Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Assomada – PN Serra Malagueta – Tarrafal

czwartek, 26 I 2023


W poszukiwaniu pieniędzy | Jedziemy w Góry Pieprzowe | Zachwycamy się fauną i florą parku narodowego | Odpoczynek na plaży


Budzi mnie alarm ustawiony na 6:30. Nie musimy jeszcze wstawać, chociaż zazwyczaj na trampingach szybko opuszczam hostel. Zdecydowaliśmy się dojechać do Tarrafal na raty – z przystankiem w Assomadzie oraz w Parku Narodowym Sierra Malagueta.

Przedwczoraj kupione bułki już się skończyły, a wczoraj w Orgãos nie chciało nam się szukać pieczywa. Tak więc na śniadanie ja zjadam pierniki, a Renata żółty ser.

– Musimy zdobyć więcej escudo – mówię po śniadaniu.

– Już się nam skończyły?!

– Trzeba było więcej wymienić euro na lotnisku. Ale nie przypuszczałem, że nie znajdziemy otwartych kantorów w Prai.

Na trampingach najczęściej „bank” trzymam ja i zazwyczaj na mojej głowie jest wymiana walut. Liczę na to, że teraz wymienię trochę pieniędzy w hotelu. Właścicielki nigdzie nie mogę znaleźć, ale napatoczyła się dziewczyna obsługująca pokoje.

Espere um minuto! – mówi i znika gdzieś.

Wraca ze zwitkiem banknotów. Proponuje nam wymianę po kursie 100 CVE za euro. Wydaje mi się, że to za mało. Kurs w internecie to około 110.

– Sorry, nie skorzystam.

Żegnamy się.

W minutę po wyjściu z pensjonatu już siedzimy w dużej taksówce jadącej w stronę Assomady. Miejscowy chłopak, który również czekał na okazję, mówi, że przyjazd kosztuje po 150 escudo. Tym samym potwierdza wcześniejsze informacje uzyskane od hotelarki. Po drodze dosiadają się kolejne osoby, tak że do centrum Assomady zajeżdżamy w pełnym komplecie.

– Teraz musimy znaleźć kantor – mówię.

– Albo bank.

– I koniecznie musimy kupić jeszcze chleb.

Skręcamy w Avenida Liberdade i pytamy o kantor.

– Dojdziecie do semaforo i skręcicie w prawo, tam będzie bank – mówi miejscowy.

Jak się okazuje, po drugiej stronie ulicy również jest bank (Banco BAICV). Co prawda jest i bankomat, ale wolimy wymienić gotówkę. Kurs jest dość atrakcyjny po 107 CVE za euro bez prowizji. Podaję 150 euro i paszport.

– Ja też zawsze się dziwię, że w bankach chcą od ludzi paszport – mówię, widząc, że Renata przygląda się zdumiona.

Bogatsi o 16000 escudo, przechodzimy parę przecznic dalej i odnajdujemy dworzec z minibusami kursującymi do Prai, a parę kroków dalej parking z busami do Tarrafal. Kupujemy jeszcze pieczywo i wodę, i wsiadamy do prawie pustego minibusa. Wygląda na to, że będziemy musieli poczekać. Jak się okazuje, dość długo, bo przed chwileczką odjechał wcześniejszy bus. Zbieranie pasażerów trwa co najmniej pół godziny.

– O, pan przyjechał do lekarza – mówię na widok mężczyzny rozkładającego swoje rzeczy.

– A skąd wiesz?

– Nie widziałaś? Włożył do torby zwiniętą kliszę rentgenowską.

Obok na parkingu rozkłada się przekupka z owocami. Znajomy mężczyzna pomaga jej rozłożyć parasol dla ochrony przed słońcem. Będzie tu urzędować zapewne do wieczora. Do minibusa co chwilę podchodzą inne handlarki, oferują różne ciastka i owoce. Po parkingu kręci się również kobieta z butlą na plecach sprzedająca spragnionym wodę.

Po 40 minutach kompletowania pasażerów ruszamy. Uprzedzamy kierowcę, że chcemy wysiąść w parku narodowym Serra Malagueta. Cały czas sprawdzam położenie busa na mapie, a gdy tylko zauważam wejście do parku z budkę strażniczą, wołam do kierowcy, żeby chcemy wysiąść. Kierowca trochę się dziwi, ale zatrzymuje się. W budce obok szlabanu siedzi dwóch znudzonych strażników.

– Two tickets, please.

Nie mają biletów, jak się okazuje. Trzeba je kupić kilkaset metrów dalej przy głównej drodze. Niepotrzebnie pospieszyliśmy się z wysiadaniem. Wracamy na asfalt i w budynku przy drodze, w którym mieści się nie tylko kasa, ale i maleńkie muzeum czy też sala wystawowa oraz punkt informacyjny, kupujemy bilety i zostawiamy plecaki. Park zamykany jest o 16:00 i obiecujemy, że do tej pory wrócimy.

Parque Natural de Serra Malagueta obejmuje teren o powierzchni niecałych 800 hektarów i rozciąga się pomiędzy główną drogą idącą w południa na północ wyspy a wybrzeżem atlantyckim. Teren to bardzo urozmaicony: są zarówno góry, jak i przepiękne, szerokie doliny. Najwyższy szczyt Serra Malagueta, czyli Gór Pieprzowych (malagueta to miejscowa odmiana pieprzu) sięga 1064 m n.p.m.). Już wczoraj zastanawiałem się, na jaki szlak czy drogę na terenie parku się zdecydować. Czy schodzić aż na wybrzeże lub do doliny, czy też oglądać park „z góry".

– Jeśli mamy dziś dojechać do Tarrafal, to mamy tylko kilka godzin. Zresztą o 16:00 zamykają biuro parku, musimy zdążyć.

Już kilkudziesiąt metrów za budką strażniczą otwierają się wspaniałe widoki na dolinę Ribeira Principal. Powietrze jest nieco przymglone, ale widok doliny ze szmaragdowym jeziorem zaporowym w dole i pionowymi skałami tworzącymi jej obramowanie jest naprawdę wspaniały. Idąc wygodną drogą w głąb parku, zachwycamy się bujną przyrodą. Pełno tu kwitnących lantan pospolitych (Lantana camara, L.), których wielokolorowe kwiatostany tworzą koncentryczne wianuszki, a roztarte liście wydzielają intensywny zapach. Spotykamy też jeden z endemicznych gatunków żmijowców – Echium hypertropicum – z biało kwitnącymi kwiatkami zebranymi w baldachy. Rośliny te osiągają tutaj rzadko spotykaną gdzie indziej wysokość 150 centymetrów. Dużo jest też furkroi olbrzymich (Furcraea foetida, L.), na pierwszy rzut oka podobnych do innych szparagowców: agaw lub juk.

Nad nami krąży sporych rozmiarów ptak. Po chwili dostrzegam drugiego.

– To przecież sowy! – stwierdzam ze zdumieniem, patrząc na powiększone zdjęcie w aparacie.

Najwyraźniej nie znam się na zwyczajach tych płomykówek zwyczajnych (Tyto alba detorta). Myślałem, że polują one tylko w nocy. Spotykamy również prześliczne jaszczurki, a w pewnym momencie w sporej odległości na drodze dostrzegam jakiegoś drapieżnika. Moja wyobraźnia podpowiada, że to jakiś serwal albo inny kotowaty, jednak prawda okazuje się bardziej trywialna. Bo oto przybliżając zoomem aparatu widok, widzę... kota. Mam nadzieję, że jest to chociaż kot zdziczały! Niestety, większych ssaków na wyspach brakuje.

Szlak, którym idziemy, nie jest specjalnie oznakowany, ale trudno się zgubić. Kierunkowskazy postawione na skrzyżowaniach ułatwiają orientację. Na jednym z zakrętów nie mogę sobie odmówić sfotografowania tabliczki "Maria curva". Cały czas rozglądamy się za ptakami. Występuje tu kabowerdyjska czapla purpurowa (Ardea purpurea bournei), ale raczej nie na tej wysokości. Trafiamy natomiast na trzciniaka wyspowego (Acrocephalus brevipennis), to miejscowy endemit. Ten niewielki ptaszek z rzędu wróblowatych przez lata był umieszczony na banknocie o nominale 1000 escudo.

Mniej więcej po godzinie drogi licząc od wejścia do parku, dolina po lewej zwęża się. W tej części pokryta jest tak gęsto lantanami, że wydaje się, iż to las lantanowy. Idziemy teraz dróżką grzbietową i raz po raz otwierają się widoki na południową stronę wyspy. Gdzieś tam daleko, wśród poszarpanych szczytów wyrasta Pico d’Antonia. Jest cudownie!

Przechodzimy jeszcze ze dwa kilometry, w końcu zawracamy i decydujemy się na krótki odpoczynek przy zdewastowanych budynkach, w których zapewne kiedyś był bar, a dziś pozostały tylko ruiny z połamanymi ławkami i huśtawkami wokół.

W drodze powrotnej proponuję mniej uczęszczaną dróżkę, która rychło zamienia się w ścieżkę ginącą wśród wysokich krzaków i chaszczy.

– Gdzie ty mnie prowadzisz!? – denerwuje się Renata.

– Spokojnie, to jest droga na skróty – tłumaczę i podaję jej rękę przy przejściu nad urwiskiem.

Prawda jest taka, że nie zawsze mi w smak wygodne drogi i lubię czasem się poprzedzierać przez "dzicz", by chociaż przez moment poczuć się jak w dżungli. Po czterech godzinach kończymy naszą wycieczkę. Odbieramy plecaki z biura parku i łapiemy busa jadącego do Tarrafal.

Droga na północny kraniec wyspy jest jeszcze bardziej malownicza. Miejscowość, w której się zatrzymamy na dwie noce, jest celem podróży wielu turystów ze względu na ładne piaszczyste plaże i bardziej kurortowy charakter niż Praia. Nocleg mamy kupiony w pensjonacie Baxa Mangui. To samo centrum Tarrafal. Musimy tylko poczekać na właściciela, po którego dzwoni sąsiadka. Dostajemy olbrzymi pokój z przedpokojem, mamy również do dyspozycji wyposażoną kuchnię i wspólną łazienkę. Na razie innych gości tu nie ma. Właściciel naszego lokum jest sympatyczny, pyta, czy czegoś nie potrzebujemy. Zaprzeczam, dopytuję jeszcze tylko o dojazd do Campo De Concentração, który chcemy zobaczyć jutro.

– Najłatwiej taksówką.

– Jakieś busy tam jeżdżą?

– Tak. Weźcie taksówkę na dworzec a stamtąd pojedziecie busem.

Uparciuch. No nic, zobaczymy. Jest 16:30, chcemy jeszcze wykorzystać dziś czas.

– Idziemy na plażę?

– Jasne. Nie mogę się doczekać – mówi Renata i szybko zakłada strój kąpielowy.

Ocean znajduje się 200 metrów dalej, plaża Praia do Tarrafal znajduje się w niewielkiej zatoczce pomiędzy przystanią rybacką a skalistym cyplem, nad którym góruje Monte Graciosa (643 m n.p.m.). Piasek jest czysty, a ludzi prawie nie ma: kilku białasów i kilkunastu miejscowych Murzynów. Rozkładamy się pod palmą kokosową.

Po plaży chodzą miejscowe handlarki. Są wystrojone "po ludowemu", roznoszą orzechy kokosowe ze słomką oraz jakieś słodycze. Dziś interesu dużego nie zrobią, chociaż sezon trwa tu cały rok, to turystów nie jest zbyt wielu.

– Idziesz się kąpać? – pytam Renatę.

– Może później. Idź do wody.

Spędzamy tak czas, kąpiąc i opalając się do samego zmierzchu.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej