Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Poranne stopowanie | Zachwycam się Lublaną | Pociągiem do Divačy | Gdzie rozbić namiot? |
A jednak w nocy nie padało. Jeszcze jeden sukces ;-). Gdzieś koło 6:00 zaczynam się pakować, Sergiusz jeszcze śpi. W końcu kończy się moja wyrozumiałość, więc pytam:
– Wyspałeś się?
– Tak, tak – zaspany przeciera oczy – wyspałem!
– Skoro tak, to jemy śniadanie.
Niezbyt wyszukane, skończył się chleb. Zjadamy biszkopty i wafle. Sergiusz gotuje wodę na herbatę i kawę. Chcę jeszcze wziąć prysznic, ale, jak się okazuje, recepcja, gdzie mogę dostać żeton, czynna jest od 8:00.
"Coś ten plecak jest tak podejrzanie lekki" – mruczę do siebie, dopinając paski. No tak! Namiot trzeba jeszcze wziąć ze sobą… Przepakowują się i wychodzimy na szosę.
Pierwszy samochód zatrzymuje się po minucie. Jedziemy do Bovec z niemieckim małżeństwem mieszkającym w Monachium. Droga prowadzi w dół wąskiej i głębokiej doliny Soczi. Na trasie zauważam jeszcze ze dwa kempingi. Wokół nas, po obu stronach drogi ciągną się – wciąż skryte w cieniu – góry. Wysiadamy na rondzie i łapiemy stopa przed wjazdem na lokalny kemping. Tu już idzie nam gorzej. Słoweńcy, chociaż często jeżdżą pustym samochodem, nie reagują. Zatrzymuje się kolejno dwóch cudzoziemców, niestety jadą zbyt blisko lub w złym kierunku. Po 30 minutach zatrzymuje się Land Rover na holenderskich numerach.
– Dzień dobry. Widziałem, że mogę liczyć na turystów z Zachodu.
– Tak? Słoweńcy nie biorą – pyta mężczyzna.
– Właściwie to nie wiem. Dwa dni temu przyjechaliśmy z Budapesztu tutaj.
– A my jedziemy z Ostendy. Zwiedzamy Bałkany.
Droga do Mostu na Soci szybko mija. Chociaż do Lublany zostało tylko 100 kilometrów, to stopowanie idzie powoli. Najpierw ze stacji benzynowej zabiera nas kamperem kobieta w średnim wieku. Sporo rozmawiamy – my po polsku, ona po słoweńsku. Synów ma trzech: jeden – niby profesor... filozof czy teolog. Narzeka, że po wprowadzeniu euro wszystko podrożało a poziom życia pogorszył się. Podwozi nas do centrum Vrhnika pod sklep. A ceny w supermarkecie są akceptowalne: chleb 0,8 do 1 kg za 1 euro pomidory jedno euro za kilogram. Za miasteczko na lepsze miejsce do łapania stopa podwozi nas uprzejmy Słoweniec. Sergiusz wypisuje na zerwanym plakacie nasz cel – Lublanę. Później miejscowy kierowca o imieniu Mateusz podrzuca nas 20 kilometrów na stację benzynową przy trasie E70, a do stolicy Słowenii zabiera nas student z piątego roku anglistyki.
– Oj, Sergiusz, Sergiusz… – jęczę.
– No co!?
– Mówię ci, tu nikt nam nie pozwoli się rozbić w ogródku.
Wstępujemy do pierwszego gospodarstwa. Młody mężczyzna mówi, że pokoje można wynająć dalej we wsi, a rozbijanie namiotu jest tu "impossible". Obok znajduje się niedokończony pensjonat. Jakoś tu pusto.
– Hello! – wołam.
Dziewczę wychodzi na próg domu, pytam o pokoje. Chce 50 euro za nas dwóch. Ech! Bez przekonania pytam o możliwość rozłożenia namiotu za domem. Nie ma sprawy, 40 euro! No, nie, urwała się z księżyca z takimi cenami. Trzecie podejście jest bardziej udane. W ogródku siedzi dziadek, pytam go z początku o pokoje, potem o kawałek łąki. Mężczyzna wdaje się w rozmowę, zachęca, byśmy usiedli na ławce, pyta, z jakiego miasta jesteśmy. W rozmowie pomaga, tłumacząc na angielski, córka – akurat siedzi na czereśni i zrywa soczyste owoce. Widzę, że facet mięknie, ustalamy, że złożymy namiot o siódmej rano. Prowadzi nas na skraj swojej łąki.
– Udało się! – cieszę się.
– Zjemy kolację? – upomina się Sergiusz.
Rozkładamy karimaty, wypakowujemy żarcie.
– Fuck! Nie najlepiej to wygląda – mówi syn, patrząc na wyciekający olej z sera żółtego Mlekovity.
– Dobrze jest – stwierdzam i na dowód zjadam dwa plasterki – masz, spróbuj.
Rozkładamy namiot już po zmroku.