Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Chcemy do Krakowa! | Sztormowa pogoda | Pod Krzywą Wieżą | Mamy dosyć krzaków – uciekamy na kemping
Według pilota, który już był prawdopodobnie w tym mieście, Piza nie jest miastem atrakcyjnym turystycznie: rzekomo nie ma tu nic do oglądania poza Krzywą Wieżą. Mimo to, ponieważ Piza była w pierwotnym harmonogramie, większość ludzi chciała zboczyć z drogi do Florencji i poznać jeszcze jedno miasto. Mi i Sylwii było to już prawie obojętne. Ponad trzy tygodnie podróży a łącznie ze Skandynawią – 6 tygodni, dało się nam we znaki. Nie najlepsze stosunki między nami ostatnio (i
ogólna atmosfera w autobusie) też się przyczyniły do pewnej obojętności na świat. Chcieliśmy być już jak najszybciej w Krakowie. Ja – by wyspać się, Sylwia – by umyć się, oboje – by najeść się.
Nocleg przy plaży pod Pizą minął bez większych komplikacji, może poza odwiedzinami policji, która zwróciła nam tylko uwagę, by nie używać butli gazowych zbyt głęboko w lesie. Jasne!
Skoro świt, przy wciąż niepewnej pogodzie, wybrałem się z Sylwią na spacer po plaży. Oczywiście wszędzie dostępu do morza broniły bramki i płoty prywatnych plaż. W końcu dotarliśmy do 20 metrów bieżących plaży należącej do kempingu. Fale rozbijające się o zwały głazów, morze wdzierające się ku plaży przez lukę w falochronie, przenikliwy wiatr niosący słony pył.
Podobała się nam ta sceneria, ale musieliśmy opuścić miejsca na rozstawionych leżakach z powodu przejmującego zimna.
Sylwia nie mogła przepuścić okazji pochodzenia sobie po lesie ciągnącym się po drugiej stronie szosy. Starałem się po półgodzinnym spacerze zboczyć w kierunku autobusu, lecz Sylwia wciąż zawracała nas w głąb lasu.
Około 13:00 ruszyliśmy do Pizy. Kierowca wysadził nas w najbardziej atrakcyjnym miejscu, tj. przy Krzywej Wieży, Katedrze i Baptysterium. Wszystkie trzy budowle, ustawione w jednej linii, przyciągały mój wzrok swym podobieństwem architektonicznym, swą bielą i przepychem. Równo wystrzyżony trawnik i brak dodatkowych akcentów w tle (mur cmentarny) zwiększały urok tego miejsca. Obyło się bez "pamiątkowych" fotografii pt. "Ja pod Krzywą Wieżą". Zwiedziliśmy Katedrę i Baptysterium – niby za darmo – nie, gdyż sprytni Włosi urządzili tam wystawę (6 lub 8 tysięcy lirów).
Trudno powiedzieć, co było później najważniejsze: zwiedzanie miasta, kupienie chleba, butów z wyprzedaży dla Sylwii, czy po prostu wytracenie czasu do godziny odjazdu. Pora sjesty (i sobota) sprawiła, że właściwie do 17:00 byliśmy bez szans na kupienie czegokolwiek. Pospacerowaliśmy więc uliczkami, wracając do niektórych miejsc po kilka razy, byliśmy nawet za Arno, rzeką płynącą przez Pizę i Florencję, próbowaliśmy rozpoznać w szeregu podobnych do siebie kamienic te, które były zaznaczone w przewodniku jako Palazzo, pooglądaliśmy fasady pozamykanych na cztery spusty kościołów.
Muszę stwierdzić, że koncepcje dotyczące podróży i harmonogramu dnia, noclegów i tras przelatują przez głowę naszego pilota b. często. Ku zaskoczeniu motłochu, czyli osób niewtajemniczonych wjechaliśmy do centrum Florencji i Maciek wyznaczył nam miejsce na spanie przy głównej ulicy, pod płotem kempingu, tuż przy Placu Świętego. Mycie na kempingu. Skorzystaliśmy. Zaczęło się ściemniać. Krzaki, w których mieliśmy przyrządzić jedną z ostatnich kolacji nie wyglądały zbyt zachęcająco. Niedyspozycja Sylwii przesądziła o noclegu na kempingu (2 x 6.000 L bez namiotu). Teren makabrycznie pochyły: obszedłem kemping wzdłuż i wszerz i zdecydowałem, że będziemy spać przy grupie quasi-trampingowej z Gdańska. Gdy rozmawiałem z dziewczyną z tej grupy, ludzie ci wydali mi się sympatyczni, lecz właściwie potem nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.