Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Powstaje plan wyjazdu | Uczestnicy trampingu | Spacer po Maladze
Na parę dni przed wyjazdem odbyłem mało przyjemną rozmowę z dyrekcją.
– Pan idzie teraz na urlop!? Brał pan chyba już dwa tygodnie?
– Tak.
– Ale musi być pan teraz jechać? Tyle pracy jest teraz!
– Tak.
– To bardzo proszę na przyszłość nie brać urlopu we wrześniu.
– Tak.
Heh! Urlopy biorę wtedy, gdy trafi się promocja na bilety lotnicze do kraju, w którym jeszcze nie byłem. Oczywiście, staram się nie korzystać z urlopu raz za razem. Zwykle dzielę go na kilka części. Ten wyjazd jest czwarty w tym roku. Lubię podróżować i zamierzam to robić w dalszym ciągu. W styczniu byłem w 5 krajach Ameryki Środkowej, potem był kwietniowy wyjazd do Izraela, lipcowe tournée z synem po 11 krajach Europy Zachodniej, a teraz przyszedł czas na drugą wizytę w Ameryce Południowej. Nie mogłem nie skorzystać z superpromocji Iberii proponującej loty do Brazylii od 845 zł z Europy.
Pierwotnym zamierzeniem było zwiedzenie Brazylii z krótkim wypadem do Argentyny i/lub Paragwaju. Bilety były kupione już w marcu, ale w międzyczasie naszły mnie różne wątpliwości. Amazonka wydawała się strasznie droga – sam lot do Manaus kosztował 1500 zł, nie mówiąc o kilkaset dolarach za trip do dżungli. W ogóle, gdy czytałem o cenach przejazdów autobusami, wydały mi się horrendalnie wysokie. Na przykład przejazd z Sao Paulo do Iguazu Falls kosztuje 50 USD. Brazylia to państwo większe niż Europa i ta niesamowita przestrzeń zmusza do całonocnych lub całodniowych przyjazdów. I w dodatku to zagrożenie przestępczością... To wszystko sprawiło, że mój zapał i entuzjazm nieco osłabł. Gdy więc pojawiła się promocja TAM na loty do Santiago de Chile, zacząłem kombinować z lotami typu open jaw i ostatecznie dokupiłem bilety na trasie Asuncion – Buenos Aires – Mendoza oraz Santiago de Chile – Rio de Janeiro. W ten sposób będziemy jeszcze w trzech innych krajach Ameryki Południowej, co sprawi, że ten rok będzie wyjątkowo bogaty: 21 krajów, 19 lotów, 5 kontynentów!
A wracając na chwilę do rozmowy z dyrekcją… Cóż! Wszyscy mamy po 36 dni urlopu. Jeden woli wykorzystać po dwa – trzy dni od czasu do czasu, by porobić coś w domu, na działce itp. Inny woli pojechać gdzieś dalej. Każdemu według potrzeb!
A zatem jedziemy! My, czyli ja z Małgosią – moją prawie rówieśniczką. Dla Małgosi będzie to pierwszy tak długi i daleki wyjazd trampingowy, zobaczymy, jak sobie poradzi. Znamy się już kilka lat. Małgosia lubi mieć swoje zdanie. Czasem się upiera przy ważnych dla siebie, lecz nieznaczących dla innych sprawach.
Podróżować po Brazylii będziemy jeszcze z dwiema Polkami znanymi mi z sieci, które skontaktowały się ze mną w odpowiedzi na moje ogłoszenie na portalu turystycznym. Monika i Gosia, obie po trzydziestce, będą nam towarzyszyć aż do wodospadów Iguasu. Spotkamy się z nimi dopiero na miejscu, w Rio de Janeiro. Planu na Brazylię właściwie nie mamy, chociaż dziewczyny naciskały, aby wszystko było dokładnie zaplanowane. A ja nie umiem! To przecież tramping! Mniej więcej wyglądać to ma tak, że najpierw zwiedzimy Rio i pojedziemy do Ouro Preto, a potem wrócimy na wybrzeże; trochę plażowania, dalej przez Kurytybę do wodospadów… Pantanal odpada – 100 dolarów za jeden dzień tripu, to gruba przesada.
Pierwszy odcinek to lot Ryanairem do Malagi. Odkąd ten tani przewoźnik poluzował regulacje dotyczące bagażu podręcznego – lubię go. W 10-kilogramowym w plecaku mam jak zawsze kilka pasztetów, czekolady, zapas kawy. Zamiast puchowego śpiwora – cienki, jednowarstwowy. Parę koszulek, krótkie spodnie, sandały i parę innych drobiazgów. Kanapki i picie w małym plecaczku.
Ruszamy w drogę. Na krakowskie Balice zawozi nas córka Małgosi.
– Masz żółtą książeczkę? – dopytuję.
– Przecież mówiłeś, że nie trzeba! – słyszę panikę w głosie Małgosi.
– Wiem, żartowałem.
Przekomarzam się z Małgosią całą drogę.
– Musimy jeszcze wstąpić do sklepu, zapomniałem spakować chińskie zupki – tym razem nie żartuję.
Na lotnisku spotykamy polską parę lecącą z dużym bagażem do Malagi.
– Weźmiecie od nas nóż? – pytam już tradycyjnie – Mamy tylko bagaż podręczny.
Nie ma problemu, wezmą.
W Maladze jesteśmy po 12:00, odbieramy od uprzejmych turystów nóż, czeka nas przejazd do centrum. W informacji mówią nam, że mamy do wyboru autobus za 10 euro lub pociąg za 1,75 euro. Wybieramy rzecz jasna pociąg linii C1. Wysiadamy na stacji Maria Zambrano, chociaż, jak się później okaże, lepiej wysiąść na Viktoria Kent – byłoby bliżej do naszego hotelu.
Hotelarz jest wyjątkowo uprzejmy. Spać będziemy w dormie, w pokoju spotykamy polsko-hiszpańską parę, lecą do Rio tym samym samolotem. Odświeżamy się, przekąszamy co nieco i idziemy do odległego o dwa kilometry centrum.