Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Ona nie jest małym dzieckiem! | Droga z widokiem | Zasłużony relaks | Europejczycy "cywilizują"
Znów w Rio. Budzi nas wszystkich ostre światło zaświecone przez kierowcę. Jesteśmy znów na Rodoviário.
Na dworcu Gosia niespodziewanie zgłasza problem pogody w Paratach, znika gdzieś, by w sieci sprawdzić prognozę pogody (w rzeczywistości też chce wrzucić swoje zdjęcia Facebooka). No cóż, pogoda nad morzem ważna rzecz...
Idę z Moniką kupować bilety, a Małgosia zostaje przy bagażach. Wygląda na to, że do Paratów nie pojedziemy przed 8:00 – brak biletów.
– Ok, jedziemy do Angra dos Reis – mówię – potem przysiądziemy się na lokalny autobus do Paratów. Albo zapytamy miejscowych, gdzie można tam zostać w jakimś ładnym miejscu.
Przeprowadzam jeszcze konsultacje z miejscowymi z użyciem mapki z LP i kupuję bilety na 6:15 (po 44 BRL). W autobusie Małgosia stwierdza, że jest jej zimno.
– No, myślałam, że w lokalnych nie będzie klimy.
– Tu nie ma złych autobusów – mówię, podając jej swój polar.
– A ty nie zamarzniesz?
– Spoko. Chcesz pić?
Kręci głową.
– Chcesz bułkę? Wafelka? Czekoladkę?
– Nie, dziękuję.
– Kornel – interweniuje Gosia – ona nie jest małym dzieckiem! Będzie chciała, to sama powie.
– No, ale to ja mam jedzenie w plecaczku. A poza tym większość kobiet lubi jak się o nie troszczy...
– Ty jesteś jeden, a nas są trzy! – stwierdza Monika – masz więc okazję zweryfikować, czego chcą kobiety.
E tam. Nie zweryfikuję. Najwyżej poszerzę wiedzę o dwa nowe źródła...
Milknę, skupiając się na krajobrazach. Czasem widoczne są niewielkie wyspy między innymi Marambaia i Ilha Grande. Ta pierwsza połączona jest z lądem kilkudziesięciokilometrową wydmą zwaną restingą (Restinga da Marambaia) i jest własnością armii brazylijskiej. Znajdują się na nich liczne piaszczyste plaże, zwłaszcza na tej drugiej, większej wyspie. Aby się tam dostać, trzeba skorzystać z promu pływającego do Abraão.
Dworzec w Angra dos Reis. Wciąż jesteśmy zaspani, ale trzeba rozprostować kości i kupić kolejne bilety – tym razem do Paratów (bilety po 10 reali). Przesiadka odbywa się sprawnie, jedziemy dalej drogą wzdłuż wybrzeża.
W pewnym momencie dostrzegam po lewej stronie parking. Parking jest piętrowy. Lecz zamiast samochodów, na trzech kondygnacjach stoją tu... łodzie. Transport do nieodległego morza odbywa się zapewne za pomocą dźwigów i ramp i z pewnością jest widowiskowy.
Droga do Paratów zajmuje nam jeszcze dwie godziny. W tej okolicy przy wybrzeżu znajduje się również cały szereg wysepek, w większości niezamieszkałych, ale osiągalnych z portu w Paratach z pomocą łodzi. Samo miasteczko jest niewielkie, liczy zaledwie 40.000 mieszkańców. Ale za to historię ma długą, ponad 400-letnią. Notabene nazwa miasta w języku Indian Tupi oznacza Rzekę Rybną.
Z dworca podjeżdżamy miejskim autobusem w stronę nadmorskiej dzielnicy. Stosunkowo szybko zaklepujemy sobie nocleg w Sereia do Mar - miejscowym hostelu, do którego łatwo docieramy kierując się reklamami na ulicy. Jest położony tuż przy morzu i na pierwszy rzut oka sprawia dobre wrażenie. Daje się odczuć backpackerska atmosfera tego miejsca a także... tłok. Brak tu bowiem wolnych prywatnych pokoi, dostajemy miejsce w dormitorium. Moje łóżko jest w przejściu przy korytarzu, Małgosia dostaje miejsce w innym miejscu a pozostałe dziewczyny na innej sali. Zostawiamy bety w hostelu i robimy sobie spóźnione śniadanie w kuchni na świeżym powietrzu. Właściwie to Małgosia szykuje posiłek: kroi arbuza i grejpfruta, robi kanapki z polską konserwą. Ja tymczasem przygotowuję kawę, a dla siebie chińską zupkę. Monika i Gosia zostają w hostelu, a my, nie chcąc tracić ładnej pogody, idziemy na plażę.
Paraty niestety nie mogą poszczycić się tak piękną plażą jak Rio, co prawda jest piaszczysta, ale upstrzona setkami białych muszelek, które sprawiają wrażenie śmieci. Kilka dojrzałych kokosów leżących na piasku pod palmami dopełnia pejzażu. Dziś nie ma tłumów, a szare wody oceanu nie zachęcają do kąpieli. Ku mojemu zaskoczeniu moja towarzyszka podróży zrzuca z siebie ubranie i wskakuje do Atlantyku.
– Nie za zimna woda? - upewniam się, gdy dziewczyna wychodzi na brzeg.
– Da się wytrzymać!
Tak zachęcony idę kąpać się i ja. Później spędzamy godzinę opalając się na piasku. Ludzi, jak wspomniałem, tu niewielu i zastanawiam się, czy w pobliżu nie ma jeszcze jakiejś innej plaży. Z mapy wynika, że owszem, jest - za zagajnikiem, po obu stronach ujścia rzeki. Nasza plaża – Praia do Jabaquara – jest jednak zdecydowanie większa.
Dołącza do nas Monika z Gosią, a później wspólnie idziemy do miasta. Starsza jego część - Centro Histórico de Paraty – mieści się nad rzeką (po południowej stronie); tu parterowe, pomalowane na różne kolory, domy ciągną się wzdłuż brukowanych ulic. Sporo tu sklepów, knajpek i widać, że miejscowość ma charakter kurortu. Całości sprawia dość sympatyczne wrażenie, jest zadbana.
Wstępujemy do pubu czy też knajpki. Wystrój tu dość nietypowy – na ścianach wisi kilkanaście strzelb i pistoletów. Ciekawe, skąd się tu wzięły: czy zostały zebrane wśród miejscowych farmerów, czy też może to kolekcja właściciela przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mam takie poczucie, że niewiele wiem o tym, jak wyglądało życie mieszkańców przez ostatnie 200 lat. Przecież mieszkają tu nie tylko rdzenni mieszkańcy i potomkowie niewolników, ale przede wszystkim ludność napływowa pochodząca z krajów europejskich. Brazylia, jak wiadomo, stanowi niezwykły kocioł narodowościowy i etniczny. Łatwo to można było dostrzec na plaży w Rio, gdzie większość osób miała ciemniejszy, czy wręcz czarny odcień skóry. Oprócz mulatów, sporo tu metysów zwanych w Brazylii kaboklo (caboclo). Dla mnie przykre jest, że praca w hacjendzie lub w latyfundium, którego właścicielem był białas z Europy (lub jego potomek) była jedynym dostępnym zajęciem dla mulatów i metysów. Jadąc do wielu krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki czy Azji Południowej, rzadko kiedy zastanawiamy się nad położeniem miejscowej ludności wykorzystywanej przez wieki jaka siła robocza przez kolonizatorów. A także o skutkach tamtej epoki. Tu, w południowo-wschodnich stanach Brazylii eksploatowano złoża metali, między innymi złoto, ale także diamenty i inne kamienie szlachetne. Stopniowe wypalanie lasów tropikalnych pozwoliło na poszerzenie areału ziem uprawnych pod zasiew zbóż i powstanie plantacji kauczuku i bananowców. Pozwoliło to na zbudowanie Ouro Preto i dziesiątków innych przepięknych miast. To „niesienie cywilizacji” wymagało również budowy szlaków komunikacyjnych i właśnie na taką wiekową kamienną drogą służącą do transportu urobku z brazylijskich kopalń do portu w Paratach można zobaczyć na obrzeżach miasta. Brakuje nam jednak czasu, by przejść się tym kilkukilometrowym zachowanym odcinkiem tego szlaku. Ograniczam się z Małgosią do poznania początkowych kilkuset metrów. Przy drodze można zauważyć parę obrobionych głazów z wyrytymi rysunkami. Powoli zapada zmierzch. Zapłonęły miejskie latarnie, po ulicy snują się nieco znudzeni turyści i zmęczeni dniem mieszkańcy.
Bez pośpiechu wracamy do hostelu, gdzie, jak się okazuje, codziennie organizowana jest impreza muzyczna w wykonaniu lokalnego zespołu. Muzyka i śpiew nagania gości hostelowych do baru, przyłączamy się i my, by posłuchać brazylijskich rytmów. Zamawiamy jakieś drinki z obowiązkowymi papierowymi parasolkami i sącząc alkohol, spędzamy wesoło czas na północy.
– Zrób nam zdjęcie z Małgosią! – prosi Gosia.
Zdjęcia będą ciemne, nawet z lampą błyskową, ale chcą, to chcą! Jest naprawdę miło.