie Braszowa: to miasto wypada zobaczyć choć oczywiście w porównaniu z Sighisoarą wypada dość blado. Wejście do kosciółka w rynku

Ulewa łapie nas w autobusie - aż strach wysiadać. Trzeba się dostać do bagaży - wziąć kurtki, znależć transport do Sinaia. Dziewczyny stoją w głównej hali dworca, nie wiem, co chcą robić, na co czekają. Ja biorę plecak i pakuję się do mikrobusa (40.000 lei). Dużo wysiłku kosztuje mnie, by kierowca zrozumiał, że ma nas wysadzić 4 kilometry za Sinaia (jedzie do Bukaresztu). Coraz ciężej rozmawia mi się również z Magdami, nie odpowiadają na moje pytania, to jest niepoważne. Bus pcha się powoli serpentynami pod górę. Wreszcie wyłaniają się Bucegi: ich potężne wapienne ściany sterczą niewiarygodnie wysoko ponad dolinę rzeki Timis. Przejeżdżamy przez Busteni a w chwilę później osiągamy Sinaia - to dwa typowe kurorty górskie obsługujące bogatych wczasowiczów. Tu życie nocne jest naturalnym przedłużeniem dziennej aktywności: sklepy, bary, restauracje, kantory - to wszystko jest otwarte i czeka na gości... W Sinaia kierowca żąda od nas po 20.000 lei za podwiezienie na kemping - obrażeni wysiadamy. Pertraktuję z naganiaczem - jest pokój dla 3 osób za 10$. Dziewczyny nie chcą - wszak mamy namiot. Niezdecydowani pchamy się na główną ulicę w centrum. Magda rozmawia z kobietą proponującą pokój(?). Ostatecznie decydujemy się na taksówkę, by dojechać na kemping do... Busteni. Hm, gdybym doczytał o tym w przewodniku Madzi... nie byłoby tylu problemów.

Busteni. Kemping przy drodze, którą jechaliśmy godzinę temu. W recepcji znowu stresujące momenty: Magda dopytuje się o tłumaczenia jakichś głupot z cennika (massina = car), ja skupiam się na negocjacji ceny. Ostatecznie zamiast 125.000 płacimy 75.000 lei. Widzę, że Magda nie potrafi opanować swej awersji do mnie. Widzę to w recepcji i później przy rozkładaniu namiotu. No trudno - jej problem. Na kolację sałatka z pomidorów, ogórka i cebulki oraz zupa chińska o nieokreślonym smaku. Magdy - nie jedzą kolacji. W porząsiu.


*) W rok później spędziłem niepowtarzalne chwile w transsibie...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej