Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Praia – Lizbona

poniedziałek, 30 I 2023


Nocny autostop | Dziwny pokój | Murzyni, Arabowie i Azjaci | | Praça tu, praça tam | Pod Łukiem Triumfalnym | Tragiczne trzęsienie ziemi | Kościoły i zamki


Dzisiaj żegnamy się z Afryką. Pozostaje dostać się na lotnisko. Nie chcę płacić za taksówkę. Według Google autobus nr 6 przejeżdża obok lotniska, ale nie udało mi się zidentyfikować miejsca odjazdu ani godzin odjazdu. Poza tym trzeba jakieś karty na przejazd tu kupować, nie opłaca się na jednokrotny przejazd. Wychodzimy pół godziny wcześniej niż planowaliśmy. Na zewnątrz czarna noc.

– Rozwidni się koło 7:00 – pocieszam Renatę, której niewyraźna mina świadczy, że nie w smak jej godzinny nocny spacer.

Przyznaję, że okolica, którą idziemy, jest mało przyjemna. Wzdłuż ulicy joggingują miejscowi.

– Be carefull! – ostrzega nas jeden z nich.

Gdy skręcamy z ronda na drogę wyprowadzającą nas za miasto zatrzymuje się samochód.

– Podwieźć was? – pyta kierowca.

– Idziemy na lotnisko.

– Do portu?

– Nie, aeroporto. For free?

– Yes, for free.

Po kilku minutach jazdy w ciemnościach widzę, że coś jest nie tak. Zjeżdżamy w kierunku morza. Cóż, „porto” i „aeroporto” brzmią podobnie.

– We are going to airport! – protestuję.

– Aaa! Okay – mówi kierowca i zawraca.

Teraz już prosta trzykilometrowa droga. Jest w miarę dobrze oświetlona i nawet mijamy kilka osób.

– Nie chciałabym tędy iść.

– No wiem, liczyłem na stopa na tym odcinku. Tylko wyszliśmy z hotelu za wcześnie – tłumaczę – popatrz tam na horyzoncie już się robi jasno, nie byłoby tak źle.

Na miejscu jesteśmy sporo przed czasem. Długi rząd taksówek ze śpiącymi kierowcami oczekującymi na przylot pierwszego samolotu. A tych lotów wcale nie jest zbyt dużo: 2 do 4 lotów w ciągu dnia.

Wciąż nie jestem pewien, czy powinniśmy wywozić stąd muszelki. Ja mam dwie niewielkie, Renata z pięć.

– Pokażę je przy kontroli i spytam, czy można – zapowiada Renata.

W hali odlotów spotykam kilka osób z Polski, zdaje się z Krakowa, sądząc po napisach na torbie chłopaka.

– Dresiarz! – śmieję się, patrząc na jego spodnie.

Nie powinienem. Przecież każdemu wolno polecieć do Afryki w dresie. Czas udać się do kontroli bezpieczeństwa. Renata idzie na pierwszy ogień, pokazuje muszelki.

– No problem?

– No problem, Madame!

Skoro tak, to zaczynam żałować kawałka znalezionego na plaży koralowca, którego przed chwilą się pozbyłem. Ale parę muszelek mam wciąż przy sobie. Startujemy o czasie. Renata jest zaopatrzona w kilka ściągniętych z Netfliksa filmów. Od czasu do czasu zerkam do jej smartfonu. Bardzo mądre te filmy!

Minęliśmy już Wyspy Kanaryjskie. Gdzieś tam w dole jest Lanzarote, na której znajdę się za tydzień.

Po czterech godzinach samolot obniża pułap, podchodzimy do lądowania w Lizbonie.

– Znowu w Unii. Cieszę się – mówi Renata po przejściu przez kontrolę paszportową.

– Tak się stęskniłaś? Źle ci było?

– Dobrze. Ale i tak się cieszę, że wracamy do domu.

Hm. Tak bardzo zawsze chcę, by moje trampingi były udane, a wszyscy byli zadowoleni.

Ale przecież to jeszcze nie koniec wyjazdu. Dopiero jutro będziemy w Krakowie. Strasznie zimnym Krakowie!

– No, tu już jest chłodno! – mówię, przystając na chwilę przed halą przylotów.

Stację metra mamy rozpoznaną, Renata kupuje dwie karty na przejazd metrem (0,5 EUR) z pojedynczym doładowaniem (1,65 EUR).

– Jutro doładujemy drugim biletem – mówię.

Wciąż nie jestem pewien, jak jutro, tak wcześnie rano, dostaniemy się na lotnisko. Na razie trzeba dotrzeć do hotelu. Jadąc, rozprawiamy o czymś tak interesującym, że tracę czujność. Słysząc zapowiadaną nazwę stacji na literę O, zrywam się z miejsca i kieruję do drzwi, kontynuując rozmowę. Na peronie milknę. To nie ta stacja!

– Mieliśmy wysiąść na stacji Alameda – jęczę.

– To dlaczego tu wysiadłeś?

– Pomyliłem się – mówię z rozbrajającym uśmiechem.

Na szczęście aż tak się nie spieszymy, a na kolejny pociąg musimy czekać tylko 7 minut. W hotelu jesteśmy o 14:00. Mieści się w starej kamienicy, na trzecie piętro docieramy przedpotopową, dwuosobową windą. Przyjmuje nas hotelarka w wieku pasującym do reszty. Prowadzi do sąsiedniego mieszkania z kilkoma pokojami. Nasz pokój jest od strony ulicy, ma wielkie łoże, lecz to, co mnie szokuje, to sedes obok umywalki i prysznic w pokoju niczym nie oddzielony od reszty pomieszczenia.

– Będziesz sikała przy mnie! – śmieję się.

– Ale to jest bidet…

Fakt. Nie przyjrzałem się, ale i tak jestem zszokowany.

– Nie stać ich na zasłonkę!? – wzdycham.

Ale to wszystko nic wobec zimna panującego w pokoju.

– Tu nie ma kaloryfera!

– Dziwne, nawet w Maroku były grzejniki!

– Widocznie liczą na globalne ocieplenie.

– Zjemy coś?

– Tak. Postawię wodę na herbatę i pożyczę nóż od hotelarki, na pewno ma.

Pół godziny później wychodzimy na spacer. Nie jest to dla mnie pierwsza wizyta w stolicy Portugalii. Renata była tu parę lat temu na wycieczce zorganizowanej, ja w 2018 roku zobaczyłem Lizbonę, wracając z Azorów. Prawdę powiedziawszy niewiele pamiętam z tamtego krótkiego pobytu. Jola zaciągnęła mnie do oceanarium, ja ją pod Pomnik Odkrywców i Torre de Belém. Teraz będzie okazja, by sobie przypomnieć stare obrazy i może zobaczyć coś nowego.

– Chodźmy na starówkę – proponuje Renata.

– Ale gdzie ona właściwie jest? – zastanawiamy się, patrząc na plan miasta w smartfonach.

– Powinna być gdzieś tutaj – wskazuję gęściej upakowane ulice.

Google podpowiada mi Arco da Rua Augustarco, jako jeden z najważniejszych punktów do zwiedzania w Lizbonie. Skoro tak – to kontynuujemy spacer główną ulicą Av. Alm. Reis. A tu coraz więcej kolorowych: Murzynów i Azjatów. Wśród tych ostatnich dominują Indusi i Pakistańczycy, liczni zwłaszcza w okolicy placu Martim Moniz. Sporo jest sklepów i restauracji chińskich. A co kilkadziesiąt metrów sprzedawane są kebaby i falafele. Chwilami wydaje się, że rdzenni Portugalczycy stanowią tu mniejszość. Podobno odczucie miałem w Londynie, w Paryżu, we Frankfurcie i w Sztokholmie.

– Świat się zmienia – stwierdzam.

Tak się zastanawiam, czy obywatele Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Portugalii (ale też Holandii) czują jakąś odpowiedzialność, "winę" za współczesną imigrację w związku z kolonialną polityką w przeszłości. Czy widzą te związki? Czy wykazują zrozumienie dla tej sytuacji? Rozmyślam o tym w kontekście masowego napływu migrantów z Ukrainy do Polski, a wcześniej także ludności białoruskiej. Jakie są granice akceptacji?

Ale kolorowo jest nie tylko na ulicy. Gdy podnosimy wzrok ku górze, widzimy przepiękne, wielobarwne azulejos na gzymsach i attykach kamienic przy alei Alm. Reis. Oto pomiędzy akantowymi głowicami pilastrów a kamiennymi wolutami naczółka pojawiają się dwa malowane pawie wśród czerwonych kwiatów. A nieco dalej, na ślepej ścianie przybudówki wyrasta realistyczne graffiti przedstawiające sprzedawcę w warzywniaku.

Z placu Martim Moniz otwiera się widok na oświetlone popołudniowym słońce mury obronne zamku św. Jerzego górującego nad miastem.

– Byłaś w tym zamku? – pytam.

– Chyba nie, nie pamiętam dokładnie.

– Ja też raczej nie. Może tam pójdziemy?

– Chodźmy na razie prosto.

Mijamy sklep odzieżowy Força Portugal z czerwonym bykiem witającym fanów sportowego stylu życia i zatrzymukemy się przy placu Praça da Figueira. Pośrodku wzniesiono pomnik konny króla Jana I Dobrego zwanego też Wielkim (1357-1433). Być może król ten, noszący portugalskie imię João, był i dobry i wielki, w każdym razie uratował kraj przed poddaństwem w stosunku do napierającej Kastylii zwyciężając przeważające wojska wroga w bitwie pod Aljubarrota (1384 r. n.e.). A być może większą zasługą dla Portugalczyków było spłodzenie Henia, jednego z jedenaściorga dzieci, który później wyrósł na Henryka Żeglarza i zapoczątkował ekspansję kolonialną kraju. Niestety, pomnik o tej porze dnia jest już skryty w cieniu i fotografuję go tylko dla porządku.

– Podejdźmy może tam dalej – proponuję, widząc uliczkę prowadzącą na kolejny plac.

Po chwili jesteśmy na Praça Dom Pedro IV, placu zwany dawniej Praça de Rossio jest właściwie głównym placem Lizbony i prawdziwym sercem tego miasta. Pomimo chłodnego popołudnia, kręci się tu wielu mieszkańców i turystów. To, co rzuca się najbardziej w oczy, to biało-czarny bruk z kostki ułożonej w falującą zebrę.

– Już gdzieś widziałem podobny wzorek… – zastanawiam się głośno. – A już wiem! W Alicante!

Szczególnie pięknie plac musi wyglądać wiosną, gdy na fioletowo zakwitną żakarandy (Jacaranda mimosifolia), którymi jest obsadzony wokół. Ale i teraz jest na co popatrzeć: na dwóch końcach placu stoją barokowe fontanny, a w połowie wzniesiono wysoką kolumnę ze statuą króla portugalskiego Don Pedra IV. To znaczy prawdopodobnie Don Pedra IV, bo złośliwi twierdzą, że postać na kolumnie to Maksymilian I, cesarz Meksyku; sama rzeźba została rzekomo tanio odkupiona. W każdym razie portugalski król zasadniczo miał numer pierwszy, jako że pod imieniem Pedro I był został pierwszym cesarzem Brazylii. A jako król Portugalii sprawował swą władzę zaledwie przez dwa miesiące wiosną 1826 roku. Trudno mi właściwie powiedzieć, dlaczego w tak ważnym miejscu upamiętniono tego króla. Przecież nie ze względu na jego liczne romanse, efektem których było dziewięcioro nieślubnych dzieci z kilkoma kochankami (pomijam tu ośmioro dzieci które legalnie miał z dwiema kolejnymi żonami). Może raczej z powodu wojskowej działalności (Pedro IV zwany był o Rey-Soldado, czyli Królem-Żołnierzem), którą prowadził zarówno na kontynencie amerykańskim, walcząc z Argentyną, jak i prowadząc Wojnę Dwóch Braci – Guerra dos Dois Irmãos. Było to starcie między liberalnymi konstytucjonalistami popierającymi Don Pedra IV a konserwatywnymi tradycjonalistami, którym przewodniczył brat Pedra, uzurpator Miguel. Ostatecznie po serii bitw (między innymi po Lądowaniu pod Mindelo, bitwie pod Ponte Ferreira, bitwie morskiej pod Przylądkiem St. Vincent i kończącą bitwą pod Asseiceirą w 1834 roku) miguelici ponieśli klęskęm a władza w Portugalii trafiła do prawowitej następczyni tronu, Marii II (Maria de Gloria). Wrócę jednak do miejsca, w którym się znajdujemy. Po prawej stronie znajduje się Teatr Narodowy imienia wspomnianej przed chwilą królowej Marii II (Teatro Nacional D. Maria II). Budynek został wzniesiony w miejsce XV-wiecznego Palácio dos Estaus, który raczej źle kojarzył się Portugalczykom, jako że był siedzibą Inkwizycji. Współczesny teatr ma neoklasycystyczną fasadę z wielkim porządkiem tak charakterystycznym dla architektury palladianizmu. Nad sześcioma jońskimi kolumnami znajduje się tympanon z płaskorzeźbami przedstawiającymi Apolla relaksującego się z muzami. Vis-à-vis teatru znajduje się charakterystyczna kamienica z pojedynczym wielkim oknem i przechodnią bramą poniżej.

Skręcamy teraz w rue Augusta – handlowy deptak zajęty przez dziesiątki kawiarenek i knajpek, ze stolikami wystawionymi na zewnątrz. Chociaż to styczniowe chłodne popołudnie, przy stolikach siedzą ciepło ubrani lizbończycy. Już prawie dochodzimy do naszego celu nad rzekę, gdy na skrzyżowaniu dostrzegamy w głębi wąskiej ulicy wieżę o charakterystycznej sylwetce. To zbudowana w 1902 roku żeliwna, 45-metrowa winda z ażurowymi detalami. Pozwala na oszczędzenie sił tym, którzy chcą łatwo dostać się z niżej położonych ulic dzielnicy Baixa na wyżej położony plac Largo do Carmo.

– O, przypominam sobie to miejsce – mówi Renata.

– Byłaś tam na górze?

– Nie. Ale specjalnie nie mam ochoty.

Ja też. Jest już późno i widoki z górnego tarasu zapewne nie byłyby aż tak interesujące. Zresztą nie jestem fanem takich ułatwień. Zaliczyłem taką windę w Helsingborgu 30 lat temu. Wystarczy.

– Zatem chodźmy dalej.

Dziesięć minut później jesteśmy już przy sławnym łuku triumfalnym Arco da rua Augusta. Budowla stanowi łącznik między dwoma przylegającymi reprezentacyjnymi budowlami zajętymi przez Ministerstwo Sprawiedliwości i Sąd Najwyższy. Przechodzimy na drugą stronę bramy i dopiero teraz jesteśmy w stanie podziwiać ją podziwiać. Łuk ma sześć 11-metrowych kolumn i kilka pilastrów, ponad którymi ustawiono posągi wielkich Portugalczyków. Centralną część fasady ponad bramą zajmuje gigantycznych rozmiarów herb z napisem powyżej „VIRTVTIBUS MAIORVM VT.STI. OMNIBVS DOCVMENTO". Powyżej, na wysokości 30 metrów, wznosi się grupowa rzeźba dłuta Celestyna Calmelsa będąca alegorią chwały, męstwa i umysłu. Swoją drogą to jeden z ładniejszych łuków triumfalnych, które w swoim życiu widziałem*/

Napatrzywszy się na łuk triumfalny możemy przejść dalej. Znajdujemy się na Praça do Comércio (Placu Handlowym), kwadratowym placu wybudowanym tuż nad ujściem rzeki Tag. Pośrodku znajduje się wykonany z brązu przez portugalskiego rzeźbiarza Machado da Castro monumentalny pomnik króla Dom José I. Król dosiada konia, który depcze węża. Na postumencie znajduje się szereg alegorycznych postaci, a także medalion przedstawiający Sebastião José de Carvalho e Melo, czyli markiza Pombala, który zasponsorował pomnik. Rzucamy jeszcze okiem na sąsiadujące budynki Sądu Apelacyjnego oraz Muzeum Historycznego w budynku naprzeciw i podchodzimy do nabrzeża.

Miejsce to, zwane Cais das Colunas w obecnym kształcie pochodzi z XVIII wieku. Znajdują się tu marmurowe schody prowadzące do rzeki oraz dwie marmurowe kolumny zanurzone częściowo w wodzie. Dziś to kraniec współczesnej Lizbony. Lecz jeszcze kilkaset lat temu miasto rozciągało się daleko poza granicą wytyczoną przez kolumny. Tak było do 1775 roku kiedy to Lizbonę i całą południową Portugalię, aż po Algarve, nawiedziło straszliwe trzęsienie ziemi, które nie tylko zniszczyło stolicą, ale i zmieniło ukształtowanie terenu w dolinie Tagu. Czy zginęło wówczas dziesięć czy czterdzieści tysięcy ludzi – trudno powiedzieć. W każdym razie, gdy zaraz po porannych wstrząsach o 9:40 woda w ujściu rzeki cofnęła się, ocalali mieszkańcy wylegli na brzeg. Pół godziny później 20-metrowa fala tsunami wtargnęła w lejkowate ujście Tagu karząc lizbończyków za nadmierną ciekawość. Spiętrzona woda zalała znajdujący się w tym miejscu pałac królewski, niszcząc bezpowrotnie bibliotekę z 70 000 woluminów oraz zgromadzone tu obrazy i inne dzieła sztuki. Destrukcji uległa większość wspaniałych, reprezentacyjnych budowli, w tym kościołów, położonych w niższych regionach dzielnicy Baixa, a dzieła zniszczenia dopełniła seria pożarów, które wybuchły wkrótce później. Panujący wówczas król Józef I zwany Reformatorem José o Reformador) szczęśliwie ocalał, spędzając świąteczny poranek w nieodległym Belém, dokąd udał się wraz z kapryśną córką na mszę. Po kataklizmie dwór królewski przeniósł się w inne miejsce (wzgórze Ajuda), a król po takiej traumie zamieszkał w namiocie.

1 listopada 1775 roku stał się ważną datą w historii Portugalii, a lizbończycy mierzą lata przed i po kataklizmie. Ale, jak zawsze, takie katastrofalne wydarzenia są impulsem lub też pretekstem do przebudowy miasta i powstania nowych koncepcji urbanistycznych. Tak się stało i tu. Plac Handlowy i cały region wzdłuż ulicy rue Augosto został zbudowany na nowo. I to z rozmachem godnym urbanistów-futurystów. Ponoć nadzorujący prace budowlane markiz Pombal na pytanie "Po co komu tak szerokie ulice?" odrzekł "Pewnego dnia okażą się za wąskie".

Na lewo od nas widać Ponte Vasco da Gama – 17-kilometrowy most, wspaniałe dzieło inżynierów zrealizowane pod koniec XX wieku. Natomiast na prawo, jakieś 7 kilometrów od nas znajduje się niewidoczne stąd Belem z Klasztorem Hieronimitów i Torre de Belém. To z tamtejszego portu wyruszały w wieku żagli ekspedycje w kierunku zachodniej Afryki a później w stronę Nowego Świata.

– Chodźmy dalej – proponuje Renata.

No tak, zrobiła się już 17:00, za chwilę zapadną ciemności, a my chcemy jeszcze coś więcej zobaczyć.

Podchodzimy pod kościół świętego Antoniego (Igreja de Santo Antonio de Lissboa). Jest otwarty, korzystamy więc z okazji. Ten osiemnastowieczny, kościół katolicki zbudowany został w domniemanym miejscu narodzin Ferńanda de Bulhóes, czyli późniejszego Świętego Antoniego – o czym zaświadcza wielki plakat powieszony na fasadzie kościoła. Vis a vis wejścia znajduje się zresztą skromny posąg Świętego Antoniego. Kościół został oczywiście zniszczony podczas trzęsienia ziemi i odbudowany stylu rokokowo-barokowym. Wnętrze jest w miarę bogate, ale nie zachwyca.

Tuż za kościołem znajduje się, położona nieco wyżej, XII-wieczna katedra Sé de Lisboa. Kościół zbudowany na planie krzyża łacińskiego był niszczony i odbudowywany wielokrotnie. Stracił więc swój pierwotny romański charakter i stanowi dziś mieszankę stylu romańskiego, gotyckiego, barokowego i rokokowego. Przez chwilę podziwiamy oświetloną zachodzącym słońcem gotycką fasadę z wielką rozetą nad bramą i dwiema niezbyt wysokimi wieżami a później zaglądamy do środka. Panujące o tej porze pustki podkreślają ogrom nawy głównej oddzielonej potężnymi profilowanymi kolumnami od długich, lecz skromnie urządzonych naw bocznych. Ołtarz jest skromny z dużym obrazem. Boczne kaplice są zdaje się bardziej atrakcyjne, lecz wstęp jest płatny, odpuszczamy dokładne zwiedzanie.

Właśnie po stromej ulicy zjechał z góry żółty tramwaj. Przez moment mam zamiar namawiać Renatę, by przejechać się choć kawałek takim starym pojazdem. Po chwili jednak dochodzimy do wniosku, że lepiej przejść się pod zamek Świętego Jerzego. Każde z nas przejechało się parę lat temu lizbońskim tramwajem, tym razem możemy odpuścić. Ruszamy na wzgórze wzdłuż stromej linii tramwajowej, później przechodzimy przez średniowieczną bramę Arco do Castello. W zapadającym mroku zerkamy jeszcze na kolorowe azulejos na górnych kondygnacjach kamienic. Zapaliły się uliczne latarnie nadając krętym, brukowanym i stromym uliczkom romantyczny i nieco tajemniczy nastrój. Zamku nie będziemy zwiedzać: zamykają go już za pół godziny, a bilety w cenie kilkunastu euro odstraszają. Wystarczy nam spacer wzdłuż średniowiecznych murów. Co kilkadziesiąt metrów wyrasta nad nami blankowana wieża, mijamy kolejne bramy. W XIV wieku zamek był potężną twierdzą z 77 wieżami i 34 bramami, dzięki czemu nieraz odpierał ataki armii kastylijskiej. Ale warto pamiętać, że pierwotny zamek zbudowali Berberowie, a dopiero później, już po wyzwoleniu półwyspu spod władzy Maurów – rozbudowany.

– Wracamy? – pytam.

– Tak, wracajmy. Zimno i późno.

Schodzimy wąskimi uliczkami a właściwie schodkami wprost do centrum. Ku mojemu zaskoczeniu, na ulice wyległo więcej mieszkańców, a stoliki w niektórych knajpkach – nawet te wystawione na zewnątrz – są zajęte. Zahaczamy jeszcze o plac de Rossio, by zrobić parę ujęć ładnie podświetlonej fontanny i wracamy szybkim krokiem do swego hotelu. Pokój wcale się nie nagrzał, jest zimno jak w psiarni. Robimy sobie kawę i herbatę i wskakujemy pod kołdrę.

_______________________________________

*/ A widziałem tych łuków już całkiem dużo: poza najsławniejszym – Łukiem Triumfalnym w Paryżu, były to, między innymi: Arco Britanico w Valparaiso, port dax w Marsylii Brama Brandenburska w Berlinie, Siegestor w Monachium, który ledwo pamiętam, antyczny Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie, także wiekowy Łuk Hadriana w Atenach, nieco żałosny Arch 22 w Bandżulu, monumentalna India Gate w Nowym Delhi, dawno temu Porta Garibaldi w Katanii, Arcul de Trimf w Kiszyniowie, Malcie Porta Macedonia w Skopje, betonowy Patuxai w Wientian, Porta Nuova w Palermo, Arco de Santa Maria w Burgos, którą widziałem rok temu, Arco de la Victoria w Madrycie, Puerta de Toledo, którą ledwo co pamiętam z Toledo, łuki w Londynie: Admiralty Arch i Marble Arch, także nowoczesny Grande Arche w Paryżu, starożytny Łuk Trajana w Ankonie i Łuk Galeriusza w Salonikach.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej