Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Tarrafal – Praia

sobota, 28 I 2023


Leniwy poranek na plaży | Walczę z falami | Podglądanie miejscowego życia | Odwiedziny u Mormonów | Grubaski trenują chód | Ruiny leprozorium i chińskie inwestycje | Niezbyt udany wieczór w guest-house'ie


Siedzę na plaży w Tarrafal. Na błękitnym niebie ani jednego obłoczka, choć według prognozy pogody, miało być pochmurnie. Jest gorąco. Rano w pokoju na moim termometrze było 26 stopni. A przecież to styczeń! Lubię te sytuacje, kiedy na wyjeździe jest upał, a w Polsce jest środek zimy. Pamiętam, jak cieszyłem się z 50-stopniowej różnicy temperatur między rozgrzanym południem Tajlandii, a skutą styczniowymi mrozami Polską. Cieszę się też, gdy jest odwrotnie i trafiam latem na śnieg w górach. Tu, w Republice Zielonego Przylądka, zapewne mało kto doświadczył widoku śniegu na własne oczy. Przypomina mi się pytanie Jordańczyka w Akabie, czy w Polsce przez cały rok jest śnieg…

Siedzę więc sobie na plaży w Tarrafal. Wiatr mnie chłodzi, z oddali dobiega mnie szum fal. W odległości kilkuset metrów w zatoce zacumowało parę łodzi i jachtów. Lekko kołyszą się na wodzie. Obok mnie na piasku wylegują się psy. Chociaż nie są rasowe, z wyglądu wszystkie są do siebie podobne. Być może są na otrzymaniu turystów. A tych ostatnich teraz niewielu. Parę osób się kąpie, przed chwilą nadeszła rodzina z kilkuletnim dzieckiem. Taki widok zadaje kłam twierdzeniu, że z małym dziećmi nie da się pojechać daleko, do "dzikich" krajów. Notabene, Cape Verde leży w odległości 5,500 kilometrów od Krakowa.

– To tyle, co odległość do Indii – skomentowałem wczoraj.

Jest to o tyle dla mnie ważne, czy raczej pocieszające, że wciąż mam poczucie, że na bilety wydałem stosunkowo dużo: 1400 zł. Ale przecież ciężko byłoby obecnie znaleźć w tej cenie bilety do Indii, próbuję się przekonać. Natomiast cały czas jestem zadowolony z wyboru Santiago jako celu wyjazdu. na Wyspy Zielonego Przylądka. Sal byłby z pewnością nudny i drogi, Santiago natomiast oferuje i plażę, i góry, i historię.

Jesteśmy na plaży od 9:00. Początkowo myślałem, że spędzę czas do południa inaczej – pójdę na wycieczkę brzegiem w kierunku północnym – trzy kilometry dalej znajduje się ponoć latarnia morska. Po rozłożeniu się na piasku zreflektowałem się, że Renacie byłoby przykro, gdyby sama na dłużej została. Towarzyszę jej więc, leżąc w cieniu.

Koło 11:00 trochę się niecierpliwię i postanawiam się jednak przejść. Zostawiam dziewczynę wyciągniętą na ręczniku i idę niebieskim szlakiem wzdłuż wybrzeża. Ścieżka wśród rozłożystych akacji wiedzie pomiędzy urwistym brzegiem, a zboczami wnoszącej się ponad mną potężną górą Monte Graciosa. Chociaż ledwie przekracza 600 metrów, to przecież stoi tuż na oceanem przez co wysokość względna jest znaczna. Z zachwytem patrzę na kilkudziesięciometrowej długości skalne „żebra”. Ułożone równolegle na zboczu i nieco pofałdowane i podobne do dredóe na głowie. Przypominają mi się wspaniałe bazaltowe „żebra” na wybrzeżu w Północnej Irlandii. Jeszcze wczoraj myślałem, że wybiorę się na szczyt tej góry, ale atmosfera lenistwa, która i mi się udzieliła, sprawiła, że odpuściłem sobie tę wycieczkę. Wśród gałęzi drzew szczebioczą małe ptaszki, ale ja wciąż liczę na ciekawsze gatunki. Nawet pająki, słysząc moje kroki, pochowały się przede mną w swych podziemnych gniazdach. O tym, że jest ich tu mnóstwo, świadczy ziemia upstrzona niewielkimi lejkowatymi zagłębieniami. Wkrótce droga mi się nudzi, zwłaszcza że nie ma szerszych widoków i wracam na plażę do Renaty.

– Przeniosłam się kawałek dalej od palmy, bo przed chwilą spadł obok mnie kokos – opowiada dziewczyna z przejęciem – leży pod twoim plecakiem.

– Spróbujemy go później.

Co prawda po plaży chodzą miejscowe kobiety z otwartymi kokosami, ale przecież przyjemniej dobrać się do „własnego” owocu. Na plaży nie mam jednak możliwości jego otwarcia.

– Nie chcesz iść do wody? – pytam.

– Nie, za wysokie fale są.

– Ale przecież takie są najlepsze!

Najbliższe pół godziny spędzam „walcząc” z nabiegającymi wielkimi, dwumetrowymi falami. Raz daję się podnieść wysoko, to znów, zatykając nos, kucam i przy dnie przeczekuję, aż tony wody przewalą się nade mną. Czasem fala rzuci mną parę metrów ku brzegowi, lecz nie poddaję się i na chwiejących się nogach wracam na swoje miejsce.

– No chodź, tu jestem! – wołam do większych białych grzywaczy.

Lubię tę zabawę. Wracam na brzeg wyczerpany i wymłócony na wszystkie strony.

– Super było! Naprawdę nie chcesz spróbować?

– Nie, dziękuję. Mnie tutaj jest dobrze, wystarczy, że jestem na plaży.

Czas jednak się zbierać. Dziś musimy wrócić do Prai. W hotelu bierzemy szybki prysznic i transferujemy się na dworzec z busami. W oczekiwaniu na skompletowanie pasażerów kręcimy się przy samochodzie. Na ulicy widzę dużo dostawczych Toyot. Na szybach lub na dachu mają napisy z imieniem lub nazwiskiem kierowcy (np. Rodriguez) albo z nazwą firmy (np. New Balance). Najciekawsze są te z mottem życiowym kierowcy (np. Deus e bom, czyli Bóg jest dobry).

W końcu, po długim oczekiwaniu, ruszamy do Prai (przejazd po 600 CVE). Przemierzać będziemy całą wyspę z północy na południe, tym razem pojedziemy więc dłużej. Ponieważ droga jest nam już znana, to niezbyt uważnie przypatruję się krajobrazom. Słucham natomiast lokalnej muzyki płynącej z radia u kierowcy. Ten specyficzny gatunek muzyki zwany jest morna i jest uważany za narodową muzykę Cabo Verde. Została nawet wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości. Spokojne, powolne rytmy morny przypominają nieco portugalskie fado lub brazylijską sambę. Morna towarzyszy nie tylko mieszkańcom podczas przejazdu busami, ale i w codziennym życiu i to od narodzin do śmierci podczas święta Sete, o którym wspomniałem wczoraj. Muzyka grana jest dla noworodka, a także obecna jest podczas pogrzebów. Piosenki są z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych do słuchania. Muzyka jest rzewna, nieco melancholijna. Tekstu nie potrafię dobrze zrozumieć, ale nieliczne słowa, które rozpoznaję, sugerują, że te piosenki są o miłości, o rozstaniach i powrotach, o ukochanym kraju. I tak sobie pomyślałem, że podobne rzewne piosenki czy też muzykę (zwaną urt-duu) opowiadające o stepie, o koniach i o miłości, słuchałem ongiś w Mongolii.

Jedziemy więc tak od kilku godzin w zatłoczonym busie, słuchając tych melodyjnych kawałków, trochę rozmawiamy z pasażerami, choć oczywiście rozmowy nie są zbyt rozbudowane. Nocleg w Prai mamy zarezerwowany na dwa dni w miejscu noszącym dość dumną nazwę The Heart of Praia. Szybko odnajdujemy nasz hotel przy jednej z centralnych ulic na płaskowyżu Plato. Otwiera nam starsza na wpół głucha kobieta, zdaje się matka gospodarzy.

– Zostawiamy teraz tylko rzeczy, a formalności załatwimy później – mówię bez pewności, że zostałem dobrze zrozumiany.

Idziemy na spacer po stolicy, póki jeszcze jasno.

– Będziemy coś jeść? – pyta Renata.

– Jasne – przytakuję – musimy też kupić chleb, jutro niedziela.

Z pewnym zaskoczeniem po półgodzinnym kręceniu się po centrum konstatujemy, że w żadnym ze sklepów nie ma pieczywa. Podążając za wskazówkami miejscowych ostatecznie trafiamy do miejscowej piekarni. W pobliskich restauracjach czy knajpkach ceny są albo jakieś nienormalne – po kilkadziesiąt złotych za posiłek – lub kuchnia jeszcze nie działa i trzeba poczekać do wieczora.

– Chodźmy na targ, kupimy chociaż świeże owoce – proponuje Renata.

Zaopatrujemy się w pomidory, banany kupujemy również papaję długo macając owoce na straganie. Niestety, nie jesteśmy specjalistami od tych owoców, nie wiemy, które będą najsmaczniejsze.

– To teraz chodźmy w stronę morza, dobrze?

– Plaża tu chyba nie jest rewelacyjna – zauważam, ale oczywiście idziemy.

Po drodze podchodzimy pod kościół, a właściwie budynek wyglądający na dość nowoczesną z wyglądu świątynię. Ku naszemu zaskoczeniu nie chcą nas wpuścić do środka. Zakonnica tłumaczy, że to święte miejsce i nie możemy wchodzić.

– Ale jesteśmy chrześcijanami, chcemy się pomodlić – łżę jej prosto w oczy.

– Proszę poczekać – stwierdza – pójdę zapytać księdza.

Interwencja u zwierzchnika nie pomaga.

– Możecie pomodlić się w kaplicy – pokazuje nieokreślony kierunek w lewą stronę.

– Obrigado – kiwamy głową i żegnamy się.

– Dziwne, że nie chcą nas tu wpuścić. A w ogóle, czy na pewno tu jest kościół a nie jakaś sekta – zastanawiam się.

– Popatrz, na wieży nie ma w ogóle krzyża – zwraca uwagę Renata.

Jeszcze raz zaglądam do Maps.me, który podpowiada, że mieści się tu Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Aaa! Teraz wszystko już jasne. To kościół założony przez Józka Smitha, autora dzieła pt. The Book of Mormon: An Account Written by the Hand of Mormon upon Plates Taken from the Plates of Nephi, a przy okazji proroka Mormonów. Teraz jest jasne, dlaczego na wieży świątyni nie ma krzyża i dlaczego nas nie wpuszczono. Regułą wśród Mormonów jest, że wstęp do głównych świątyń mają jedynie osoby należące do wspólnoty a nabożeństwa „dla wszystkich” są odprawiane jedynie w kaplicach i budynkach spotkań.

W sąsiednim budynku, gdzie miała być kaplica, trafiamy raczej na pomieszczenia biurowe z galerią "świętych” obrazków. Wygląda to na jakiś ośrodek edukacyjny. Nic tu po nas. Ciekawsze są już drzewa rosnące wzdłuż ulicy: rosną na nich zarówno pomarańczowe kwiaty jak i żółtawe okrągłe owoce wielkości śliwki. Są też zielone „pąki” powstałe po przekwitnięciu kwiatów. Piękny przykład, gdzie można prześledzić różne etapy powstawania owoców Zastanawiam się, co to za gatunek. Później sprawdzę, że jest to pistacja właściwa (Pistacia vera L.)*/

Na sporym placu przed kościołem znajduje się pomnik jakieś ważnej persony. Bohater zapewne z czasów odzyskania niepodległości, bo przed monumentem ustawiony jest znicz w pięcioramiennej gwieździe, Wieczny ogień dziś nie płonie, widocznie zabrakło gazu. Podchodzimy bliżej i przekonujemy się, że pomnik przedstawia Amílcara Cabrala, murzyńskiego działacza pochodzącego z ówczesnej Gwinei Portugalskiej (dziś Gwinea-Bissau), walczącego o wyzwolenie Gwinei i Wysp Zielonego Przylądka spod rządów portugalskich, a następne zjednoczenie obu kolonii w jedno państwo. Do zjednoczenia nie doszło, powstały dwa niepodległe państwa, a sam Cabral został zamordowany 50 lat temu – prawdopodobnie za zamachem stali Portugalczycy. Dziś jego nazwisko noszą liczne szkoły, a także lotnisko na Sal. Sądząc po zachowaniu miejscowej rodziny, która tu przyszła z małym dzieckiem i coś z przejęciem mu tłumaczą, Cabral musi być tu szanowany i znany.

Na mojej twarzy po chwili wykwita szeroki uśmiech.

– Widzisz to? – pytam Renatę, chichocząc cicho.

Grupa kobiet, która zebrała się opodal i ustawiła w szeregu, patrzę, jak jedna z nich defiluje przed nimi tam i z powrotem. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to, że wszystkie te kobiety mają wyjątkowo szerokie biodra i monstrualne pupy. Wyglądają przezabawnie w obcisłych dżinsach i legginsach, które dziś ubrały.

– Coś mi się wydaje, że to ćwiczenia dla otyłych kobiet w poruszaniu się z wdziękiem – zastanawiam się.

– Tak może być – przytakuje Renata, a kolejna kobieta przechadza się kręcąc swym wielkim tyłkiem.

W pobliskim hali sportowej jest jakaś impreza, zaglądamy z ciekawości trwa mecz piłki ręcznej. Młodzież na trybunach.

– Co to za rozgrywki? – pytam chłopaka kibicującego zawodnikom – Jakieś międzynarodowe?

– Nie, nie – odpowiada z lekkim zażenowaniem – to drużyny tutejsze, dwie szkoły grają ze sobą.

Mogę sobie, oczywiście, żartować z poziomu tych rozgrywek, ale faktem jest, że w zeszłym roku reprezentacja Cabo Verde zajęła drugie miejsce w Mistrzostwach Afryki w piłce ręcznej (i 23 na świecie).

Dochodzimy do plaży. Piasek tu bardziej przypomina ziemię, a sama plaża raczej nie nadaje się do plażowania. Ale nie przeszkadza to miejscowej młodzieży w grze w siatkówkę plażową i kopanie piłki na boisku narysowanym patykiem.

– Zostawmy chłopaków, niech sobie grają i chodźmy w stronę tej wysepki – pokazują ręką.

– A co tam jest?

– Z mapy wynika, że tam są tam ruiny jakiegoś kościoła, ale wiem, że na wyspie było leprozorium.

– Trzymali tam trędowatych?

– Sądząc po stanie tych budynków, dawno temu.

Chcę podejść bliżej, by zrobić lepsze zdjęcia. Leprozorium funkcjonowało do końca XIX wieku. Biorąc pod uwagę stan ówczesnej medycyny, izolacja chorych była jedynym sensownym rozwiązaniem. Można być tylko pełnym podziwu i uznania dla lekarzy i innych sióstr miłosierdzia, którzy, ryzykując zarażenie się, zajmowały się trędowatymi.

Chociaż Ilhéu de Santa Maria łączy ze stałym lądem most zbudowany w 2018, to okazuje się, że na wyspę się nie dostaniemy.*/ Nabrzeże w całej okolicy stanowi teren wielkiej budowy.

– Popatrz! Tę inwestycję prowadzą Chińczycy – mówię, patrząc widząc chińskie tablice informacyjne z mandaryńskimi znaczkami.

Firma Legend Development Company buduje tu resort hotelowy i planuje kasyno na wyspie. Jak się jutro przekonamy, jadąc do Cidade Vehlo nie jest to jedyna chińska inwestycja na Santiago. Chiny postawiły również kampus uniwersytecki pod miastem. Dzielnica, w której się znajdujemy, nie jest zbyt ciekawa pod względem architektury, ale jak to bywa w stolicy każdego państwa znajduje się tu szereg ambasad – głównie z krajów afrykańskich. Niektóre mieszczą się w zwykłych willach, inne otoczone są wysokim murem i strzeżone przez strażnika w budce.

– Wracajmy – decyduje Renata.

Tym razem spacer będzie prowadzić przez centrum Plato obok rezydencji rządowej. Ale zanim przywitamy się z żołnierzem straży prezydenckiej, zaglądamy pod pomnik Diogo Gomesa, portugalskiego kapitana statku i odkrywcy w służbie króla Henryka Żeglarza. Jest przykładem szybkiego awansu z królewskiego pazia do rycerza (cavaleiro) i urzędnika królewskiego (escrivão da carreagem real). Ale zasługi dla poznania świata miał: dotarł do dzisiejszej Gwinei-Bissau, płynąc rzeką Gambia osiągnął współczesne Mali. No i odkrył przynajmniej część z wysp archipelagu, na którym się dziś znajdujemy. Pomników upamiętniających portugalskich kolonizatorów jest tu więcej, chociażby popiersie Caetano Alexandre d’Almedia e Albaquerce, przedwojennego gubernatora na pobliskim zadrzewionym placu jego imienia. Zaglądamy jeszcze do Igreja Nossa Senhora da Graca, kościół jest zwyczajny, przeciętny.

Pokój w naszym hoteliku jest przeraźliwy mały. Ma jedynie mały okienko wychodzące na klatkę schodową. Klimy brak, jest tylko wentylator. Widzę, że Renata jest bardzo zdegustowana. Niestety na dziś nie było noclegu w hotelu, w którym byliśmy parę dni temu.

– Jakoś się przemęczymy, wiem, że zła jesteś.

– W porządku, wytrzymamy.

Przykro mi, że czasem nie mogę zapewnić wyższego standardu na moich wyjazdach.

Idziemy zjeść kolację piętro wyżej, gdzie na tarasie znajduje się kuchnia i są stoliki. Są tu też koty i groźnie wyglądający pies z gatunku tych obronnych. Chociaż wygląda sympatycznie, jego towarzystwo nas trochę stresuje. Obłaskawiamy go mielonką.

__________________________________________

*/ Teraz dopiero sobie uświadamiam, że podczas trampingów wielokrotnie widziałem owocujące drzewa pistacjowe – znalazłem je na zdjęciach z kilku krajów. Myślę, że teraz łatwiej będzie mi je rozpoznawać.

**/ Ponoć można dostać się łodzią lub suchą nogą – podczas odpływu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej