Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Tarrafal

piątek, 27 I 2023


Renata kupuje sukienkę | Transport ryb przybywa do Tarrafal | Pyszny obiad | Cień przeszłości | Za chlebem


Dziś dzień „plażowy”. Niezbyt lubię poświęcać cały dzień na nic nierobienie, więc zapewne po południu zrobimy sobie jakiś spacer. Dzień, podobnie jak wczorajszy zapowiada się upalnie.

– Szkoda, że nie wzięłam sobie krótkich spodenek – mówi Renata przed wyjściem.

– Zawsze możesz sobie coś kupić, jeśli nie chcesz chodzić w moich spodniach!

– Naprawdę by się przydały... W tych długich jest gorąco.

– A może kupisz sobie sukienkę?

– Zobaczymy…

W najbliższym sklepie jest odpowiednia kiecka.

– 1200 escudos – mówi zapytana o cenę sprzedawczyni.

Nie znam się na cenach kabowerdyjskich sukienek, ale nie byłbym sobą, gdybym od razu zaakceptował cenę. Co prawda płaci Renata, ale dbam o jej interesy 😉. Odliczam 900 escudo i zwracam się do sklepikarki:

– Ok?

Mil e duzentos – powtarza kobieta, kręcąc głową.

Wychodzimy. Widzę, że nie ustąpi.

Penetrujemy nadbrzeżny kwartał w poszukiwaniu innych sklepów tekstylnych. Sukienek jest spory wybór, ale albo rozmiary zbyt duże, albo wzory i kolory zbyt drapieżne.

– Chcę coś, co i w Polsce mi się przyda – Renata myśli przyszłościowo.

– Ok, wracamy do tamtej pierwszej kobiety – poddaję się.

Teraz akcja rozwija się szybko.

– Spróbuj za 1100 – mówię do Renaty, wciskając jej pieniądze.

Sam zostaję na zewnątrz. Nie chcę na to patrzeć! Po chwili w drzwiach pojawia się uśmiechnięta Renata. Ślicznie wygląda w kolorowej sukience.

Czas na plażę. Dziś jakby ludzi trochę więcej, rozkładamy ręczniki na piasku.

– Na razie sobie poleżę, jak chcesz to idź się kąpać – stwierdza Renata – tylko posmaruj mnie kremem wcześniej.

– Podejdę najpierw na to molo, gdzie sprzedają ryby.

Właśnie przed chwilą mała łódź rybacka przywiozła świeży towar. Boję się, że później przekupki się rozejdą i nie będzie czego fotografować. Ryby sprzedawane są na sztuki z dużych plastikowych miednic lub 20-litrowych wiader po farbie. Tłum jest kolorowy, choć nie tak bardzo, jak ten, który widziałem w Senegalu i Gambii. Kobiety z nielicznymi wyjątkami noszą barwne chusty na głowie. Te które nie boją się słońca, lub po prostu chcą zademonstrować swą fryzurę, mają włosy splecione w cienkie warkoczyki, często ozdobione koralikami. Większość ubiera wzorzyste, kwieciste, długie spódnice sięgające połowy łydek, do tego kolorowe bluzki. Niektóre Kabowerdyjki, zwłaszcza starsze, noszą przewiewne, barwne i długie sukienki. Zakupione ryby ładują do miednic i kładą sobie na głowę, podkładając pod miednicę zwiniętą w krążek chustę dla lepszej stabilizacji. Wracają potem wyprostowane do miasteczka. Mężczyźni najczęściej chodzą w krótkich „szmacianych” szortach i kolorowych koszulkach z krótkim rękawem i – co może niektórych dziwić – często zakładają wełnianą czapkę.

Bez pośpiechu wracam na plażę, mijając kolorowo pomalowane rybackie łódki.

– I jak? Podoba ci się tu? – pytam Renatę.

– Tak. Bardzo zadowolona jestem, że tutaj przyjechaliśmy.

– Idę do wody. Aż żal mi tych fal!

Znów walczę z grzywaczami, od czasu do czasu nurkuję, wyciągając z dna muszelkę lub kawałek martwego koralowca. Wymordowany wracam na plażę.

– Idź teraz ty – proponuję.

– Dobrze, ale nie będę moczyć włosów.

Renata brodzi wzdłuż brzegu tam i z powrotem, przyciągając wzrok miejscowych mężczyzn. Muszę przyznać: zgrabna jest!

– Teraz coś bym zjadła – mówi po powrocie.

Zaglądamy do kilku restauracji w południowej części miasta. Ciężko się dogadać po angielsku, nawet portugalski tłumacz offline niewiele pomaga, gdyż teksty wpisywane w aplikacji przez mieszkańców mają literówki i wychodzą dziwaczne tłumaczenia. Generalnie smażona ryba kosztuje tu 1000 CVE, a właśnie na nią mamy ochotę. Oceniam, że 43 złote za rybę w kraju wyspiarskim jest ceną znacznie zawyżoną.

– Poszukajmy jeszcze innych miejsc, dalej od plaży – mówię.

Przy placu, skąd odjeżdżają busy do Prai, trafiamy na bar, z którego dolatują smakowite zapachy. Barman woła na pomoc znajomego, angielskojęzycznego klienta i jesteśmy już w stanie zamówić rybę z ryżem. Po kilkunastu minutach oczekiwania na posiłek czujemy się zniecierpliwieni.

– Dopiero przywieźli grilla – mówi Renata, widząc, że z furgonu, który właśnie podjechał, wypakowują jakieś rupiecie.

To jednak tylko brudne talerze z innego baru. Nasza ryba smaży się na zapleczu.

– Almost done! – woła do nas uspokajająco jeden z klientów.

Kiwamy głową.

– Zobacz, żubrówka! – wskazuję polski alkohol stojący wśród innych butelek w barze.

To będzie chyba jedyny polski akcent na wyspach. W końcu jest ryba z ryżem, frytkami i sałatką. Kelnerka przynosi jeszcze sos z ciecierzycy.

– To chyba ta czerwona ryba, którą widzieliśmy na targu – Renata próbuję odgadnąć po kształcie gatunek.

– Całkiem możliwe. Skoro są dostępne na targu, mogą trafić do kuchni, no i na stół…

– Całkiem dobra, w każdym razie.

Wstajemy najedzeni. O ile wcześniej miałem poczucie, że na wyjeździe schudłem – teraz straciłem pewność.

– Przejdźmy się do tego obozu, to 25 minut stąd – proponuję.

Obóz to pozostałość z czasów kolonialnych i stanowi jedną z nielicznych pamiątek historii na wyspach. Jest położony jakieś 2,5 km na południe od centrum. Hotelarz wspominał, że możemy podjechać miejskim busikiem, ale stąd już jest niedaleko.

Ruszamy. Chociaż idziemy wzdłuż głównej ulicy, nie narzekamy na uliczny hałas. Przyglądamy się budynkom mieszkalnym pobudowanym na zboczu wzgórza. Niektóre imponują wielkością, ale wiele sprawia wrażenie, jakby były niedokończone lub niezamieszkane. Być może rozwój turystyki na Santiago okazał się mniejszy niż się spodziewali inwestorzy. A być może te olbrzymie domy czekają na nowych członków rodziny? Tu, na Wyspach Zielonego Przylądka, domy są tradycyjnie wielopokoleniowe. Wychowanie dzieci ma charakter wspólnotowy, często oddaje się dzieci na „przechowanie” do ciotek, wujków lub innych krewnych, zwłaszcza w ciągu roku szkolnego. Czasem dzieci trafiają do domu swej matki, gdy kobieta akurat poszła w odstawkę. Chociaż poligamia jest prawnie zakazana, wielu mężczyzn sypia z kilkoma kobietami i z każdą ma dzieci. Ta z którą najdłużej wytrzyma (albo odwrotnie) ma szczęście, bo po kilku latach pożycia związek uzyskuje status małżeństwa konkubinacyjnego. Ślubu kościelne lub urzędowe są tu ponoć rzadkością.

Wkrótce dochodzimy do wysokiego muru z wieżyczkami strażniczymi. Do wnętrza prowadzi otwarta brama w budynku administracyjnym. Przez mieszkańców miejsce to nazywane jest obozem koncentracyjnym. Faktycznie, przed II wojną światową, było to miejsce odosobnienia dla antyfaszystów i antykolonialistów. Od 1935 roku, kiedy to wybudowano kilka budynków, a teren ogrodzono wysokim murem, przez więzienie przewinęło się około 600 osób. No cóż, nie wiem, czy mieszkańcy Capo Verde, a nawet Portugalii zdają sobie sprawę z tego, czym były obozy zagłady w Auschwitz, czy gdzie indziej na terenie Polski i Rzeszy… Zaglądamy na moment do środka, zapoznajemy się z informacjami na tablicach przed bramą. Wystarczy.

– Obejdziemy może obóz z drugiej strony i wrócimy brzegiem morza – proponuję.

Ścieżka wśród akacji prowadzi obok zapuszczonych gospodarstw, jakichś składowisk. Ogólnie okolica wygląda na nieciekawą.

– Wracamy na główną drogą – proponuję, widząc niezbyt pewną minę Renaty.

Zresztą ważniejsze jest teraz kupić pieczywo na kolację i śniadanie. Sklepów tu jednak, jak na lekarstwo. A jeśli nawet są otwarte, to nie ma w nich świeżego chleba. Nasze pytanie zadawane mieszkańcom z pomocą tłumacza – jak się wydaje – sugerują im, że żebrzemy o chleb, odsyłają nas nawet do jakiegoś domu, gdzie go dostaniemy.

– Ciężko się z nimi dogadać– stwierdzamy zgodnie.

Ostatecznie, w centrum trafiamy ciastkarnię i, upewniamy się, że bułki nie są „doce” (słodkie), kupujemy odpowiedni zapas. W hotelu rzucamy się do łóżka. Chociaż dzień nie obfitował w wydarzenia, czujemy się zmęczeni. Wypijam półtora litra coli.

Gdy wracam z łazienki, Renata już śpi. Do późna w nocy rozbrzmiewa na sąsiedniej ulicy muzyka. Zastanawiam się, czy nie ma tam jakiejś plenerowej imprezy. A może trwa tam święto Sete, które obchodzone jest siedem dni po urodzeniu dziecka? Rodzice urządzają wówczas wielkie przyjęcie, jest to okazja do tańca i picia. O północy goście wchodzą do pokoju dziecka i śpiewają, by ochronić je przed złymi duchami. Mam ochotę sprawdzić, co się tam dzieje, ale czuję, że Renaty już nie dobudzę.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej