Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Nerwy przed odlotem | Spacer po średniowiecznej Tuluzie | Krótkie podsumowanie trampingu
Kończy się nasza wycieczka. Pozostaje jeszcze dolecieć do Krakowa. A to może okazać się dziś niemożliwe ze względu na strajk kontrolerów lotów we Francji. Pierwszą rzeczą po przebudzeniu o 5:00 jest sprawdzenie na Flightradar24 odlotów z lotniska w Tuluzie. Jak na razie samoloty odlatują mniej więcej zgodnie z rozkładem. Później widzę "naszego" Ryanaira startującego do Lizbony. Będzie dobrze. Wczoraj sprawdzałem, że metro kursuje dopiero od 6:30.
– Będziemy mieć mało czasu na lotnisku – mówię – mam nadzieję, że szybko znajdzie się wahadło na Terminal 2.
Na stacji Alameda mamy mały problem – jest jeszcze zamknięta. Co prawda pracownicy wpuszczają nas na chwilę, abyśmy mogli kupić wcześniej bilety, ale potem musimy poczekać przed wejściem. Zbliża się już 6:30, a krata wyjściowa wciąż jest zamknięta. Nie tylko my się denerwujemy – miejscowi krzykiem przywołują obsługę, biegniemy wszyscy na peron. Wskakujemy do nadjeżdżającego pociągu.
Tanie linie lotnicze odlatują z Terminalu 2 oddalonego o jakieś 1200 metrów od stacji metra. Ponoć nie wolno przemieszczać się pomiędzy terminalami pieszo. Faktycznie: z okien wahadłowego autobusu, do którego przed chwilą wsiedliśmy, widać, że na pewnym odcinku brak jest tu chodnika.
Lot do Tuluzy potrwa niecałe dwie godziny. Z niecierpliwością czekam na przelot nad Pirenejami. Te góry są niespełnionym do tej pory moim celem. Co prawda, granicą francuską hiszpańską przekraczałem dwukrotnie, ale zawsze w pobliżu wybrzeża. Kilka lat temu byłem w Andorze, jadąc od strony francuskiej, ale znowu: po górach nie chodziłem. A przecież to pasmo górskie jest naprawdę imponujące. Najwyższy szczyt, Pico de Aneto, sięga 3404 m n.p.m. Wkrótce rozległe płaskowyże środkowej Hiszpanii stają się coraz bardziej górzyste, na brązowych wcześniej grzbietach pojawiają się białe plamy śniegu. I wreszcie widzę Pireneje w całej okazałości. Jak okiem sięgnąć pokryte śniegiem szczyty i białe doliny z czarnymi nitkami rzek. Te piękne krajobrazy szybko znikają, podchodzimy do lądowania.
W Tuluzie będę po raz trzeci. Miasto powinno być mi więc dobrze znane, ale to raczej pozór. Niestety, w stolicy Oksytanii brak jakichś wybitnych, a jednocześnie charakterystycznych miejsc, które łatwo utkwiłyby mi w pamięci. Nie szkodzi: będę przypominać je sobie na nowo.
Chwytamy plecaki i szybko idziemy na pętlę tramwajową. Spieszymy się, bo do odlotu kolejnego samolotu do Krakowa zostało 5 godzin, a chcemy przecież pospacerować po mieście. Bilety kupujemy w automacie po 1,85 € i po 30 minutach, przejeżdżając mostem Saint-Michel przez wyspę na Garonnie, docieramy do centrum (przystanek Palais de Justice).
– Ogólnie plan mamy taki, by przespacerować się w kierunku Place du Capitole, wykręcić w stronę Garonny, zataczając łuk i wrócić w to samo miejsce – mówię do Renaty i dodaję: Sorry, nie poznamy miasta zbyt dokładnie, ale tylko tyle czasu mamy.
– W porządku. Ja i tak się cieszę, że zobaczę Tuluzę.
Idziemy początkowo przez Pl. du Parlement. Typowa zabudowa XIX-wieczna dzielnicy może się podobać, aczkolwiek, jeśli chodzi o przepych, to trochę daleko do Barcelony czy Rzymu. Na placu du Salin mijamy kościół protestancki. W pierwotnym XIII-wiecznym budynku mieścił się kiedyś skarbiec królewski, ale zawieruchy wojenne i rewolucyjne oraz wrodzona skłonność Francuzów do wymyślania nowych stylów architektonicznych sprawiły, że dzisiaj budynek wygląda cokolwiek współcześnie. Tym niemniej, wielka „gotycka” rozeta i maswerki w sąsiednich oknach mogą się podobać. Opuszczamy plac, zerkając jeszcze na pomnik lokalnego prawnika, Jacquesa Cujasa (autorstwa Achille’a Valoisa, 1837). Sporo tu neogotyckich i klasycystycznych kościołów, ale nawet nie zaglądamy do nich. Raczej chcemy poczuć atmosferę tego miasta. Mieszkańcy poubierani są ciepło, noszą puchowe kurtki i czapki. Widać, że styczniowe temperatury są ciężkie do wytrzymania dla francuskich zmarzluchów znad Morza Śródziemnego. I może to tylko wrażenie, ale migranci z Afryki czy Azji nie rzucają się aż tak w oczy, jak ostatnio w Lizbonie czy Frankfurcie. Pomimo chłodnej pogody, wielu mieszkańców spędza południe w kawiarniach, widać sporo młodzieży i młodych ludzi przy stolikach, a przecież tutaj to nie sezon turystyczny.
To, co jak zwykle mi się podoba, to pięknie ozdobione wykusze i balkony, bramy kamienic z rzeźbionymi kratami, liczne pomniki upamiętniające nie tylko miejscowych notabli i francuskie postacie historyczne, ale również nowoczesne rzeźby mniej lub bardziej nieokreślone w formie i znaczeniu. Ot, choćby wykonana z czarnego kamienia rzeźba autorstwa lokalnego artysty, Jean-Louisa Toutaina przedstawiająca matkę bawiącą się z dzieckiem. Obie postacie mają obłe kształty pozbawione właściwie wszystkich szczegółów anatomicznych. To maniera typowa dla tego twórcy, który tworzył swe rzeźby w podobnym stylu.
Mijamy teraz XIV-wieczny ceglany budynek dawnego klasztoru Augustianów. Dziś mieści się tu muzeum sztuk pięknych z bogatą kolekcją rzeźb, w tym wyjątkowymi dziełami romańskimi. Wkrótce dochodzimy do placu Charlesa de Gaulle’a. Charakterystycznym elementem jest tu Donjon du Capitole, czworoboczna wieża z narożnymi miniaturowymi wieżyczkami. To XVI-wieczny donżon, niegdyś Wieżą Konsystorza w czasach, gdy za administrację miasta odpowiadali Kapitulowie. Jej szczyt w stylu flamandzkiej dzwonnicy pokryty jest łupkiem. Renata wykorzystuje okazję, by sfotografować się z Claudem Nougaro, poetą i autorem piosenek, który tu przystanął. Jest, co prawda martwy, bo wykonany z brązu, ale widocznie towarzystwo rzeźby autorstwa Sebastiena Langloysa jest jej miłe. Przechodzimy przez Place du Capitole, można powiedzieć główny rynek w Tuluzie. Jeszcze przed wojną plac był zastawiony kramami i budami, w których sprzedawano głównie płody rolne. Dziś pusta płyta placu ozdobiona jest olbrzymim krzyżem tuluskim zwanym też krzyżem oksytańskim (Croix occitane), którego kształt wymyślono jeszcze w XII wieku. Plac otoczony jest pięknymi budynkami z arkadami z pałacami.
Robi się późno. Nie podejdziemy już do bazyliki Saint-Sernin zlokalizowanej jeszcze bardziej na północ od starówki. W tej średniowiecznej świątyni znajdują się relikwie 128 świętych, a nawet cierń z korony cierniowej Jezusa. Niezła kolekcja! 😉
Skręcamy nad Garonnę i zatrzymujemy się na chwilę przy Pont Neuf. Most wbrew nazwie jest całkiem stary, bo pochodzi z XVI wieku. W podporach łączących przęsła Jacques Lemercier zaprojektował charakterystyczne prześwity. 100 metrów dalej stoi od 15 stuleci bazylika Notre Dame la Daurade. Tam Francuzi przechowują swoją Czarną Madonnę (co prawda to kopię innej, wcześniejszej).
Czas kończyć spacer. Wracamy ścieżką wzdłuż „Garonnetki”, miniaturowego cieku, potem "na azymut" wracamy na nasz przystanek tramwajowy. Trochę się denerwujemy, bo na tramwaj czekają tłumy tulużan.
– Mam nadzieję, że do strajku francuskich kontrolerów lotniczych nie przyłączyli się pracownicy komunikacji miejskiej! – mówię.
Ale nie: podjeżdża tramwaj T1 i wracamy na lotnisko. Jeszcze tylko jeden start i jedno lądowanie. W Balicach jesteśmy o 18:50.
Jak zwykle kilka słów na zakończenie. Bardzo się cieszę, że odwiedziliśmy Republikę Zielonego Przylądka. I że wszystko przebiegło bezproblemowo. Był to pierwszy nowy kraj odwiedzony przeze mnie od początku pandemii w 2020 roku. Długo się wyczekałem. Niestety, mój "harmonogram" zapełniania mapy świata uległ przesunięciu. I wiem, że trudno będzie go nadrobić. Cabo Verde okazało się krajem łatwym do zwiedzania, wręcz odpowiednim jako wstęp do Czarnej Afryki. Mój debiut był, co prawda kilka lat temu w Afryce Zachodniej (Gambia, Senegal, Gwinea Bissau), ale uważam, że Wyspy Zielonego Przylądka są w sam raz na pierwszy raz. Podtrzymuję swoją opinię, że wyjazd na Santiago był trafnym wyborem, aczkolwiek Santo Antão i Fogo mogą być również atrakcyjne.
Dziewięciodniowy wyjazd zamknął się kwotą 2300 zł (bez pamiątek). Główny koszt był generowany przez kombinowane loty (pięć odcinków), za które zapłaciliśmy po 1400 zł. Aby dostać się do Cabo Verde należy jeszcze uiścić opłatę wylotową w kwocie 145 zł. Na miejscu wydawaliśmy dziennie niecałe 100 zł na osobę (noclegi, przejazdy jedzenie, wstępy). Wyspy Zielonego Przylądka są ciekawym krajem, aczkolwiek nie można powiedzieć, że jest to rewelacyjna destynacja. W pewnym stopniu przypominają (w każdym dotyczy to Santiago) Maderę, którą odwiedziliśmy w zeszłym roku. Podobnie, jak na Wyspie Wiecznej Wiosny, nie ma tu spektakularnych zabytków, czy oszałamiającej przyrody. Jednakże urozmaicone krajobrazy, koloryt localsów i poczucie, że jest się w Afryce, sprawiają, iż podróż do tego kraju jest atrakcyjna. Generalnie sympatyczni ludzie, względne poczucie bezpieczeństwa, bujna niekiedy przyroda, lokalne atrakcje, takie jak wizyta u producentów grogu i uroczystości kościelne w Citade Velho będą najciekawszymi wspomnieniami. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się znów wrócić do Afryki. Póki co, czeka mnie wyjazd na Lanzarote.