Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Deszczowy poranek | Państwo w państwie | | |
Muszę przyznać, że był to bardzo przyzwoity nocleg. I może nawet wart tych pieniędzy. Plany na dziś są takie: dotrzeć do ruin klasztoru w jezuickich i przejechać do stolicy. Zwiedzić Asuncion i wyspać się przed porannym wylotem z kraju. Pogoda na dzień dzisiejszy nie zapowiada się zbyt dobrze. Od rana pada, co prawda, niezbyt mocno, niemniej jednak cały czas siąpi deszcz. Odszukujemy autobus, który jedzie do Encarnation po paragwajskiej stronie. Pasażerów jedzie zaledwie kilku.
Podjeżdżamy najpierw na posterunek po argentyńskiej stronie. Pieczątka wyjazdowa i znów wskakujemy do autobusu. Czeka nas teraz kilkuminutowy przejazd przez niemal trzykilometrowy most na szerokiej w tym miejscu Paranie. Po drugiej stronie podjeżdżamy na posterunek paragwajski, pieczątka i już jesteśmy w kolejnym kraju.
Pierwsza rzecz, którą musimy zrobić to kupić lokalną walutę co prawda proponowano nam już ją zakup jej po stronie argentyńskiej, ale, nie znając kursu wstrzymaliśmy się. W kantorze kupujemy kilkaset tysięcy paragwajskich guarano i wsiadamy do miejskiego autobusu, by podjechać na dworzec. Tu rozpytuję o autobus do misji jezuickiej. Kosztuje 10 500 pieniążków i będzie za pół godziny. Mamy chwilę czasu na obejrzenie straganów i zapoznanie się z miejscowymi sklepami. Chociaż miejscowość Trinidad, do której jedziemy, położona jest zaledwie o 30 kilometrów stąd, to nasza podróż potrwa ponad dwie godziny. Po drodze odwiedzamy wszystkie możliwe wioski.
– Może przynajmniej przestanie padać przez ten czas – mówię do Małgosi.
Dziewczyna ma niezbyt szczęśliwą minę.
– Zła jesteś o coś? – pytam.
– Nie, w porządku.
Coś mi się jednak wydaje, że Małgosia nie jest zbyt zadowolona z naszej wycieczki do Paragwaju. Chciałem jednak odwiedzić ten kraj, chociaż na tak krótko. Zdaję sobie sprawy z tego, że kolejna taka okazja nieprędko się zdarzy. A może po prostu ta brzydka pogoda wpłynęła na nasz nastrój?
W końcu dojeżdżamy do Trynidadu – to jedna z dawnych osad jezuickich. Jezuici oficjalnie przybyli do regionu Guairá (dzisiejszy Paragwaj) w 1588 roku za zgodą króla Filipa II. Ich głównym celem było nawrócenie "dzikusów" oraz wyrwanie ich spod władzy osadników stosujących system encomienda – pracy przymusowej zbliżonej do niewolnictwa. Zakonnicy przy okazji oferowali nauczanie ich – w duchu katolickim, rzecz oczywista. Jezuici, organizując swoje "państwa", tzw. redukcje paragwajskie, podporządkowywali sobie wspólnoty indiańskie Guaranów. Tworzyli w ten sposób odrębne terytoria, w których sprawowali niemal absolutną władzę, przy użyciu specyficznego modelu społeczno-gospodarczego. Może to nie był komunizm, ale system, gdzie księża stanowili klasę panującą nad rdzenną ludnością, co dla Guaranów było niby lepsze niż los wyrobnika na plantatorów. Teoretycznie głównym celem była ewangelizacja i ochrona rdzennej ludności przed wyzyskiem kolonizatorów, w rzeczywistości odbywało się to kosztem ich samodzielności. Model jezuicki wprowadził system, który oparty na monopolu na siłę roboczą i przymusowym osiedlaniu. Indianie osadzeni w redukcji nie mieli odtąd swobody wyboru zajęcia ani sposobu spędzania czasu wolnego, będąc poddanymi ścisłej dyscyplinie zakonnej.
Dróżką dochodzimy do kasy, od razu widać, że dzisiaj to miejsce nie cieszy się popularnością. Starając się nie budzić ewentualnego śpiącego strażnika przechodzimy obok i zaczynamy zwiedzanie. Abambaé (pole człowieka): Działki uprawiane przez poszczególne rodziny na własne potrzeby, co zapewniało Indianom poczucie prywatnej korzyści. Tupambaé (pole Boże): Ziemia uprawiana wspólnie. Dochody z niej przeznaczano na utrzymanie wdów, sierot, chorych, budowę kościołów oraz opłacanie podatków dla korony.