Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Padwa-Ferrara

piątek, 6. VIII 1993


Święty na sprzedaż | Museo Civico i freski Giotta | Te uliczki coś mi przypominają... | Sylwia potrzebuje samotności


PadwaDwa miasta leżące obok siebie z mnóstwem zabytków stanowić miały dużą atrakcję, zwłaszcza Padwa, gdyż Ferrarę mieliśmy poznać tylko "dla porządku" w drodze do Bolonii. Jak zwykle umówieni na określoną godzinę by wspólnie zwiedzić jakiś płatny obiekt, rozchodzimy się małymi grupkami. Tuż obok miejsca postoju autobusu, przy zabawnym eliptycznym skwerze, zwiedzamy dość ponury kościół S. Giustano. Przechodzimy przez Plac Świętego. Święty to oczywiście Antoni, którego figurki i obrazki panoszą się na każdym kroku. Okazuje się, że tak jak w Wenecji maskami karnawałowymi, tak tu, w Padwie, można z powodzeniem handlować figurkami i długopisami ze świętym, olbrzymimi różańcami itd. Do kościoła S. Antonio wchodzę tylko ja. Palazzo SaloneSylwia zostaje zatrzymana przez bezpiekę ze względu na zbyt krótką spódniczkę. Wewnątrz przepych godny skromnego świętego. Tłumy. Zapamiętuję białe płaskorzeźby obok bocznego ołtarza. Sylwia smutno oczekuje mnie na zewnątrz. Zaglądamy jeszcze jednym okiem do Oratorium - ciemnej sali z wieloma ciemnymi obrazami - i wściekli na Włochów idziemy w kierunku centrum. Dojrzewam - już po dwóch dniach pobytu w tym kraju do stwierdzenia, że Włosi zdecydowanie mi się nie podobają. Zaglądamy na dziedziniec Uniwersytetu - tu przeglądamy studenckie ogłoszenia. W końcu znajdujemy dość spokojną uliczkę. Siadamy na ławce obok chłopaka grającego na gitarze (usiłującego nauczyć się może gry) i spożywamy drugie śniadanie.
Drogo...Palazzo Salone rozdzielający dwa place: jeden z owocami, drugi z ciuchami, prezentuje się na tyle ładnie, że robimy sobie zdjęcie. Oczywiście rozglądamy się za najtańszymi owocami - brzoskwinie są po 1.000 L, winogrona 1.500 L. Katedra padewska jakoś nie utkwiła mi w pamięci, zapamiętałem jedynie stado gołębi przed nią; do stojącego obok Baptysterium z wieloma malowidłami na ścianach przyszło mi tylko zerknąć (płatny wstęp).

Spotykając coraz więcej "naszych" ludzi zmierzamy do Museo Civico, które chcemy wspólnie zwiedzić. Rzeczywiście, po dłuższych targach wchodzimy jako grupa ze zniżką. Naiwny lub sprytny pilot tłumaczy nam, że "udało się" nam wejść po zniżonej cenie. To pierwsze z serii muzeów archeologicznych budzi w nas jako-takie zainteresowanie. Cała grupa szybko przemierza sale, początkowo Sylwia zatrzymuje się jak zwykle przed każdym eksponatem, później, ponaglana Zamek w Ferrarze przeze mnie, przyspiesza. Na piętrze duże zbiory malarstwa, numizmatyczne, trochę rzeźby. Mam dosyć. Zmieniam chwilowo swe zainteresowania: korzystanie z muzealnych ubikacji stanie się naszym przyzwyczajeniem - za darmo i bez szukania.
Teraz czekają nas freski Giotta w Capelli delli Serovegni. Kaplica jest rzeczywiście warta tych lirów - cała obmalowana scenami biblijnymi - jestem jednak na tyle zmęczony, że nie chce mi się czytać opisów po angielsku (rzadko tu spotykanych). W czasie powrotnego spaceru przez miasto kupujemy dwa ciuszki dla Sylwii wykłócając się niemiłosiernie o cenę. Upał daje się nam we znaki, cała nieomal grupa rozsiada się nad fontanną na wspomnianym eliptycznym skwerze. Mniej stateczne dziewczyny wskakują do wody i ochlapując się wzajemnie (sama przyjenmość...) moczą się do ostatniej suchej nitki.

Pora sjesty: pozamykane okiennice, przechodnie kryją się pod arkadami... Cóż mogę powiedzieć o Ferrarze? Miał rację pilot twierdząc, że nie jest warta więcej niż kilkugodzinnego spaceru. Zaczyna się dość pechowo - w muzeum w Castello Estense w sercu miasta nie dostajemy gratisowego wstępu, ludzie są w rozterce: kupować bilety, czy nie. Ja agituję za zwiedzeniem dwóch innych muzeów. Udaje mi się namówić małżeństwo - Marka i Dankę oraz Ewę. Sylwia początkowo nie ma nic przeciwko wspólnemu chodzeniu, idziemy więc w piątkę. Palazzo Diamanti jest zamknięte, z muzeum sztuki współczesnej rezygnujemy. Oglądamy Dom Ariosta, i opustoszałymi na czas sjesty uliczkami zmierzamy w kierunku centrum.
Być może przypadkowo i w sposób niezamierzony, znalazłszy się na tych pustych ulicach - częściowo skąpanych w słońcu, częściowo ukrytych w cieniu, z rzędami jednakowych żaluzji ponad łukami arkad, skojarzyłem te widoki z obrazami Giorgia de Chirico. I rzeczywiście, w przewodniku przeczytałem, że tu właśnie powstała grupa tego surrealisty. Wracamy do zamku, i dopiero teraz możemy podziwiać jego piękną bryłę odbijającą się w fosie. Palazzo Diamanti

Humory mamy nieco zepsute, Sylwia, jak się okazało, nie chce już zwiedzać z innymi, ma dosyć ludzi, i w ogóle chciałaby być sama. Podobne sytuacje (potrzeba pustej plaży, itd.) zdarzać się miały jeszcze wielokrotnie z apogeum w Palermo, tak więc, by nie psuć nastroju pamiętnika będę starał się opuszczać te chwile. Oczywiście, po pewnym czasie "godzimy się" i grzecznie zasypiamy w złączonych śpiworach w motelu, czyli na trawie przy stacji benzynowej.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej