Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
W drodze na najwyższy szczyt Santiago | Renata poddaje się | Czy się wścieknę? | Renata zbiera kawę | Flora wyspy
Dziś zaplanowaliśmy wycieczkę górską. Nasz cel – Pico d’Antonia wznosi się na wysokość 1392 m n.p.m., co czyni go najwyższym wzniesieniem na tej wyspie. Startować będziemy z wysokości 250 m n.p.m., co odpowiada wchodzeniu na Kościelec z Zakopanego. Pakujemy prowiant na cały dzień, zapas wody, trochę słodyczy i wyruszamy przed 8:00. Idziemy wczorajszą drogą wybrukowaną czarną kostką z twardego gnejsu. Po 30 minutach dochodzimy do wioski z kościołem. Na podwórkach i na drodze spotykamy wielu mieszkańców, pozdrawiamy się. I tu dzień zaczyna się wcześnie, jak na każdej wsi.
Mijamy kościół i w tym momencie przyskakuje do mnie pies, odganiam go odruchowo ręką. On to rozumie jako zachętę do zabawy, podskakuje i oblizuje mi rękę. Odpędzanie i inne próby perswazji nie pomagają.
– Mam nadzieję, że ten pies się od nas w końcu odczepi! – złoszczę się.
Zachęcam go wielokrotnie do pozostania w wiosce. Raz mi się zdarzyło, że pies mi towarzyszył kilkanaście kilometrów podczas mojego spaceru non stop Szlakiem Orlich Gniazd. Jak się wkrótce przekonamy, tutejszy pies będzie nam towarzyszyć w górach przez cały czas.
Ponad nami wznosi się potężny masyw Pico d’Antonia. Nasza trasa ma prowadzić czerwonym szlakiem STP2 najpierw do krzyżówki na zboczu, a dalej zielonym szlakiem STC6 na przełęcz pomiędzy tym szczytem a niższym, Monte Tchota. Następnie, po zachodniej stronie przełęczy, przyjdzie nam stopniowo wspinać się zielonym szlakiem STC2 na szczyt. Mijamy osadę „bimbrowników” i zaczynamy podejście na strome zbocze. W paru miejscach szlak nam ginie z oczu, ale po chwili znaki się odnajdują. Interesującym rozwiązaniem ułatwiającym wędrówkę jest oznakowanie fałszywych ścieżek przekreślonym znakiem szlaku. Droga pod górę trwa ponad pół godziny, mijamy stare, zrujnowane, kamienne domy ukryte wśród zdziczałych drzew owocowych. Przy zamieszkanych gospodarstwach uprawiane są niewielkie warzywne ogródki. Czasem zdarzają się również większe pola uprawne na wyrównanym kawałku zbocza. Osada wpełza na wzgórze bardzo wysoko.
– Tutaj dzieci pewno nie chodzą do szkoły – stwierdza Renata, mając na myśli długą drogę do pokonywania codziennie.
A jednak za chwilę i w powrotnej drodze spotkamy dzieci z torbami szkolnymi na ramieniu. Wyglądają nader sympatycznie, są wystrojone w szkolne mundurki, dźwigają olbrzymie tornistry.
Gdy przechodzimy przez ogród, z pobliskiego, choć skrytego w zielonym gąszczu gospodarstwa słychać pobekiwanie kóz i szczekanie psów.
– Może odpoczniemy tu? – proponuję.
– Ale gdzie?
– Chodź za mną.
Rozkładamy się na płaskich skałkach w cieniu bananowców i papai. Wyciągamy wałówkę. Renata częstuje psiego przybłędę kawałkami bułki.
– No, teraz to się nie odczepi od nas! – zauważam.
Zjadam czekoladę, muszę mieć siłę na dalszą drogę.
– Możemy ruszać – Renata pakuje swój plecak i wstaje.
Ścieżka dalej wznosi się do góry, później trafia się bardziej płaski odcinek. Tu, na wysuniętym w stronę doliny ramieniu masywu, znajduje się gospodarstwo złożone z chałupy, paru budynków gospodarczych i zagrody. Gdy przechodzimy ścieżką przez skraj podwórza, rzucają się na nas dwa niewielkie psy. Głośno ujadają, doskakują do nas, ale je skutecznie odganiamy. „Nasz” pies, zamiast nas bronić, ucieka gdzieś na bok. Mężczyzna, zapewne samotny, który tu mieszka, zupełnie nie zwraca na nas uwagi, mimo że musi być świadomy naszej obecności. Schodzimy teraz ku niewielkiemu potokowi ukrytemu w gąszczu zieleni. Tutaj, na północnych zboczach gór, dominuje las iglasty. Przekraczamy mizerny potok i wchodzimy parę metrów w górę leśną ścieżką w górę, gdy Renata oświadcza:
– Ja nie dam rady wejść na górę. Już teraz bolą mnie kolana i nie wyobrażam sobie schodzenia.
– Lepiej, że powiedziałaś to teraz, a nie po wycieczce, że nie darujesz mi tej drogi…
Przykro mi, że rezygnujemy z próby zdobywania szczytu, zwłaszcza że w mojej ocenie wejście było realne. Ale moja towarzyska drogi lepiej zna swoje możliwości. Nie pierwszy raz podczas trampingu zdarza mi się zrezygnować – ze względu na okoliczności – z osiągania jakiegoś celu. Ale to nic! Jeszcze wiele celów w swoim życiu będę miał do osiągnięcia.
Powoli wycofujemy się. Jest godzina dopiero 11:00, nie ma sensu o tak wczesnej porze wracać do domu. Rozkładamy się na niewielkim skalnym występie nad doliną. Niewysokie drzewo daje nam nieco mizernego cienia. Krajobraz jest fantastyczny: przed nami dolina Ribeira Seca – największej rzeki na Santiago. Widok rozciąga się aż do naszej wioski São Jorge dos Órgãos. U naszych stóp rozłożyły się osady i pola uprawne, dalej, po prawej stronie, ciągnie się pasmo górskie ze skalnym grzebieniem o poszarpanej grani. A daleko na horyzoncie widać w przymglonym powietrzu brzeg oceanu z jaśniejszym paskiem plaż. Za nami natomiast wznosi się jeszcze wyższy i bardziej skalisty masyw d’Antonia.
– Wracamy do domu? – pytam koło 15:00.
– Możemy. I tak się trochę zachmurzyło, nie będzie takiego upału po drodze.
W momencie, kiedy przechodzimy obok samotnego gospodarstwa na grzbiecie, przyskakują do nas wspomniane wcześniej dwa wiejskie kundle. W pierwszym momencie bagatelizuje ich obecność.
– Broń nas, nowy przyjacielu – zwracam się do psa, który towarzyszy nam całą drogę. Ten jednak z podkulonym ogonem ucieka na bok.
Dwa psy doskakują do mnie i zachęcane wzajemnie szczekaniem atakują moją nogę. Mój krzyk niewiele je odstrasza, a jak na złość w pobliżu nie widzę żadnego patyka. W pośpiechu oddalamy się od gospodarstwa.
– Nic się nie stało? – pyta Renata, która wysforowała się nieco do przodu.
Podciągam nogawkę i widzę krwawe otarcie na łydce.
– W porządku, nic się nie stało – odpowiadam.
Sprawdzam jeszcze całość jeansów, ale dziury nie dostrzegam. „Mały pies, małe kły”, pocieszam się. Bydlę raczej tylko uderzyło mnie zębami bez przedziurawienia spodni.
– Trzeba będzie odkazić – stwierdza Renata.
Posłusznie ślinię palec i przecieram zakrwawione miejsce.
– Gotowe.
Widzę, że moja towarzyszka drogi bardziej przyjęła się zdarzeniem niż ja. Niepotrzebnie, gdyż nawet gdybym tu padł z powodu wścieklizny, to i tak by sobie poradziła sama na trampingu. Ale raczej wścieklizną się nie zarażę, nie słyszałem, by na wyspach były takie przypadki. Ta sytuacja kolejny raz skłania mnie do refleksji nad niebezpieczeństwami podróży wyjazdów. Nie po raz pierwszy atakowały mnie psy, zdarzało się to w Rumunii i w Grecji. Obecnie są dostępne szczepienia profilaktyczne przeciwko wściekliźnie, jednak prawdopodobieństwo zarażenia się ugryzienia przez wściekłe zwierzę jest bardzo małe. I zawsze można zareagować po fakcie.
Przechodząc przez zagajnik, trafiamy na papaję obwieszoną kilkudziesięcioma owocami. Mam ochotę zerwać owoc, ale wiem, że choć z pozoru drzewo wygląda na niczyje, to jednak do kogoś należy. Zresztą nie jestem pewien, czy owoce są dość dojrzałe.
– A tę roślinę rozpoznajesz? – pytam Renatę, pokazując małe czerwone i zielone kulki na krzaczkach – Sprawdź, co jest w środku – zachęcam.
Renata ujmuje gałązkę i zrywa kilka bardziej czerwonych owoców. Spod cienkiej warstwy miąższu ukazuje się żółtawe nasionko.
– Kawa!
– Jasne. Z owoców wydobywa się ziarno, myje i suszy na słońcu. Później ziarno się praży aż do częściowego zwęglenia, dopiero wtedy ma aromat.
– Wezmę kilka na pamiątkę.
Na ścieżce spotykamy kilku dzieciaków, mają 3 do 5 lat. Przyglądają się nam z zainteresowaniem. Renata pokazuje im zdjęcia w komórce, ja wykorzystują okazję i robią im zdjęcia. Później przenoszę wzrok w kierunku wioski poniżej. Kilkuosobowa grupa miejscowych Murzynów idzie gęsiego nierówną, dróżką wydeptaną wśród wysuszonych kukurydzianych poletek. Towarzyszy im obładowany osiołek, a każdy z nich dodatkowo na głowie niesie ciężar: worek lub kosz.
W Lemba Lemba "bimbrownicy" mają przerwę. Omijamy ich zakład produkcyjny i odpoczywamy chwilę w cieniu olbrzymiego fikusa z długimi wiązkami korzeni powietrznych. Nie byłbym sobą, gdybym nie chciał przez moment zabawić się w Tarzana. Chwytam za korzenie i próbuję się rozhuśtać.
– Oj, chyba za bardzo przytyłeś – śmieje się Renata.
W sklepiku koło kościoła kupujemy wodę. Mała scysja przy kasie, bo ekspedientka chce więcej pieniędzy niż na kartce wywieszonej przy na półce. Ach, ci turyści, jak oni się handryczą!
– Wiesz co? Tu w pobliżu jest jakiś ogród botaniczny – mówię, patrząc na Maps.me w smartfonie – Może podejdziemy i sprawdzimy, czy warto?
– Tak, oczywiście, chodźmy. Jeśli to niedaleko.
Skręcamy w boczną dolinę i drogą nieco pod górę dochodzimy do ogrodzenia z tabliczką „Jardim Botânico Nacional Grandvaux Barbosa”. Brama jest zamknięta, brak informacji o godzinach otwarcia.
– Okej, pooglądamy zza płotu.
Idąc dalej drogą widzimy, że ogród nie jest wart odwiedzin. Założony w 1986 roku zajmuje co prawda dużą powierzchnię, ale jest w opłakanym stanie: nie widzimy żadnych ścieżek, alejek ani tym bardziej tabliczek na poszczególnych drzewach i roślinach. Z informacji zawartych w sieci wynika, że są tu natywne gatunki dla Wysp Zielonego Przylądka, także trochę endemitów.
– To samo mamy dookoła – stwierdzamy zgodnie.
I faktycznie, idąc przez wioskę, co chwilę "odkrywamy" jakąś ciekawą roślinkę. Ot, choćby wielkie fioletowe jagody na sporym krzaku. Przypominają polskie ostrężyny, ale ich owoce są całkiem twarde. Pewno z rodziny flaszowcowatych (Annonaceae Juss.), jakaś dzika odmiana jabłka budyniowego, nie wiem. Biorę parę na pamiątkę. Powoli zawracamy w kierunku domu.
W pensjonacie jest chłodno i przyjemnie.
– Co robimy, na co masz ochotę? – pytam, rzucając się na łóżko.
– Ja się chętnie rozłożę na leżaku przy basenie – mówi Renata.
Zbiera rzeczy i schodzi na dół, ja zostaję w naszym "cukierkowym" pokoju. Wieczór upływa spokojnie. Chociaż nie udało się mi wejść na szczyt Pico d’Antonia, to dzień i tak był udany.