Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]
Ten rok zapowiada się interesująco | Co zobaczyć w Cabo Verde? | Moje wyspy i wysepki | Jesteśmy na miejscu
Nadszedł rok 2023. Dla mnie to kolejny rok podróżniczej niepewności. Jaki on będzie? Czy obostrzenia pandemiczne powrócą? Czy znów wpadniemy w pułapki kwarantanny, poniesiemy koszty testów i odwołanych lotów? Czy będę mógł pozwolić sobie czasowo i finansowo na intensywne podróżowanie po świecie w mojej nowej sytuacji zawodowej? Jedno jest pewne – nie dam powodów do satysfakcji tym zawistnym osobom, które, kierując się swą prymitywną motywacją, wpłynęły na moją karierę. Będę realizować swe potrzeby, podróżując do nowych regionów i odkrywając uroki wcześniej odwiedzonych krajów.
Nie wiem, jak się skończy ten rok, ale początek wygląda bardzo interesująco. Na styczeń zaplanowałem wyjazd na Wyspy Zielonego Przylądka. Później, w lutym, wybieram się na nieco zwariowaną eskapadą na Kanary i do północnej Hiszpanii. Natomiast marcowy tramping, mam nadzieję, okaże się hitem, gdyż kupiłem tanie bilety do Arabii Saudyjskiej. Te kierunki i miejsca będą kolejnymi zdobyczami na mojej, wciąż zapełniającej się, podróżniczej mapie. Wyspy Zielonego Przylądka są chyba najtańszym z afrykańskich egzotycznych "rajów". Pozostałe: Seszele, Mauritius, Reunion i Zanzibar zobaczę przy innej okazji. Lutowy wypad będzie poniekąd wyjazdem "zastępczym". Nie mogłem znaleźć z Londynu tanich biletów do Gibraltaru, padło więc na Lanzarote, skąd polecę do Santiago de Compostela. Natomiast Arabia Saudyjska nie była priorytetem na mojej liście. Ale skoro trafiły się bardzo tanie loty z Budapesztu – grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji.
Po raz kolejny wybieram się w podróż z Renatą. Chociaż zaledwie miesiąc temu byliśmy w Maroku, znów udało mi się namówić ją na Afrykę. I to nie tę, najbardziej dostępną, ale prawdziwszą – Czarną. Co prawda Republika Zielonego Przylądka może być uznana za stosunkowo „ucywilizowany” kraj afrykański, ale bez wątpienia ma swoje zalety: jest stosunkowo blisko Europy, jest względnie bezpieczna, jest w końcu urozmaiconym i ciekawym krajem. No i jest Czarna. Może nie do końca, bo Murzynów tu 28%, a większość to mulaci (71%). Ale z pewnością będzie bardziej "afrykańsko” niż w krajach Maghrebu. Ten skład ludnościowy jest oczywiście skutkiem kolonialnej historii kraju zasiedlonego przez Portugalczyków, którzy mieszali się później ze sprowadzanymi z kontynentu Murzynami. Podległość portugalska skończyła się w dopiero w 1975 roku, pamiątką pozostał język portugalski jako urzędowy oraz ścisłe związki z Portugalią. Dziwić więc się nie należy, że najłatwiej dostać się tu z Lizbony. Trasę tę obsługuje zarówno portugalski TAP, jak i narodowy przewoźnik Cabo Verde Airlines.
Muszę przyznać, że dość długo polowałem na tanie bilety. Mój problem polegał na tym, że uparłem się polecieć na Santiago (Praia), jedną z ośmiu zamieszkanych wysp archipelagu. Skąd ten wybór? Najwięcej turystów z Europy dociera na wyspę Sal, tu rozbudowana jest infrastruktura turystyczna jest dużo luksusowych hoteli, resortów i pięknych plaż. Z tego powodu najwięcej jest lotów właśnie na Sal, a bilety są tam najtańsze. Niestety Sal nie oferuje nic poza plażami, to stanowczo za mało, by wyspa mogła mnie zainteresować. Wyspa Boa Vista jest również często odwiedzana przez turystów i, jak się wydaje, jest w miarę ciekawa ze względu na niewysokie góry pochodzenia wulkanicznego. Cóż z tego, skoro bilety są tam wyjątkowo drogie. Z kolei Fogo ma wspaniały, aktywny wulkan (Pico de Fogo 2829 m n.p.m.). Niestety lasów tam niewiele, a i plaże nie są zbyt atrakcyjne. Lepszym pomysłem na wyjazd jest wyspa Santo Antao na północy archipelagu: górzysta i lesista z interesującymi miasteczkami. Pozbawiona jest jednakże międzynarodowego lotniska, podobnie jak inne mniejsze wyspy: Sao Nikolau, Sao Pedro, Maio i Brava. Santiago natomiast oferuje nie tylko plaże i piękne góry, ale również sporo pamiątek historycznych, gdyż jako pierwsze zostało zasiedlone. Tak więc, w mojej ocenie, wyspa Santiago bezapelacyjnie zwyciężyła. Oczywiście można podczas wyjazdu odwiedzić kilka wysp, przepływając między nimi promem (lub ewentualnie skorzystać z samolotu). Taki wariant odwiedzin sąsiednich wysp pierwotnie rozpatrywałem, jednakże wysokie ceny promów sięgające kilkudziesięciu dolarów za 50-kilometrowy rejs, rzadka siatka połączeń, a przede wszystkim nawet dziesięciogodzinne czasy transportu między wyspami, skutecznie mnie zraziły. Uznałem – przy akceptacji Renaty – że najlepiej będzie skupić się na jednej, wybranej wyspie. Bilety z Lizbony do Prai i z powrotem kosztowały około 1000 zł i stanowiły największy koszt wyjazdu. Dolot do Lizbony z Krakowa i powrót przez Tuluzę zapewnił nam w umiarkowanej cenie Ryanair. Na początku zabukowałem hotele w Prai na pierwszą noc oraz w Lizbonie na noc poprzedzającą powrót do Polski. Długo rozmyślaliśmy, jaką trasę obrać na wyspie, wyszukałem parę tanich hoteli w dwóch miejscowościach i wstępnie zarezerwowałem noclegi. Dokładnego przebiegu wyjazdu nie określiliśmy – w końcu jest to tramping. Jak zawsze bierzemy ze sobą tylko bagaż podręczny, a w nim trochę żarcia i ubrań: w Polsce temperatura wynosi teraz około 0 °C, tam będzie ponad 20 °C.
Wylatujemy w poniedziałek o godzinie 6:00. Ponieważ lecimy na kraniec Europy, lot trwa ponad 4 godziny. Kolejny samolot – odcinek do Prai – mamy o 16:45. Sześć godzin, które mamy do dyspozycji, to za mało, by chciało się nam podjeżdżać do centrum miasta, zresztą znamy Lizbonę. Ja byłem tu w 2017 roku przy okazji trampingu na Azory, Renata odwiedziła miasto parę lat temu ze zorganizowaną wycieczką. Wolny czas przeznaczamy na spacer w kierunku wybrzeża, robiąc sobie przystanki w parkach: Parque Vale do Silêncio Quinta Conde dos Arcos. Tu zawitała już wiosna: trawa się zieleni, wszędzie mnóstwo kwitnących kwiatów. Spacerujemy po lizbońskich osiedlach, przyglądając się współczesnej architekturze. Mam dość nieoczekiwany telefon z Polski, muszę przeprowadzić ważną rozmowę. Później, wzorem Lizbończyków relaksujemy się w kolejnym parku, Renata rozkłada się na ławce i udaje, że się opala. Bezchmurne niebo nastraja nas optymistycznie. To z pewnością będzie udany wyjazd.
Na lotnisku odbieramy karty pokładowe. Tnąc koszty, nie wykupiliśmy ani posiłku na pokładzie ani miejsc obok siebie. Delikatna sugestia z mojej strony, że chcemy siedzieć razem zostaje z uśmiechem spełniona przez pracowniczkę Cabo Verde Airlines. Startujemy o czasie. Przed nami kolejne 3000 kilometrów drogi, lecieć będziemy znów ponad cztery godziny. Zmierzch zapada powoli – wciąż lecimy w kierunku zachodnim. Za oknem majaczy logo linii lotniczej na biało-niebieskim winglecie. Pod nami mleczno-szara warstwa chmur nad Atlantykiem. Czas się dłuży. Podczas tego lotu wielokrotnie próbuję doliczyć się wszystkich przypadków, kiedy lądowałem po ciemku na jakieś wyspie. Chociaż w dzisiejszych czasach to nic specjalnego, to przecież jest czymś – do pewnego stopnia – niezwykłym, że pilot leci wśród ciemności ponad oceanem i tylko dzięki przyrządom nawigacyjnym jest w stanie odnaleźć niewielki punkt pośrodku niezmierzonej toni. I musi trafić w ten niewielki skrawek lądu. Z tego, co sobie przypominam, z nocnym lądowaniem na wyspie miałem do czynienia 6 razy spośród niemal 40 lądowań na różnych wyspach. Prawda, niektóre z tych wysp były całkiem małe jak Gwadelupa, inne duże jak Wielka Brytania czy Honsiu. A tak w ogóle uświadomiłem sobie, że w życiu odwiedziłem około 60 wysp i wysepek, z czego do 20 dotarłem łodzią lub promem, do 40 drogą powietrzną, a pozostałe 6 razy – tunelem lub mostem.
W końcu z okien samolotu dostrzegam kilka świateł w dole. Z pewnością to wyspa należąca do archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. Z mapy wynika, że może to być Sal lub Boa Vista. GPS znajduje właściwą lokalizację, gdy jesteśmy w odległości kilkunastu kilometrów od Santiago. Zataczamy jeszcze szeroki krąg i podchodzimy do lotniska w Prai od południowej strony.
Lądujemy planowo, tuż przed 20:00 miejscowego czasu. Przy opuszczaniu samolotu na schodkach uderza nas podmuch ciepłego wieczornego powietrza. Afryka!
– Po raz pierwszy wychodzę jako pierwsza z samolotu – mówi Renata.
Uśmiecham się. Szybkim krokiem zmierzamy do odprawy paszportowej. Tu przylatujący dzielą się na tych, którzy zapłacili online opłatę lotniskową w wysokości 31 euro, i pozostałych, którzy bądź jej płacić nie muszą, bądź zrobią to dopiero teraz. Paszporty są już zeskanowane, pozwalamy zrobić sobie fotkę i już prawie opuszczamy budynek. Mijając stoisko oferujące karty SIM i kantor, stwierdzam:
– Nie będziemy kupować walut w pierwszym lepszym miejscu, tak jak w Maroku!
Po wyjściu na zewnątrz okazuje się, że nie tylko nie ma umówionego localsa, który miał nam tu zapewnić przejazd do hostelu, ale brak również w pobliżu kantorów.
– Może jednak kupimy escudo w tamtym kantorze? – proponuje Renata.
Wracamy. Spread w kantorze jest niewielki (przy euro – zerowy), ale szybko się wyjaśnia, że jest pobierana prowizja i to znaczna – 5% do kwoty 250 €. Za 100 € dostajemy 10470 escudo. Tymczasem przed budynkiem pojawił się chłopak hotelowy z wypisanym moim nazwiskiem na kartce.
– Good evening! My name is Manuel – przedstawia się nasz driver i prowadzi nas do samochodu zaparkowanego w pobliżu.
Odległość do hotelu nie jest duża, raptem może 4,5 kilometra, jednak droga prowadzi wzdłuż długiej, biegnącej przez pustkowie ulicy. Jest, co prawda, oświetlona, ale przyjęliśmy, że będziemy wymęczeni po długiej podróży, a kurs za 10 euro będzie sensownym rozwiązaniem.
Pokoik, chociaż niewielki, jest bardzo schludny i nie mamy zastrzeżeń, co do czystości.
– Zapłacimy za pobyt rano – mówię do chłopaka, który nas odprowadza do pokoju.