Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Sighisoara

środa, 6 VIII 2003


W Nathan's Villa |Kościół Ewangeliczny: dywany i kapy |Muzeum Historyczne: naprawdę warto! |Murus Strictus i inne uciechy |Kościół na Wzgórzu: ołtarze i freski |Schody, schody, schody... |2232 cegły | "Fśfietnie ale nie razem


Dom Vlada Palownika

Piękne podwórko hotelu Nathan's Villa w Sighisoarze. Nade mną zielony dach z winorośli. Na wpół dojrzałe grona czarnych winogron zwisają nad ławkami. Angielki piją herbatę, Magdy robią pranie. Miejsce naprawdę jest sympatyczne i przypomina mi atmosferą patio u Dziadka w Damaszku. Towarzystwo i tu jest międzynarodowe - poza nami nie ma tu Polaków, być może odstrasza ich wysoka cena noclegu (380.000 lei). Ale, gdy wysiedliśmy o 4.00 rano z pociągu i zachęceni reklamówką na dworcu dotarliśmy tutaj, z miejsca zaakceptowaliśmy cenę, zwłaszcza, że płacimy tylko za jeden nocleg a śpimy właściwie dwa razy. Hostel zapewnia "free breakfast", co po rumuńsku sprowadza się do chleba z powidłami i ekspresowej kawy/herbaty. Można również oddać rzeczy do prania (bez gwarancji doprania), dostać ticket na 1 godzinę internetu i na jednego drinka. Wychodzimy "na zwiedzanie" o 10.30.

Ewangeliczny kościół Biserica Monastiri z końca XIII wieku jest pierwszym obiektem, które zwiedzamy (10.000lei). Jego gotyckie wnętrza prezentują się skromnie; prawie nagie ściany i duże przestrzenie staowią całkowite przeciwieństwo małych, mrocznych i "przeładowanych" freskami cerkwi. Barokowy ołtarz jest ozdobiony jest Ukrzyżowaniem i dwoma posągami tworzącymi tryptyk. Ale prawdziwą atrakcją kościoła są rozwieszone na ścianach dary od Gildii - przywiezione z Anatolii XVII-wieczne dywany pokryte wschodnimi wzorami. Kilka kamiennych portali i tablic nagrobnych dopełnia całości. Starówka

Kilka malowniczych uliczek i dochodzimy do placu przed Turnul cu ceas czyli Wieży Zegarowej. Mieści się tu Muzeum Historyczne (15.000 lei lub 45.000 lei za 3 muzea). Na parterze oglądam olbrzymią makietę średniowiecznej Sighisoary; lepiej tu zdjęć nie robić - 45.000 lei :-( , dalej trochę skorup wśród nich gliniany druszlak, trochę metalowych wyrobów, także kilka inskrypcji z czasów rzymskich (Rumuni bardzo lubią podkreślać swoje związki ze starożytnym Rzymem) - całość bardzo kameralna, jeden rzut oka wystarczy. Piętro wyżej pracownia apteczne, typowe słoiki z ziołami - zbiory dość skromne w porównaniu z apteką w Pałacu Królewskim w Madrycie. Uwagę moją zwracają narzędzia chirurgiczne, stomatologiczne i ginekologiczne. Nawet wtedy, gdy nie były tak stare i zniszczone musiały u pacjentów wywoływać odruch "nogi za pas". Chociaż, kto wie? może i dzisiejsze narzędzia do laparoskopii i ultradźwiękowe bor-maszynki wydadzą się za sto lat barbarzyńskimi narzędziami tortur? W każdym razie wizyta w tej sali jest znakomitym dopełnieniem lektury "Stulecia chirurgów" Jurgena Thorwalda.
Piętro wyżej - wyroby rzemieślnicze - takie jak w setkach innych muzeów; godny odnotowania jest monstrualny zamek z bramy miejskiej oraz sprytne rolki do wykonywania szlaczków na tkaninie. W sumie sympatyczne pół godziny ze starociami. Kolejne piętro to gratka dla studentów wydziału mechanicznego - tu zlokalizowany jest zegar. Przez szybę można popatrzeć na precyzyjny mechanizm; akurat jest południe i dokładnie o 12.00 wszystkie kółka i tryby, zębatki, ślimaki i linki zaczęły się poruszać ze zdwojoną energią ożywiając ruchome figurki w oknie wieży. Dodatkową atrakcją tej przemyślnej konstrukcji jest kalendarz tygodniowy w postaci siedmiu figur symbolizujących jednocześnie dni tygodnia, planety, bogów i ich domeny oraz metale. I tak:
niedziela-sunday-Sun-Słońce-złoto; poniedziałek-Monday-Moon-Księżyc-srebro; wtorek-Tuesday-Mars=Tiu-żelazo; środa-Wednesday-Mercury-rtęć; czwartek-Thursday-Jowisz-cyna; piątek-Friday-Venus=Frya-miedż; sobota-Saturday-Saturn-ołów.
Ciekawe, prawda? Heh, jak to podróże kształcą... Wieża Zegarowa
I w końcu na ostatnim piętrze wybawienie dla muzeofobów - ganek obiegający wieżę wokół, z panoramą całego miasta. Z tego miejsca doskonale widać, dlaczego tu warto przyjechać. Tysiące krytych dachówką domów. Ostatni raz taki piękny widok miałem z tarasu Castel di San Pietro w Weronie. Co godne uwagi, zachowano tu w całości jednakowy charakter miasta - jak okiem sięgnąć czerwona dachówka, nawet na oddalonych o kilka kilometrów współczesnych blokach.
W okolicznych sklepach oprócz typowych turystycznych pamiątek z królującym tu motywem - ociekającym krwią Drakulą, także trochę starzyzny, żelazka z duszami, zgrzebła, narzędzia do czesania lnu, miedziane miski i świeczniki. Ale "mojego" sklepu Ouarzazate nic nie przebije...

Czas na drugie muzeum - salę tortur. Jakże skromnie wygląda to wnętrze w porównaniu z innymi tego typu domami uciech cielesnych - wystarczy przypomnieć muzeum w Gandawie. Tu opisano podstawowe kary: Murus Strictus, Murus Largus, hiszpańskie buty, gorące węgle, dowód wody, ognia, łamanie kości palców, rozciąganie nóg i rąk, przypalanie gorącym ostrzem, wypalanie rozżarzonym żelazem, pławienie.... Pomiędzy dybami i innymi maszynkami rozwieszono ryciny dla majsterkowiczów.

Spacer na wzgórze. Madzia wyszukuje zapuszczone schody i wspinamy się. Ta dziewczyna będzie się mi chyba kojarzyć zawsze z drogą pod górę...
Biserica din Deal czyli Kościół na Wzgórzu (429 m) jest symbolem miasta a jednocześnie najcenniejszym (ech, znów 10.000 lei) choć nie najstarszym zabytkiem (XV w). Pierwotnie kościół katolicki pod wezwaniem św. Mikołaja, w czasie Reformacji został przejęty przez luteran. Ten z kolei kościół był kiedyś przyozdobiony XV-wiecznymi freskami zamalowanymi później na ładny biały kolor przez zapewne znudzonego proboszcza. Obecnie malowidła są wydobywane na światło dzienne. Wchodząc do nawy głównej nie należy przeoczyć czterech fresków pasyjnych ledwo widocznych nad portalem w przedsionku. W nawie ustawione są dwa ołtarze: św. Marcina z 1520 roku oraz inny, ściągięty tu z Sachse. Główny ołtarz - jest niewiele większy ale też z tego samego okresu i pochodzi z Reussdorfu. Starówka: wszedzie czerwona dachówka

Krótki spacer po luterańskim cmentarzu - prawie wyłącznie iglicopodobne posągi, i kolejna atrakcja Sighisoary: zadaszone, kilkusetmetrowej długości schody prowadzące od bram Kościoła na Wzgórzu do miasta. Ciemny tunel rozbrzmiewa różnorodną muzyką - to grajkowie rozłożyli się co kilkadziesiąt stopni i czekają na hojność przechodniów... Słońce wesoło błyska przez szczeliny drewnianego okapu... Miłe.
I znów mieszamy się z barwnym tłumem, zaglądamy do sklepów z pamiątkami, na stragany. Przy okazji zaliczamy trzecie muzeum - tym razem z bronią. Poza afrykańskim latającym nożem nic tu ciekawego dla siebie nie znajduję.
Na targu owocowym kupuję składniki na sałatkę: pomidory (7.000 lei/kg), ogórki (7.000 lei/kg), cebulkę (5.000 lei/pęczek) oraz kolejnego arbuza (3.000 lei/kg). Do sałatki przyrządzam jeszcze spaghetti rzecz jasna z sosem spaghetti ;-) Makaron ledwie mieści się na talerzu a później w moim żołądku - ale przynajmniej plecak będzie ciut lżejszy...

Dziewczyny ociągają się z wieczornym wyjściem na miasto, zdaje się chcą pobyć same, idę więc na gratisowy internet. Transfer żałosny, w dodatku zapomniałem hasła do jednej ze 100 moich skrzynek pocztowych. Blix nieugięty, Lepper zakłada CIA, wysyłam maile i smsy. Na Kurniku przegrywam w rewersi na 1 minutę, grhh... w dwóch kolejnych 5-minutowych grach nie zostawiam przeciwnikowi złudzeń, kto jest lepszy... Zwabiona smsem żona wchodzi na portal i wreszcie mogę trochę pogadać. Zjawiają się również Magdy. O 21.00 kafejkę zamykają, wychodzimy. Dziewczyny jak gdyby zapomniały, że jesteśmy we trójkę. Szepczą coś i co chwilę zmieniają kierunek. Ostatecznie lądujemy w rynku w kawiarnianej piwnicy. Tort i kawa. Miejsce jest nad wyraz interesujące: sklepienie kolebkowe, ceglane, składa się z 2232 cegieł ułożonych w 124 rzędy; eleganckie haftowane obrusy składają się z 2380 kratek. Ogółem w piwnicy kratek na obrusach było ok. 30.000. Magdy piszą kartki.
Oki doki. Nocny powrót wyludnionymi uliczkami. Trochę jestem zdziwiony małą liczbą kawiarenek i pubów - mało tu z atmosfery nocnego Carcassonne czy Toledo.

W hostelu podejmuję poważny wątek o naszym trampingu w rozmowie z Madzią. Zgłębiam mroczne i kręte ścieżki neuronów w kobiecym cerebris. Miał rację chyba Pospiszyl z tymi wiewiórkami...
Tymczasem druga Magda uczy Rumuna polskiej konwersacji ułatwiającej podrywanie dziewczyn. "Czeszcz jak szie masz?", "Fśfienti", "Czfientie", doskonale... "Pszyżesznoczi", nie nie! z przyjemnością! "Czybeżnoszti"... Tak, było dużo śmiechu i zabawy jak zwykle w takich sytuacjach...
Wracamy jeszcze we trójkę na chwilę do rozmowy o wspólnym podróżowaniu, przedstawiamy swoje punkty widzenia, po czym każde z nas idzie w swoją stronę: Madgy z Rumunem do baru, ja do spania...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej