Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]


Mendoza – Uspallata

sobota, 20 IX 2014


Ach, młode wino pić | Przyjaźń hiszpańsko-argentyńska? | Pić nam nie kazano | Andy coraz bliżej


Mendoza znana jest przede wszystkim jako region winiarski obfitujący w liczne plantacje winorośli. To tu uprawia się odmiany Malbec, Cabernet Sauvignon i specjalność argentyńską – Bonarda. Natomiast wśród białych odmian najpopularniejsze są Chardonnay i aromatyczny Torrontés. Być może fajnie byłoby odwiedzić taką plantację, jednakże wrzesień w Argentynie oznacza wiosnę i raczej winogronami objadać się nie będziemy.

Lecąc wczoraj do Mendozy, miałem przeczucie, że ten, obfitujący w winnice region, potraktujemy po macoszemu. Wiedziałem to nawet kupując bilety. Trudno. Młodego miejscowego wina nie skosztujemy, winna latorośl dopiero zaczyna wypuszczać pierwsze pędy. Podobnie zresztą było podczas pierwszego wyjazdu do Gruzji w kwietniu 2012, gdy, oczywiście, nie mogłem się spodziewać dojrzałych winogron. Zresztą teraz możemy kupić wino z zeszłorocznych zbiorów.

Wstajemy koło 7:00, nie ma zmiłuj się.

– Trudno Małgosiu, wyśpisz się w Krakowie – mówię przy śniadaniu, widząc jej zaspane oczy.

– Co dzisiaj robimy?

Plan na dzisiaj jest taki: zwiedzić miasto i jechać w stronę Chile. Nie obędzie się bez przystanku po drodze – nocleg zaplanowaliśmy w Uspallata.

Mendoza, milionowa stolica prowincji o tej samej nazwie, nie ma – przynajmniej moim zdaniem – zbyt dużo do zaoferowania turystom. Nie szkodzi. Mnie osobiście wystarczy poczuć klimat miasta.

Po śniadaniu ruszamy w kierunku centrum miasta. Pobliski park – Plaza España – stanowi dla nas miłą niespodziankę. Nie dość, że jest tu względnie czysto, to znajduje się w nim parę pomników, fontanny, i to co najbardziej mi się podoba wykafelkowane na kolorowo ławeczki. Być może ktoś z miejscowych projektantów naśladował Gaudiego. A może to własny pomysł. W każdym razie miejsce wygląda na sympatycznie. Podobne zdanie najwyraźniej mają mieszkańcy Mendozy, którzy, pomimo wczesnej pory, wybrali się do parku, by posiedzieć na ławce lub pospacerować. Uśmiecham się na widok ślicznej Argentynki z książką. Wygląda na studentkę.

W południowej stronie parku znajduje się kamienny, a w dolnej części wykafelkowany pomnik. To postawiony w 1949 roku Monumento a la Confraternidad Hispano-Argentina. Dwie kobiece postacie z marmuru symbolizują państwa. Ta młodsza z kiścią winogron, to oczywiście Argentyna. U ich stóp płaskorzeźba przedstawiająca oracza z dwoma wołami. Podstawę pomnika stanowi cokół z malowanymi na płytkach ze scenami: założenia miasta przez Pedro del Castillo w 1561 roku, odkrycia Ameryki, pracy misyjnej zakonów, a także sceny z powieści Miguela de Cervantesa i poematu José Hernándeza.

– O! Iglesia! – mówię, dostrzegając ceglany mur kościoła stojącego przy ulicy. Kilka kroków dalej, przed kościołem jezuickim (Iglesia De Los Jesuitas) pod wezwaniem Najświętszego Serca zgromadził się spory tłum.

– Sprawdźmy, co tu dają – proponuję.

Na stolikach rozłożono pudła z używaną odzieżą. Argentynki wyciągają ciuchy, przeglądają, przymierzają. Wydaje się, że to jakaś akcja charytatywna.

– Nie chcesz pogrzebać? – pytam na wszelki wypadek.

– No, co ty!

Hm. Nie to nie. Zaglądam do wnętrza, kościół może postrzycić się interesującym barokowym ołtarzem. Idziemy dalej.

– Nie masz jakiegoś pieniążka? – pyta Małgosia, widząc, że przechodzę z obojętną miną obok żebrzącej staruszki z wyciągniętą ku nam ręką.

Ano, nie mam pieniążków do rozdawania.

Cały czas zmierzamy w kierunku dworca autobusowego. Tam odszukujemy właściwy autobus, który zawiezie nas do Uspallaty (46 ARS).

– Chciałabyś więcej oglądać w Mendozie? – pytam Małgosię po zajęciu miejsc.

– Dopiero teraz mnie pytasz?! – dziewczyna robi groźną miną.

– No...

– Nie. Jedźmy dalej.

Krajobrazy po drodze są równinne, droga poprowadzona jest na wysokości 1400 m n.p.m. Często spotykamy winnice z bezlistnymi jeszcze bądź lekko zazielenionymi krzewami winorośli. W oddali przed nami rysują się coraz wyższe góry, to jeszcze nie Andy, lecz ich przedpole. Są pokryte lasami lub częściej – krzakami. W miarę zbliżania się do Uspallaty, krajobraz staje się coraz bardziej surowy. Szczyty wzgórz i gór są tu pozbawione roślinności, dzięki czemu widać ich strukturę geologiczną. Najczęściej są to ciągnące się kilometrami warstwy łupków. Postępująca erozja tych warstw nakłada się z erozją wertykalną, co w efekcie powoduje wykształcenie się pofałdowanych kolumn i ostańców. Zbocza doliny wyglądają jak palisada wokół twierdzy. Po dwóch godzinach zjeżdżamy do obniżenia wypełnionego błękitną wodą. To Embalse Potrerillos – niedawno powstałe na rzece Mendoza jezioro zaporowe. Szczyty wokół sięgają już 2400 m n.p.m.

Tu, na przystanku, a właściwie na check-poincie ustawiła się brygada policjantów. Widzę kilka wozów i kilkunastu policjantów z długą bronią. Wyganiają wszystkich z autobusu, każąc zabrać ze sobą rzeczy.

– Pewno to rutynowe przeszukanie, takie jak na drodze do Sao Paulo w Brazylii – mówię.

Biorę plecak i kieruję się do wyjścia. Nieoczekiwanie kierowca daje nam znać, że możemy zostać w środku. Przez okno obserwuję jak pasażerowie – w większości młodzież – podchodzą kolejno do policjantów, którzy ich obmacują i przeszukują plecaki. Co chwilę wyjmują jakąś butelkę z plecaka i zawartość wylewają do kosza. Czy konfiskują jeszcze jakieś inne rzeczy, trudno ocenić z tej odległości. Ta nieoczekiwana przerwa trwa ze 40 minut. No cóż, ciężkie jest życie młodzieży, która wyprawiła się na weekendową imprezę za miasto.

Ruszamy dalej, jedziemy wzdłuż rzeki Mendoza. Krajobrazy są coraz ciekawsze, wyjeżdżamy bowiem w wąską dolinę. Droga przeskakuje wciąż z jednej na drugą stronę rzeki. A nad nami piętrzą się wysoko na kilkaset metrów w górę strome skaliste zbocza wjeżdżamy w tunele i przejeżdżamy estakadami. Czasem wyprzedzi nas samochód osobowy, czasem my wyprzedzimy ciężarówkę. Ogólnie ruch jest bardzo umiarkowany, a okolica pozbawiona wiosek. Za zakrętem o wdzięcznej nazwie Curva De Los Soldados coraz częściej widzimy w oddali przyprószone śniegiem szczyty. To jeszcze nie lodowce, tych spodziewamy się jutro.

Po wczorajszej dżdżystej pogodzie nie zostało ani śladu. A przynajmniej tutaj jest piękna, słoneczna pogoda. Błękitne niebo z kilkoma otoczkami obłokami fantastycznie kontrastuje z rudymi brązowymi i żółtymi skałami i zielonymi kępami traw na pastwiskach w dolinie. Z rzadka mijamy zrujnowane, opuszczone domostwa. O zajęciach dawnych mieszkańców świadczą tylko kamienne mury na granicy nieistniejących już pastwisk.

Około 16:00 dolina niespodziewanie rozszerza się i oto naszym oczom ukazuje się fantastyczna panorama Andów pokrytych śniegiem. Góry wznoszą się tam na cztery i pięć tysięcy metrów. W szerokiej dolinie rzeki tworzącej tu zakola i podmywającej wysokie, kilkudziesięciometrowe brzegi, pasą się pozornie bezpańskie konie. Kolory skał zachwycają: są i szare, i brązowe, i rude, i fioletowe, i zielone.

Dojeżdżamy w końcu do Uspallaty. Nie mamy zarezerwowanego noclegu, ale sprawdzamy kilka adresów i decydujemy się na pensjonat. Mamy do dyspozycji łoże małżeńskie i łóżko piętrowe. To, co najfajniejsze, to olbrzymia, puchowa kołdra.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej