Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Powrót do Krakowa | Czas na podsumowanie: niedosyt
Ostatni dzień trampingu. Cieszę się, że wszystko dobrze poszło, że wracamy cali i żywi (nie licząc pokąsania przez mrówki) i bez większych strat (zniszczona ładowarka i zgubiony ręcznik). O sam powrót do Polski jestem spokojny, mamy bilety na przejazd PolskimBusem kupione jeszcze przed wyjazdem. Okazyjnie po 30 zł za przejazd do Częstochowy, wysiądziemy, rzecz jasna, w Katowicach. Wyjątkowo się nie spieszymy ze wstawaniem. Śniadanko, pakowanie i o 9:00 jedziemy na dworzec. Ku mojemu zdziwieniu brak tu kantoru – trudno, zawieziemy resztę forintów do kraju.
Autobus relacji Wiedeń – Warszawa pojawia się zgodnie z planem o 10:35. Jest sporo miejsca, siadamy osobno. Sergiusz słucha muzyki z komórki, ja nieco przysypiam. Droga autostradą w poprzek Słowacji nie przynosi szczególnych doznań, poza żalem, że w Polsce mamy tak mało wygodnych dróg. Po przekroczeniu granicy w Cieszynie, autokar kręci się na miniaturowych rondach nim wjedzie na fragment autostrady A1. W Katowicach przechodzimy na całkiem nowy i ładny dworzec kolejowy, by do Krakowa wrócić... busem. Dodam, kolejowym busem, gdyż stanowi on komunikację zastępczą.
I to by było na tyle.
Jaki był ten tramping? W sumie udany, ale... No, właśnie. Zawsze jest jakieś ale. Więc tak: przejechaliśmy przez 6 krajów, w tym trzy nowe dla mnie (Słowenia, Bośnia i Hercegowina oraz Serbia), zwiedzając kolejno ich stolice: Budapeszt, Lublanę, Zagrzeb, Sarajewo, Belgrad i na koniec Bratysławę. Miasta bez wątpienia ładne, atrakcyjne turystycznie, ale... strasznie podobne do siebie. No cóż, dominuje w nich XIX-wieczna architektura klasycystyczna a brukowane wąskie uliczki starówek sprawiają, że trudno później na zdjęciach odróżnić jedno miasto od drugiego... Oczywiście, podobały nam się twierdze i zamki w tych miastach, także w tych innych, mniejszych miejscowościach. Hitem – bez wątpienia – były wypady "w plener": wejście na Triglav, Jaskinie Szkocjańskie i Jeziora Plitwickie. Szkoda, że nie udało się więcej pochodzić po górach. Może kiedyś skorzystamy z zaproszenia Bośniaków na wspólną wędrówkę na szczyt Cincar (2006 m n.p.m.) w Górach Dynarskich? Tramping, jak zgodnie orzekliśmy, nie był tak atrakcyjny, jak zeszłoroczny wypad na Bałkany. Albania i Macedonia jawiły się wówczas dla nas jako "dzikie" a przez to bardziej interesujące kraje w porównaniu z "cywilizowaną" Chorwacją czy Słowenią. W tym roku "dzika" miała być Bośnia i Hercegowina, ale zabrakło może jednego lub dwóch dni, by je spędzić w górskim odosobnieniu. Parogodzinny wypad do wodospadu Skakavec w górach koło Sarajewa tylko w pewnym stopniu zrekompensował te nasze oczekiwania.
Kraje te, zwłaszcza Chorwacja i Węgry okazały się – tak ja się spodziewaliśmy – trudne do podróżowania stopem. Niestety, bo komunikacja publiczna jest tam znacznie droższa niż w Polsce. Chcąc więc ciąć koszty traciliśmy sporo czasu machając na – często puste – samochody. Nie posmakowaliśmy również specjałów miejscowej kuchni – Sergiusz wolał wcinać kebaby i pizzę. Ser biały mu nie smakował, wolał miejscowe ciasteczka ;-) Najbardziej jednak zabrakło mi na tym trampingu elementu przygody, choćby takiego spotkania z miejscowymi jak w zeszłym roku nocleg w macedońskim domu. Ale tegoroczny nocleg na cmentarzu w Metković zapamiętamy na długo.
Cieszę się, że uzupełniłem kolekcję odwiedzonych krajów o trzy kolejne. Serbia była moim 57 krajem. Tort europejski już się kończy, zostały peryferyjne państwa (Islandia, Irlandia, Portugalia i Mołdawia) oraz kilka rodzynków – państewek ominiętych wcześniej (Andora, Monako, Liechtenstein, Luksemburg, Malta). W najbliższym czasie chciałbym zmierzyć się jednak z Czarną Afryką lub wrócić do swojskiej Azji.