Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Nocna jazda dobiega końca | Sorry, ja odpadam | Ponure dziedzictwo | Miasto zachwyca | Botanik, ha ha! | Zachwycające drobiazgi | Czas na wypoczynek?
Drogę do Belo Horizonte spędzam w półśnie. Wciąż nie mogę się nauczyć spania w autobusie. Chociaż fotele są wygodne i po rozłożeniu można byłoby wygodnie usnąć, to hałas silnika i szarpnięcia autobusu powodują bezsenność. Z Rio do Belo Horizonte jest 440 kilometrów. Tylko tyle! W skali kraju to naprawdę niewiele. Przed wyjazdem, przeglądając internet w poszukiwaniu rozkładów jazdy autobusów i cen biletów, na jednej ze stron znalazłem autobus, który przejeżdżał z Argentyny do północnego krańca Brazylii w ciągu trzech dni! Przy wyjazdach do tak wielkich krajów zawsze powstaje problem, co wybrać, które miejsca odwiedzić. Wszystkiego nie da się zobaczyć w ciągu tygodnia czy kilku tygodni. Tu, w Brazylii, jak się spodziewałem i jak się okazało w rzeczywistości, problemem dodatkowym są ceny przejazdów. Nasza wycieczka do Ouro Preto zamknie się kwotą 300 zł!
Za oknem migają góry pokryte lasami, przejeżdżamy przez estakady i pod wiaduktami. Powoli zbliżamy się do Belo Horizonte. Na wzgórzach otaczających miasto jak okiem sięgnąć widać domy; to nie tylko niska zabudowa, ale i dziesiątki, i setki wieżowców, które jak grzyby po deszczu wyrosły w ciągu ostatnich 20 lat. Ten rozmiar urbanizacji i industrializacji w Brazylii może zdumiewać kogoś, kto wyobraża sobie kraj jako jedną wielką amazońską dżunglę. Cieszę się, że jeżdżę po świecie i mogę konfrontować te swoje wyobrażenia z rzeczywistością.
Dworzec autobusowy w Belo Horizonte. Czas, by rozprostować kości. Jest już ranek, ruch uliczny znaczny. Widać, że zaczął się normalny dzień pracy. Odpuszczamy sobie zwiedzanie miasta – w naszym celem jest przecież Ouro Preto. Szybko kupujemy bilety na kolejny autobus i jedziemy dalej (dodatkowe 100 kilometrów). Krajobrazy wciąż górzyste, nad odległymi szczytami niknącymi w perspektywie powietrznej unoszą się poranne mgły. Powoli zbliżamy się do celu podróży.
Ponieważ nie zamierzamy tu nocować, decydujemy się na zostawienie naszych plecaków w przechowalnymi bagażu na dworcu. Lżejsi o parę kilogramów (w przypadku Moniki i Gosi znacznie więcej) i parę reali, ruszamy zwiedzać Ouro Preto.
Miasto położone jest w dolinie Rio do Carmo i otoczone wzgórzami pokrytymi niską zabudową. Każda z tych osad ma swój kościół z wieżą wybijającą się ponad otoczenie. Ale prawdziwe nagromadzenie kościołów jest w centrum. To te barokowe i klasycystyczne zabytki są magnesem dla turystów.
Niestety, na początku nie obywa się bez małej scysji. Gdy dochodzimy do niewielkiego placu w turystycznej części miasta, Monika z Gosią zatrzymują się przed jakimś hotelem i oświadczają:
– Jesteśmy głodne. Chodźmy tu na śniadanie.
– Tu, do hotelu? – upewniam się.
– Tak. Tutaj na pewno dają porządne jedzenie.
Widzę wahanie w oczach "mojej" Małgosi.
– Dobrze. To idźcie same, ja sobie coś kupię na mieście.
Zezłoszczony jestem. Owszem, zdarza mi się czasem zjeść darmowe śniadanie w hostelu, gdy jest wliczone w cenę, ale w życiu by mi nie przyszło do głowy korzystać na trampingu z hotelowej restauracji, wchodząc tam z ulicy. Po pierwsze mnie nie stać na droższe jedzenie, po drugie jestem przyzwyczajony do alternatywnych sposobów żywienia się.
Dziewczyny znikają w drzwiach restauracji, ja zostaję z Małgosią na ulicy.
– Jak chcesz, to się możesz do nich przyłączyć – oświadczam.
Odwracam się na pięcie i ruszam ulicą. Po chwili dogania mnie zdenerwowana Małgosia.
– No, nie zostawiaj mnie samej!
Tłumaczę dziewczynie, że moje trampingi są niskobudżetowe i to było zapowiedziane przed wyjazdem. Że nie będziemy jadać codziennie w restauracji, że nie będziemy codziennie spać w "lepszym” hotelu, że nie będziemy jeździć taksówkami. Zezłoszczony jestem tą sytuacją, gdyż czasem się ona powtarza podczas moich wyjazdów. Zarabiam tyle, ile zarabiam, i wolę pojechać niskobudżetowo kilka razy w ciągu roku w różne miejsca, niż raz poszaleć, pozbawiając się możliwości dalszego podróżowania. Małgosia to rozumie, bo właśnie przed wyjazdem skomplikowały się jej sprawy zawodowe i w obliczu niepewności finansowej rozważała nawet rezygnację z wyjazdu.
Przez resztę dnia będę zwiedzać Ouro Preto tylko z Małgosią. Jak wspomniałem, kościołów tu mnóstwo. Staramy się zaglądać do każdego z nich, niektóre zwiedzamy jedynie „zewnętrznie", gdyż są zamknięte. Kościół pod wezwaniem... ma klasycystyczną fasadę z piękną płaskorzeźbą nad wysoką bramą. Przedstawia Matkę Boską z dwiema postaciami klęczącymi u jej stóp; zapewne to niewolnicy, sądząc po łańcuchach i kajdanach. Wokół tej scenki fruwają aniołki. Dachy wszystkich bez wyjątku budynków na starówce pokryte są czerwoną dachówką, co sprawia, że widoki miasta wciskającego się w okoliczne doliny są zachwycające. Mało która ulica biegnie po płaskim, jest więc wiele okazji do uchwycenia fotogenicznych widoczków.
Podchodzimy na rozległy plac, przy którym znajduje się barokowy ratusz z wieżą zegarową i pomnikiem na końcu placu. Z tej perspektywy nie widzę, jaką postać upamiętniono na pomniku, odwrócona jest tyłem do nas. Większość kamienic otaczających plac pomalowana jest na biały kolor. Są jedno- dwu- lub trzykondygnacyjne. Najpiękniejsze w nich są balkoniki z rzeźbionymi metalowymi kratami. Miasto ma charakter wyraźnie turystyczny, co widać nie tylko po tłumach turystów, ale też różnych ozdóbkach na fasadach budynków i figurkach w oknach. W wielu domach pomieszczenia na parterze zamieniono w sklepiki z pamiątkami, a okna przekształcono w wystawy. Na parapecie stoją charakterystyczne popiersia Murzynek podpierających głowę dłonią, a z futryn zwisają pierzaste gadżety. Zaglądamy na odremontowane podwórka. Werandy, podcienia, schodki i arkady podtrzymujące balkony obiegające wokół niewielkie dziedzińce nadają specyficzny urok. W jednym z takich miejsc urządzono muzeum. Wewnątrz trafiamy na ekspozycję obrazującą życie mieszkańców w XVII wieku, także na wyroby metalowe oraz złote artefakty, między innymi monety bite ze złota wydobywanego w okolicznych kopalniach.
Jest tu również ekspozycja sztuki sakralnej z obrazami i drewnianymi, polichromowanymi rzeźbami. Kilka sal na piętrze przypomina pałacowe komnaty. Drewniane podłogi są mozaiką wykonaną z desek z różnych gatunków drzew. Tapicerowane, rzeźbione meble „z epoki" wzbudzają refleksję nad wielkim kontrastem między warunkami życia możnych ówczesnego świata i współczesnymi realiami mieszkaniowymi wielu obywateli Brazylii. Uwagę moją zwracają przepiękne, drewniane sufity z malowanymi motywami roślinnymi. W kolejnych pomieszczeniach znajduje się śliczna, XIX-wieczna porcelana, między innymi seledynowo-różowa zastawa stołowa. Mnie jednak bardziej interesuje ekspozycja poświęcona niewolnictwu. Są tu okrutne narzędzia do stemplowania niewolników, łańcuchy, kajdany, metalowe dyby, a także obrazy i grafiki wyjaśniające zastosowanie tych przedmiotów. Dla nas Polaków, czy szerzej – Słowian – niewolnictwo jest pojęciem względnie abstrakcyjnym. Nie mieliśmy kolonii, nie sprowadzaliśmy niewolników do Polski (przynajmniej w większych ilościach), nie eksploatowaliśmy surowców i siły roboczej z podbitych krajów. Zawsze mnie zastanawiało, jak się czują Portugalczycy, Hiszpanie czy Brytyjczycy, którzy "odkrywali" nowe ziemie i pod hasłem chrystianizacji podbijali je, wybijając czasem w pień lokalną ludność lub wykorzystując ją do prac niewolniczych. I rzadko kiedy my, Polacy, uświadamiamy sobie, że potęga i świetność państw zachodu powstała dzięki grabieniu i mordowaniu innych narodów.
Od tych przykrych przemyśleń wrócę jednak do pięknego Ouro Preto. Jest już południe, a przed nami jeszcze tyle zwiedzania.
Oto kolejny barokowy kościół na wzgórzu, ale zanim do niego wejdziemy zaglądamy na miejscowy cmentarz. Nigdy nie odpuszczam takiej okazji, lubię wiedzieć, jak wyglądają miejsca spoczynku ludzi w różnych kulturach i religiach. Tu dominują płaskie nagrobki z leżącymi krzyżami. Na wielu z nich rodziny zmarłych postawiły plastikowe kwiaty. Jest tu również kolumbarium ze skromnymi tabliczkami informującymi o lokatorach. Wnętrze kościoła imponuje przepychem. Główny ołtarz utrzymany jest w biało-złotej tonacji. Na piramidzie z marmurowych cokołów umieszczono rzeźbę Matki Boskiej ze zdjętym z krzyża Chrystusem. Biały obrus na ołtarzu przykryty jest folią, widać, że ksiądz dba o czystość i porządek. I estetykę – sądząc po licznych doniczkach z amarylisami. Po obu stronach nawy znajduje się szereg niewielkich ołtarzy z figurami świętych. Odnotowuję, że niektórych figur brak. Być może są w konserwacji, bo widzę dwóch mężczyzn odnawiających ambonę.
Stromą uliczką powoli schodzimy ze wzgórza, gdzie wznosi się odwiedzony przed chwilą kościół. Każdy krok, każdy nowy widok wyłaniający się za zakrętu przynosi myśl „jak to ładnie”. Chyba wszyscy lubimy takie miasteczka (lub starówki takich miast) ze spójnym, jednolitym stylistycznie, charakterem. Tu tym łącznikiem są białe fasady domów i kryte dachówką dachy. Podobne zachwyty nad architekturą wyrażałem w rumuńskiej Sighisoarze i w gruzińskim Sighnaghi, a także w wielu włoskich miasteczkach.
– Stój, poczekaj! - wołam do idącej przede mną Małgosi.
- Co się stało?
– Nic, ale stań przy tym murze. Zrobię ci ładne zdjęcie.
Mur jest kamienny, wykonany z czarnego łupku. Liczy zapewne kilkaset lat. Dziewczyna posłusznie staje pod ścianą i mogę jej zrobić kilka ładnych fotek.
Oglądamy uliczki z parterowymi domami. Wiele z nich w Polsce uznano by za zabytkowe. Ot, choćby taka Posada Vila Rica - spory parterowy budynek z elewacją wykonaną z niebieskich wzorzystych płytek i szeregiem dzielonych okien z szeroko otwartymi błękitnymi okiennicami. Attyka jest również ozdobiona wykafelkowanym fryzem i szeregiem kamiennych figur. Czyż nie można się poczuć jak w Portugalii?
Na progu otwartych drzwi do sklepu z odzieżą przysiadła ubrana w kwiecistą długą suknię Brazylijka. Wypatruje zapewne klientów. Na ulicy pusto, niezbyt to turystyczna uliczka.
Przystajemy na chwilę na początku stromej uliczki. Widok jest zachwycający: dwa szeregi niskich, pomalowanych na biało kamienic, ciągną się daleko po dwóch stronach opustoszałej, nierówno wybrukowanej ulicy. Dachy pokryte są poczerniałą ze starości dachówką. W perspektywie wznoszą się dwie wieże kościoła zwieńczone blaszanymi hełmami. Dwie ulice ciągną się jeszcze dalej, wspinając się na przeciwległe wzgórze, które zakończone jest kolejnym, białym kościołem. Ulicą idzie para 25-latków, obejmują się. Bardzo to idylliczna i romantyczna scena. Gdy odwracam się za siebie widzę... kolejny kościół, a jakże! Jest również barokowy, a data 1752 umieszczona na reliefie nad bramą wskazuje na rok budowy. Sam relief przedstawia trzy maszkarony a może jaguary. Duża płaskorzeźba umieszczona wysoko na fasadzie ukazuje klęczącego mężczyznę proszącego o coś niebiosa. Za jego plecami widoczny jest ufundowany kościół. Powyżej fasady wznoszą się dwie okrągłe wieże zwieńczone hełmami przypominającymi hełmy XIX-wiecznych żołnierzy austriackich.
Przy kościele rośnie pojedyncze wysokie drzewo.
– To araukaria, wiesz na pewno - zwracam się do Małgosi.
– A skąd mam wiedzieć?!
Zawstydziłem się nieco. Niepotrzebnie się odezwałem w ten sposób. Przypomniała mi się scenka sprzed roku, gdy pokazywałem Kamili araukarię przed kościołem w Limie. Ale przecież ja wtedy też po raz pierwszy zobaczyłem drzewa tego gatunku. W każdym razie bardzo podobają mi się te drzewa z charakterystycznymi koronami.
Kilka uliczek dalej dochodzimy na spory plac wypełniony straganami. Sprzedawcy oferują głównie figurki i rzeźbioną ceramikę. Można wśród nich dostrzec i autorów tego rękodzieła, siedzą na plastikowych krzesełkach, trzymając w ręku emaliowaną wazę lub gliniany garnuszek i skrobią rylcem wzorki.
– Muszę coś sobie tu kupić – oświadczam i dodaję wskazując ręką: ale podejdźmy najpierw do tamtego kościoła.
Kościół pod wezwaniem... usytuowany jest na wzgórzu, prowadzi do niego kilkadziesiąt schodów i wygląda naprawdę imponująco. Jest jednonawowy, z dwiema bocznymi przysadzistymi wieżami, widoczne są dwa zawieszone w oknach dzwony. Klasycystyczna fasada jest pomalowana na biało, wystają z niej szare elementy kamienia ciosowego. Portal bramy wejściowej jest bogato zdobiony, z wielkim reliefem powyżej. Podobny styl utrzymany jest w obramieniu dwóch okien powyżej i nieregularnej w kształcie rozety. Obok krzyża zwieńczającego tympanon znajdują się dwa szpice z pięcioramiennymi gwiazdami. Podchodzimy bliżej i teraz dopiero możemy ocenić piękno płaskorzeźby ponad bramą. Znajduje się na nim herb z fruwającymi wokół aniołkami.
Powoli wracamy na targ z wyrobami kamiennymi i ceramiką. Obok tradycyjnych w formie naczyń i rzeźbionych krzyży, miejscowi artyści tworzą z kamienia przepiękne współczesne rzeźby. Zdaje się, ostatnio modne są splecione w uścisku pary kochanków o zaokrąglonych, nieco abstrakcyjnych kształtach. Co za arcydzieła! To nic, że na półkach stoją dziesiątki identycznych rzeźb, grunt że się sprzedają! Niektóre z nich mają metr wysokości i ważą pewnie 20 kg. Ja jednak wolałbym kupić jakiś mały drobiazg, ostatecznie wybieram rzeźbioną główkę aniołka ze skrzydełkami oraz niewielkie, okrągłe puzderko z rzeźbioną i malowaną pokrywą. Myślę, że te pamiątki będą kojarzyć mi się z Ouro Preto.
Zrobiło się późne popołudnie, słońce pochyliło się nad horyzontem, kładąc długie cienie na brukowanych ulicach. Czujemy zmęczenie całodzienną wędrówką.
– Piotr, zjemy coś w końcu? – odzywa się najwyraźniej zniecierpliwiona Małgosia. – Tak jest: wróćmy do centrum i poszukajmy czegoś do zjedzenia.
W knajpce zamawiamy kurczaka z sałatką i ryżem. Porcje są przeogromne i bardzo kolorowe.
Koło 20:00 uznajemy, że dość już zwiedzania. Kierujemy się ku dworcowi autobusowemu i po drodze spotykamy dziewczyny. Bilety powrotne do Rio de Janeiro kupujemy bez problemu. Mamy sporo czasu przed wyjazdem, udaje się skłonić obsługę dworca do udostępnienia nam „służbowej” łazienki. Mamy możliwość wzięcia (kolejno) prysznica. Gosia i Monika proponują, abyśmy pojechali na parę dni na wybrzeże, do Paratów.
– Tam są piękne plaże, odpoczniemy – mówią.
Co do tych pięknych plaż, to mam wątpliwości, ale faktycznie należy nam się odpoczynek we względnie wygodnych warunkach. Dziś przecież będzie już druga nieprzespana noc w autobusie.
Odjeżdżamy o 22:00.