Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Alawerdi – Haghpat – Tbilisi

wtorek, 4 X 2011


Myślenie życzeniowe? | Granica zamknięta! | Zwiedzam Alawerdi | Off-road po azersku | Niskobudżetowy Gruzin


Na ostatni dzień trampingu zostawiłem sobie wizytę w dolinie rzeki Debed. Wiem, że w tym rejonie jest kilka zabytkowych monasterów, ale zamierzam skupić się na jednym – Haghpat. Myślę, że wizyta w tym zespole klasztornym wystarczy – po pewnym czasie wydają się one podobne i się nudzą. A zatem, w drogę! Podjeżdżam marszrutką na dworzec Kilikia. Bus do Alawerdi stoi i czeka na komplet pasażerów, jednak dopiero o 9:00 ruszamy. Ranek jest słoneczny, czyste powietrze i brak chmur sprawiają, że Ararat pięknie się prezentuje. Powoli opuszczamy przedmieścia stolicy. Na dachu jednym z budynków dostrzegam olbrzymi napis: "Ararat. Jerewanskij Koniacznyj Zawod". No, tak. Prawie zapomnieliśmy w Polsce o "koniakach" z Armenii. To już nie czasy PRL-u... Ale... może jednak skuszę się i kupię butelkę miejscowego trunku?

Mało co rozmawiam z pasażerami. Siedzę obok starszej kobiety. Za oknem znajome krajobrazy. Mijam "leżącego Ormianina" – potężną górą, obok której przejeżdżałem tydzień wcześniej. A po prawej widoczny jest ośnieżony masyw Aragaca. Tym razem mam możliwość dokładniejszego przyjrzenia się górze. Widzę po kolei wszystkie wierzchołki: wschodni, południowy, zachodni i najwyższy – północny. Cieszę się, że miałem sprzyjające warunki – teraz wędrówka po śniegu byłaby trudniejsza i bardziej niebezpieczna. Przed wyjazdem dopytywałem w sieci o warunki pogodowe na przełomie września i października i liczyłem się z tym, że będzie dużo gorzej. Stąd też moim podstawowym celem było zdobycie choćby południowego wierzchołka. Dziś żałuję, że nie poszedłem krok dalej – na zachodni. Trudno. Gór na świecie jeszcze sporo, może trafi się coś w Andach.

He, he! Specjalnie tak napisałem o Andach. Zauważyłem bowiem dziwną prawidłowość: ile razy podczas trampingu pomyślę o jakimś nowym atrakcyjnym celu "prawie" niemożliwym do osiągnięcia – tyle razem moje plany się spełniają w kilka lat później. Gdy stałem przed „tybetańskimi” obrazami Roericha przedstawiającymi Kanczendzongę, w żadnym razie nie przypuszczałem, że tam kiedykolwiek dojadę. A w cztery lata później oglądałem drugi szczyt Himalajów z Tygrysiego Wzgórza w Dardżylingu… Kiedy byłem nad Morzem Czarnym, myślałem sobie: czy kiedykolwiek zobaczę Morze Żółte? Czy uda mi się zdobyć komplet „kolorowych mórz"? A w trzy lata później moczyłem nogi w morskiej wodzie Zatoki Pohai. Będąc w mongolskich Chubsugułach marzyłem o tybetańskich świątyniach, a w rok później cieszyłem oczy świątyniami lamajskimi w Serxu. Przekraczając Jangcy, myślałem o dwóch największych rzekach: Nilu i Amazonce a po tej pierwszej żeglowałem w tym roku. Tak! Marzenia się spełniają! Hm, właściwie to nie były marzenia. Nie mam marzeń, co najwyżej mam plany. Czasem ktoś mnie pyta o „podróż marzeń”. A mi naprawdę wszystko jedno, dokąd pojadę – byleby to było nowe dla mnie miejsce. Czy to ma znaczenie, w jakiej kolejności będę zwiedzać świat? Po prostu jadę tam, gdzie to możliwe. A na razie jadę do Alawerdi. O tyle ciekawe to miejsce, że kilka miesięcy temu byłem w gruzińskim Alawerdi.

Znajoma mi już trasa prowadzi wzdłuż rzeki Debed. Za Wanadzorem dolina się zwęża. Mijamy XII-wieczny bazaltowy most Sanahin ufundowany przez księżniczkę Vaneni i o 14:00 zajeżdżamy na dworzec autobusowy w Alaverdi. Bus do Haghpat właśnie stoi. Nabieram optymizmu co do sprawnego zakończenia trampingu. O, naiwny! Ledwo wsiadłem do marszrutki a rosyjskojęzyczny jegomość pyta:

– Kuda jediesz?

– Tiepier w Haghpat a potom w Sadakhlo na granicu. Mne nado wieczerom w tbiliskij aerodrom.

– Eto niewozmożno, granica z Gruzjej zakliczena. Maszin nie puskajut.

– Czto słucziłos? – pytam już zdenerwowany.

Okazuje się, że kilka dni temu był zawał na drodze, teraz jest nieprzejezdna.

– Gruzowiki zasypany ziemliej. Liudi pogibli, ich iszczut jeszcze.

Mężczyzna mówi, że muszę wrócić do Wanadzoru, a stamtąd kierować się na inne przejście graniczne. A niech to szlag! Trzeba będzie wziąć taryfę, jechać może po nocy aż do Tbilisi, stracę masę dolarów, by zdążyć przed północą na lotnisko. Inni pasażerowie włączają się do rozmowy, ktoś mówi, że drogę otworzą dziś o 15:00, że zdążę pojechać do wrócę i nie będzie problemu. Ładne mi pocieszenie! A jeśli nie naprawią? Mam dylemat, czy "tracić czas" na jeszcze jeden monaster, czy od razu szukać dróg ewakuacji z Armenii. Ostatecznie, po zapewnieniach kierowcy, że zrobiono objazd dla lżejszych pojazdów – jadę do Haghpat.

Po kilku kilometrach skręcamy w boczną doliną i mozolnie pniemy się na zbocze Surplicza. Wkrótce osiągamy niewielki płaskowyż. Wśród dziesiątków domów poukrywanych w sadach wyróżniają się zabudowania X-wiecznego monastyru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To typowe miejsce turystyczne. Czuje się to od razu: kilka straganów, stoiska, bar ze stolikami… Zostawiam plecak u straganiarki i idę oglądać.

Monaster Haghpat liczy sobie ponad tysiąc lat aczkolwiek Ormianie dopisują jeszcze z pół tysiąca lat "na wszelki wypadek", utrzymując, że klasztor powstał na miejscu świątyni pogańskiej. W każdym razie najstarszy obiekt, który się ostał to katedra Surp Nyszan (kościół pw. Świętego Krzyża) ufundowana w 976 roku przez Chosrowanuszę, żonę króla królów Wielkiej Armenii, Aszota III Miłosiernego.

Mam jeszcze 20 minut do przyjazdu marszrutki, w sam raz na krótki spacer po wiosce. W zasadzie nic nadzwyczajnego, zwykła podniszczona wiejska zabudowa, ale jakie widoki! Powyżej wioski malownicze zbocza schodzące ku dolinie, do której zawitała jesień. Nad doliną góruje wysoki na 1500 m grzbiet, z którego spływają liczne potoki. Rozcięły one płaskowyż spływając ku rzece Debed, tworząc potężną szczerba o 300-metrowych pionowych ścianach. W dole wije się droga, którą przyjechaliśmy. Skalę tego kanionu podkreślają 7-piętrowe bloki położone tuż przy górnej krawędzi urwiska. Z miejsca, gdzie się znajduję, wieżowce wyglądają jak klocuszki dla dzieci. Za grzbietem, w odległości czterech kilometrów znajduje się inny monastyr – Sanahin. Myślę, że równie ciekawy jak Haghpat, może rzadziej odwiedzany. A warto! Bo znajduje się tam również muzeum braci Mikojanów. Artiom Mikojan, młodszy z braci, był (wraz z Michaiłem Górewiczem) twórcą sławnych na całym świecie Migów, natomiast Anataz Mikojan dał się poznać jako zręczny polityk, osiągając pozycję Przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR; brał również udział w negocjacjach z USA podczas kryzysu kubańskiego.

Wracam do centrum wsi. Wyliczam sobie, ile pieniędzy mi zostało, ile mogę wydać na ostatnie pamiątki. W sklepiku kupuję miniaturowe buteleczki z winem granatowym – lokalną atrakcją. Marszrutki z godziny 15:00 ani widu, ani słychu.

– Przyjedzie następna, o 16:00 – pocieszają mnie miejscowi.

No, ładnie! Tyle że mi się akurat dzisiaj spieszy. Rozmawiam z kierowcą busa, którym przyjechała grupa Niemców. Rozumie moją sytuację, bywał w Polsce, zna Warszawę. Jest gotów zawieźć mnie na granicę gruzińską, o ile zgodzą się w biurze. Pilotka porozmawia. Okej.

Tymczasem wdaję się w rozmowę z bezzębnym staruszkiem. O, ileż on ma do powiedzenia o starych czasach! Narzeka na nowe porządki.

– Ransze i zwieri w liesach byli – wspomina – tiepier ekołogi nie razrieszajut chodit' na ochotu.

– A wy chodili na ochotu? Strielali li wy?

– Konieczno! U mienia oruże jest. Kozłow ubił mnogo.

– A wołki jest?

– Da, wołki toże strielał… Wołki byli, tigr był…

– Tigr?! Zdies w Armenii? – nie dowierzam.

– Da. No, jego ubili. S wiertaliota strielali.

Kręcę głową. Nie wiem, na ile dziadek fantazjuje, ale rozmawia się bardzo sympatycznie.

– Skażi, eto choroszo? – dopytuje – Choroszo?

Ostatecznie wracam do Alawerdi marszrutką o 16:00. Bystre oczy taksówkarza wyłuskują mnie z tłumu na dworcu autobusowym.

– Na granicu taksi choczesz? – pyta mnie – Awtobusa nie budiet.

– Da, da, nie budiet. – odpowiadam, nie chcąc się wdawać w dyskusję.

– 7000 dramow i pojediesz.

– Spasibo, ja podażdu.

Taksówkarz nie poddaje się i jeszcze kilkukrotnie mnie zaczepia. Kręcę się po placu poddenerwowany. A jeśli dziś rzeczywiście nie będzie po transportu publicznego? Chłopak na przystanku także namawia mnie na taryfę. Hm… Cierpliwie czekam. O 17:00 nadjeżdżam marszrutka. Upewniam się, że jedzie na przejście graniczne w Sadakhlo i zajmuję miejsca.

– Jeszczo minutku! – wołam i pędzę do sklepu.

Muszę przecież kupić ormiański koniak! Wracam po chwili, dzierżąc półlitrową butelkę. Pasażerowie ze zrozumieniem uśmiechają się, kierowca zapuszcza silnik. Pędzimy do granicy, zwalniając tylko na chwilę, by przecisnąć się przez stado krów na drodze. W końcu dojeżdżamy do zapory przy szosie. Na objazd poprowadzony ponad zawalonym odcinkiem milicja wpuszcza tylko samochody do trzech ton. Skręcamy na nieutwardzoną drogę, którą wcześniej jeździły tylko furmanki i traktory, teraz poruszają się samochody osobowe i busy. Pojazdem rzuca na boki, przechylamy się niebezpiecznie. Silnik wyje, koła boksują w błotnistych koleinach, z mozołem posuwamy się do przodu. W kilku miejscach wydaje mi się, że się wywrócimy lub nie poradzimy sobie z nachyleniem drogi. Kierowca dokonuje cudów, manewrując pojazdem jak motocyklem. Przypominają mi się popisy kierowcy mongolskiego autobusu na drodze do Moron. Na zakręcie przystajemy, bo z naprzeciwko nadjeżdża kilka samochodów. Moment ten wykorzystują inni i próbują nas wyprzedzić. Sytuacja jest patowa: stoimy nad urwiskiem, droga ma trzy metry szerokości, obu kierunkach utworzył się korek złożony z dziesięciu samochodów. Żeby było śmieszniej, z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka, która nie miało prawa się tu znaleźć. Kierowcy, jakby nie zdając sobie sprawy niemożności wyprzedzenia kolumny, zaczynają wyprzedzać. Obraz jak z amerykańskiej kreskówki o zderzających się samochodach. W wolne miejsca wjeżdżają kolejne auta. Sytuacja niczym z przeprawy przez most pod Pathankotem w Indiach. Kierowca marszrutki cofa powoli pojazd, zatrzymujemy się pół metra od urwiska. Inny kierowca też ustępuje miejsca, lecz wciąż jest go za mało. Jeszcze 20 centymetrów do tyłu i słyszymy, jak ziemia osuwa się spod tylnych kół. Autobus staje dęba. Silnik wyje, ale koła już kręcą się w powietrzu. Osuwamy się powolutku w kilkumetrową przepaść. Może ma dziesięć metrów, sprawdzę to pierwszy, bo akurat siedzę z tyłu. Widzę, że kierowcy i pasażerowie z innych samochodów wyskakują i łapią za zderzak i inne wystające części naszego pojazdu. Ten kiwa się teraz na boki, słyszę zgrzytanie metalu o kamienie. Zapada cisza, kierowca wyłączył silnik. Pasażerowie wstrzymali oddech, słychać tylko krzyki ludzi próbujących nas wyciągnąć. Ktoś otwiera drzwi i kolejno wyskakujemy. Dwadzieścia minut później jest już po wszystkim. Poklepujemy po ramieniu kierowcę, ten rusza z miejsca ostro i w kolumnie telepiących się na boki samochodów ruszamy dalej. Dojeżdżamy do postu przy głównej drodze. Zgromadzono to może setkę mężczyzn: żołnierzy, policjantów i ochotników. Przygotowują się do rozkodowywania zawału i przeszukiwania miejsc, gdzie mogą znajdować się ciała zasypanych ludzi. A zawał jest faktycznie gigantyczny. Ze wzgórza nad szosą osunęła się kilkusetmetrowej długości pajda ziemi podcięta równo jak nożem. Zjechała na drogę, zasypując domy i samochody, minęła asfalt i zsunęła się dalej, ku rzece.

Do granicy zostało 20 kilometrów. Mkniemy szybko wąską drogą wśród zielonych lasów. Mijamy dolinę rzeczki Shamlugh, na której zboczach w XII wieku powstał monastyr Achtala z kościołem św. Jerzego. Z pewnością wart odwiedzenia. Cóż, tych monastyrów w Armenii jest multum! Wszystkich zobaczyć się nie da w ciągu tygodnia. Mijamy teraz w pędzie Ajrum z wielką zdewastowaną fabryką na pierwszym planie. Później droga wije się tuż przy korycie rzeki. Po jej drugiej stronie biegnie główna linia kolejowa Armenii poprowadzona estakadami lub w galeriach wykutych w skałach. Znienacka marszrutka się zatrzymuje. Koniec jazdy, to już granica. Zanim powitam Gruzję wstępuję do sklepu, by za ostatnie dramy kupić butelką wina. Długo się zastanawiam, pytając sprzedawcę o rok i jakość trunków. Ten, wpatrzony z dwoma mężczyznami w ekran telewizora, odpowiada półsłówkami.

– Basketbol smotri! Naszi basketbolisty proigrywayut Azerbajdżanu… – komentuje Ormianin oglądający mecz. No wiem, szykuje się tragedia narodowa. Przegrać z odwiecznym wrogiem...

Zostawiam rozemocjonowanych Ormian i z butelką w garści idę na przejście graniczne. Po stronie gruzińskiej woła mnie uśmiechnięty funkcjonariusz służby granicznej.

– Gamardżobat!

– Gamardżobat – odpowiadam i ja z uśmiechem.

Pozostaje sprawa transportu do Tbilisi. Babiny z pakunkami gdzieś zniknęły, może czekał na nie ktoś, może wsiadły do okazji. Doganiam gruzińskie małżeństwo, z którym jechałem od Alawerdi. On – potężny chłop, ona – drobniutka. Jak się okazuje, będziemy razem próbować dotrzeć do stolicy. Taksówkarze chcą 30 lari za kurs. Gruzin mówi, że może dać półtora lari za kurs do najbliższej miejscowości, skąd – jak twierdzi – łatwiej będzie o transport publiczny. Taksówkarze chcą o pół lari więcej, ale mężczyzna się nie zgadza.

– Dorogo – mówi.

Widzę, że trafiłem na prawdziwego trampingowca niskobudżetowego. Ta sytuacja ma dobre i złe strony. Dobre, bo jeśli znajdziemy transport, to zajedziemy tanio; złe jest zawarte w tym "jeśli". A na to się właśnie zanosi. Nawet jak znajduje się okazja za 20 lari za trzy osoby, to mężczyzna kręci nosem. Cos mi się wydaje, że długo posiedzimy na granicy. Ja liczę na stopa. Może zresztą pojedzie od granicy jakaś marszrutka? Czekamy więc we trójkę, inne osoby jadące z nami jakoś się rozpłynęły. Przyczepia się do nas facecik. Spryciarz-kombinator. Niby żartuje, ale jego celem jest namówienie nas na taksówkę. "Mój" Gruzin usiłuje go spławić. Taksówkarze na przejściu jak zwykle powtarzają swoje:

– Marszrutki nie budiet! – I gestami nas przywołują.

Po godzinie oczekiwania na okazję jestem już znużony i zezłoszczony. Ruch na przejściu mały, raz na dziesięć minut przejeżdża samochód, ale albo pełny albo nie chce mnie zabrać. Widzę plecakowicza zmierzającego od granicy. Słoweniec, od kilku miesięcy w drodze, teraz wraca do domu. Rozmawiam z nim chwilę, na pożegnanie daje mi dwie gruszki. Sympatyczny gość.

– Idiom pieszkom! – komenderuje "mój" Gruzin.

Chodzi mu o to, by odejść od facecika-kombinatora. Szybko się wyjaśnia, że ten ma samochód, którym rusza za nami. Na szczęście łapiemy okazję i podjeżdżamy do Sadakhlo. Tu jesteśmy świadkami pościgu policyjnego za samochodem. Trzy radiowozy na sygnale pędzą po wyboistej drodze – to się może podobać! Mija kolejna godzina, już zmierzcha, A my wciąż stoimy i stoimy. Przyjechał za nami facecik-kombinator, stanął dziesięć metrów od nas i się uśmiecha. Mój Gruzin dzwoni na radio-taxi i po chwili facecik odjeżdża po nieistniejących pasażerów. Pół godziny później nastrój mi się radykalnie poprawia: siedzimy w marszrutce pędzącej z Giumri do Tbilisi. Zastanawiam się tylko, czy wysiąść przy Ortaczali lub Isani, czy też jechać na dworzec kolejowy. Zgodnie z sugestią kierowcy jadę do końca. Miejski autobus na lotnisko czeka, szybko wskakuję, chociaż nie mam praktycznie nic do jedzenia. Jestem już zmęczony drogą, przygodami i nieprzewidzianymi trudnościami. Kupuję bilet za 1 GEL.

Przejazd przez nocne Tbilisi. Jedziemy po lewej stronie Kury, patrzymy na miasto z góry. Mijamy ślicznie oświetlony Pałac Prezydencki, nową fantazyjną kładkę dla pieszych zwaną przez mieszkańców "podpaską". Po drugiej stronie widać pięknie iluminowane kościoły i twierdzę Narikala. Bardzo się cieszę, że jestem już w Tbilisi, że widziałem wszystkie trzy zakaukaskie stolice. Cieszę się również z powrotu do domu. Około 2:00 jestem na lotnisku. Kupuję bułki i melinuję się pod schodami na zielonym dywaniku. W półśnie spędzam parę godzin w towarzystwie kota.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej