Gdzie by tu polecieć? | Oszczędzamy? | Rozczarowująca katedra | Corso i kilka placów | Jaki powinien być nekrolog? | Nocleg w krzakach | Nocne rozważania | Najgorszy nocleg
Minęły dwa miesiące od pełnego wrażeń wyjazdu do Etiopii. Marcin, mój towarzysz podróży, już zaczął przygotowywać się do kolejnej eskapady, a ja wciąż nie miałem dość sił i czasu, by podjąć decyzję o nowej wyprawie. Czas wypełniało mi pisanie obszernej relacji z afrykańskiej przygody. Z drugiej strony nie było zbyt atrakcyjnych ofert lotów w interesujące mnie regiony świata. Rozważałem opcję wyjazdu na wyspy Man i Jersey lub do Gibraltaru i może nawet znalazłbym sensowne bilety, ale ostatecznie zdecydowałem się na krótki wypad do Pescary i okolic. Abruzja i sąsiedni region Molise do tej pory pozostawały białymi plamami na mojej mapie odwiedzonych regionów Nomadmanii. Oprócz biletów po 15 euro za lot Ryanairem, dokupiłem przejazd FlixBusem do Campobasso i zapoznałem się z poziomem cen hoteli w Pescarze. Najtańsze oferty na Booking.com i Airbnb.pl oscylowały wokół 150-200 złotych, zdecydowałem się więc na wersję "rough" i przygotowałem swój namiot foliowy, śpiwór puchowy i matę samopompującą. Ubrałem się wyjątkowo ciepło, gdyż właśnie Europę nawiedziła fala arktycznego chłodu. Z niepokojem patrzyłem na prognozy pogody w Pescarze wskazujące na +3 °C nad ranem.
Tym razem wylatuję z Krakowa o przyzwoitej porze. Nie muszę wstawać o 3:00 w nocy, by dojechać na Balice, jak to często bywało ostatnio. Ryanair odlatuje o 13:00, niecałe dwie godziny później w Pescarze wita nas słoneczna pogoda. Stopniowo pozbywam się dodatkowych okryć. Plan na dzisiaj mam prosty: zwiedzić miasto, sprawdzić lokalizację przystanku Flixbusa i znaleźć miejsce na nocleg. Do centrum miasta z lotniska jest około 4 kilometrów, ruszam na piechotę.
Wzdłuż drogi maszeruje para turystów z małymi plecaczkami, ani chybi Polacy. Faktycznie, gdy ich mijam, mężczyzna odzywa się do mnie.
– Pan też na nogach?
– Jasne. Oszczędzamy. – uśmiecham się. – My nawet nie wiemy, jak kupować tu bilety – odzywa się jego towarzyszka.
– Pewnie jest jakaś aplikacja albo można kupić u kierowcy.*/
– To tylko parę kilometrów.
– Jasne. Na długo?
– My na 3 dni. W piątek wracamy.
– Aha. Ja rano jeszcze wyskoczę do Campobasso. No nic, powodzenia. – żegnam się.
– Miłego dnia, do widzenia.
Jestem już w centrum, po południowej stronie przepływającej przez miasto rzeki Pescara. Zaczynam zwiedzanie. Na pierwszy ogień idzie pomalowany na biało kościół. Trudno mi określić jego styl, wygląda na całkiem współczesny. To katedra w Pescarze (Duomo di Pescara) pod wezwaniem św. Ceteusza, patrona miasta. W środku wyjaśnia się, że to jest kościół neoromański z płaskim kasetonowym dachem przypominającym konstrukcję kościołów w Rawennie i szeregiem wąskich okien romańskich. Dwa szeregi potężnych kolumn z głowicami stylizowanymi na akantowe oddzielają nawę główną od bocznych. Wnętrze jest dość proste ze skromnym wyposażeniem, parę kolorowych witraży poprawia wrażenie. Katedra została zbudowana w 1938 roku w miejscu całkowicie zniszczonego średniowiecznego kościoła, a inicjatorem budowli budowy był Gabriele D'Annunzio, faszyzujący poeta, pisarz autor „Trionfo della morte" („Triumf śmierci”). Swoją drogą to D'Annunzio wykonał w życiu niezłą światopoglądową woltę, zmieniając pierwotne poglądy lewicowe na ultraprawicowe. Niektórzy uważają go nawet za Jana Chrzciciela włoskiego faszyzmu. Wykazał się nie tylko inicjatywą przy budowie katedry, ale jako odważny pilot uczestniczył w akcji propagandowej znanej pod nazwą „Lotu nad Wiedniem”, a także (co już mniej przynosi mu chluby) wsławił się bombardowaniem Puli i zajęciem Fiume, czyli dzisiejszej Rijeki. W bazylice można zobaczyć nagrobek jego matki, to być może było możliwe po zaoferowaniu kościołowi XXVII-wiecznego obrazu „Święty Franciszek adorujący krucyfiks”.
Wychodzę na zewnątrz. No cóż, pierwsze wrażenia z Pescary są mało ciekawe, być może zmienię zdanie, gdy dotrę do starszej części miasta. Na razie to, co widzę, to mieszanka XIX- i XX-wiecznych kamienic w różnych stylach, mniej lub bardziej nowoczesnych domów. Na pewno atrakcją jest rzeka Pescara, która dzieli miasto na dwie części. Przechodząc na drugą stronę rzeki, zatrzymuję się i oglądam panoramę miasta. Z mostu widzę kolejne mosty, między innymi nowo wybudowany Most Morza. Przy nabrzeżach spiętych mostami zacumowało sporo łódek. Po drugiej stronie rzeki stoi okazały budynek ratusza z czerwono-białą elewacją i czworoboczną wieżę z wielkim zegarem, a na dalszym planie dostrzegam kilka budynków zwieńczonych dziwnymi okrągłymi nadbudówkami. Na ścianie ratusza umieszczono wzniosły napis, może go kiedyś przetłumaczę. Mijam budynek rządowy (Palazzo del Governo) mieszczący się w okazałym pałacu z czterema figurami na gzymsie i podchodzę do współczesnego kościoła w okrągłym budynku. Przynajmniej tak mi się wydaje na pierwszy rzut oka. Budynek okazuje się… teatrem (Cinema Teatro "S. Andrea"). Wkrótce dochodzę do morza. Plaża jest szeroka, można powiedzieć wyjątkowo szeroka. Ciągnie się na kilka kilometrów w każdą stronę, a piasek jest czysty i drobny. Jest zbyt zimno, by się kąpać, przecież jest dopiero kwiecień. Większość ludzi spaceruje, ale dostrzegam jedną spragniona opalenizny panią, która rozłożyła się na ręczniku i wystawiła swe blade ciało do słońca. Spacerując deptakiem przy plaży, spotykam dwie dziewczyny, które widziałem wcześniej na lotnisku w Krakowie. Są już bez plecaków, niewyraźnie wyszły już ze swego hotelu na spacer. Cóż, ja dopiero muszę znaleźć sobie "swój hotel".
Gdy przechodzę przez niewielki skwer okupowany przez imigrantów, dzwoni do mnie Sergiusz i opowiada o domu, który chce kupić. Snuje plany dotyczące przeprowadzki na nowe miejsca oraz koniecznych remontów. Chciałbym, żeby mu wszystko dobrze poszło.
Po chwili dostaję się na długi, szeroki deptak znany jako Corso Umberto I. Tu już czuć Europą: ekskluzywne sklepy z odzieżą, eleganckie restauracje i fontanny. Stąd już dwa kroki na Piazza della Rinascita, dużego placa otoczonego XX-wiecznymi budynkami. Brak tu jakiegoś fajnego klimatu, nic tu się nie dzieje, jest tu zaledwie jedna kawiarnia ze stolikami wystawionymi na zewnątrz.
Dochodzę do Piazza del Sacro Cuore rozdzielonych, kolejnego dużego placu z trzema przezroczystymi kopułami geodezyjnymi, wewnątrz których znajduje się po kilkadziesiąt biurek z komputerami. Trudno mi powiedzieć, czy to stałe konstrukcje, czy ustawione z okazji jakichś targów lub imprezy. Obok, po drugiej stronie wspomnianego Corso, znajduje się bliźniaczy plac – Piazza del Sacro Cuore. Zaglądam tu pobliskiego kościoła. Chiesa del Sacro Cuore di Gesù fasadę ma również w stylu trudnym do określenia. Jest trochę romańska, trochę podobną do gotyku. Jak się okazuje, kościół został zbudowany w 1886 roku, niby w stylu neoromańskim. Wnętrze mało ciekawe, z trzema nawami rozdzielonymi rzędami masywnych kolumn połączonych łukami romańskimi. Sklepienie oparte w części na ostrych łukach, gotycka rozeta i maswerki w oknach zaburzają jednolitość stylu. Ołtarz z gatunku tych bardziej wspoółczesnych, skromny z pojedynczym dużą mozaiką przedstawiającą Jezusa Chrystusa. Grupa starszych kobiet odmawia różaniec albo jakieś inne modlitwy. Wychodzę. Zerkam jeszcze na odrębną wysoką campanilę z 1936 roku.
Ostatnie pół godziny nieco poprawiło moją ocenę miasta, ale w dalszym ciągu Pescara niespecjalnie się mi podoba. To już Ankona była ciekawsza!
Zatrzymuję się na chwilę przy tablicy z nekrologami. Są kolorowe, ze zdjęciami zmarłych osób, często członkowie rodzin wymienieni są z imienia, przez co są mniej anonimowi. Nie po raz pierwszy widzę tego typu obwieszczenia o śmierci. W Polsce śmierć jest czarno-biała. Gdy umrze ktoś znany, natychmiast pojawia się w internecie i telewizji czarno-białe zdjęcie. To zwyczaj względnie nowy i raczej dziwny. Do niedawna portret zmarłej osoby – kolorowy lub nie – oznaczało się ukośną czarną wstążką żałobną. Tu, we Włoszech, zdjęcia zmarłych są nie tylko kolorowe: ale przedstawiają zmarłe osoby w „naturalny” sposób. Uśmiechają się lub są wręcz roześmiane. Podobnie naturalnie pokazywane są na nagrobkach zmarłe osoby w Gruzji: na traktorze, przed samochodem, z książką, z psem lub nawet z kieliszkiem i butelką. Chyba lepiej, by potomni zapamiętali swoich bliskich w taki sposób, a nie poważnych jak ze zdjęcia w dowodzie osobistym.
Opodal znajduje się dworzec autobusowy, stąd odjeżdżają autobusy miejskie, podmiejskie oraz dalekobieżne. Wśród tych ostatnich jest i FlixBus. Budynek dworcowy przypomina barak PKS-u w Krakowie w latach 70. zeszłego wieku. Upewniam się, gdzie znajduje się stanowisko FlixBusa (na wprost budynku) i sprawdzam rozkład jazdy autobusów do Citta Sant'Angelo, miasta, do którego zamierzam pojechać w czwartek. Po drugiej stronie parkingu mieści się dworzec kolejowy. Moje doświadczenie z dworcami w Europie Zachodniej uczą mnie, że najczęściej są one zamknięte w nocy i raczej na nocleg nie będę mógł tu liczyć. Postanawiam jeszcze pospacerować po centrum w poszukiwaniu jakichś ciekawszych miejsc. Miasto mnie całkowicie rozczarowuje. Pescara jest po prostu nijaka.
Ruszam w kierunku północno-zachodnim. Jak wynika z map Google i Maps.me tam jest najbliżej do rozległych zielonych terenów, gdzie planuję znaleźć miejsce do spania. Architektura domów jest mieszana. Są tu budynki mniej lub bardziej nowoczesne, ale większość to architektura lat powojennych XX wieku. Z przykrością stwierdzam, że wzdłuż terenów zielonych, parków i nieużytków ciągną się ogrodzenia albo mury. Zaglądam do usytuowanego na zboczu wzgórza parku im. Oriany Fallaci, ultrakonserwatywnej włoskiej dziennikarki, która wydała ongiś kontrowersyjną książkę pt. „La Rabbia e l'orgoglio” („Wściekłość i duma”). Tu raczej nie spotkam imigrantów muzułmańskich… Przysiadam na ławce i zjadam parę kanapek, delektując się panoramą północnych dzielnic Pescary. Teoretycznie mógłbym zanocować w parkowej gęstwinie opodal, bo chociaż park zamykany jest o 21:30, to w płocie naprzeciw znajduje się dziura, przez którą można się tu dostać. Póki co penetruję dalsze okolice. Pescara wydawała mi się niewielkim miastem, ale przedmieście ciągną się co najmniej 5 km od centrum. Nie chce mi się tak daleko odchodzić od dworca, bo muszę przecież wrócić na 6:00 rano. Decyduję się na hotel w ogrodzie z oliwkami. By się tam dostać, muszę przedrzeć się przez celowo pozostawione cierniste chaszcze przy drodze. Starając się nie uszkodzić kurtki ani spodni, powoli przecieram się wyłamując kolczaste suche gałęzie. Po pięciu minutach walki jestem po drugiej stronie gęstwiny i rozkładam się w wysokiej trawie. Na razie nie rozpakowuję się, oceniam, czy to odpowiednie i bezpieczne miejsce. Jest już po zmroku, na ogród pada światło latarń ulicznych, ale jestem niewidoczny z drogi. Gdzieś w oddali widać światło w domach. Jest dopiero 21:00, autobus do Campobasso odjeżdża za dziewięć długich godzin. Największym problemem będzie niska temperatura w nocy. Nad ranem ma być około 3 stopni. Przeżyłem już kiedyś taką noc w namiocie pod lotniskiem w Dusseldorfie-Weeze, ale wówczas miałem namiot z tropikiem i bezludną, okolicę, mogłem wówczas spokojnie się zdrzemnąć. Rozkładam folię mojego namiotu, później z trudem wczołguję się do środka wraz ze śpiworem. Strasznie się męczę, gdyż po chwili wszystko wewnątrz staje się wilgotne z powodu skraplania się wydychanej z ust pary. Jest spokojnie, raz na kwadrans przejedzie samochód, raz na pół godziny w oddali przemknie pociąg. Słychać ujadanie psów, mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy nocny spacer z psem tak, jak wydarzyło mi się na Krecie, gdy nocowałem pod Chanią. Z pobliska dobiega mnie głos sowy albo jakiegoś innego nocnego ptaka. Ten śpiew czy raczej odgłosy są niesamowicie monotonne i ciągną się godzinami. Dobrze, że jestem ciepło ubrany. Jest zimno, ale do wytrzymania. Mam na sobie grube jeansy i getry pod spodem, koszulkę termoaktywną, bluzę, kurtkę puchową i kurtkę przeciwdeszczową. Bezruch w namiocie powoduje jednak wyziębienie ciała.
Próbując skrócić mękę dotrwania do rana próbuję sobie przypomnieć wszystkie swoje najgorsze noclegi. Najgorsze w sensie komfortu i zagrożenia. A więc po kolei. Pierwsze dwa trampingi odbyłem wprawdzie z namiotem, ale w parku miejskim w Genewie zdecydowałem się przespać na karimacie. Trudno jednak skarżyć się na taki nocleg – co najwyżej mogłem narazić się na wizytę policjantów. 30-dniowy tramping po Włoszech był hardcorem, gdyż spaliśmy na karimatach – bez namiotów – w najdziwniejszych miejscach: na stacjach benzynowych, na ulicy, w krzakach, na schodach kościoła. Jednakże tamte noclegi były realizowane w dużej grupie. W związku z tym poczucie bezpieczeństwa było dużo. Na Bliskim Wschodzie (Turcja, Syria i Jordania) również byliśmy bez namiotów i radziliśmy sobie w różny sposób – śpiąc na dachach budynków, w ruinach, w lesie. Ale to również był wyjazd w niewielkiej grupie. Nocleg na dziko różni się komfortem w zależności od terenu, na który się trafi i okolicy. Zazwyczaj staram się unikać ludzkiego wzroku, wchodzę w krzaki, do lasu lub na odludzie. A przede wszystkim można powiedzieć, że "nie wyrosłem” z namiotu. Ostatni raz pod namiotem spałem w Arabii Saudyjskiej w 2023 roku: raz wśród skał przy drodze, drugi raz w zagajniku. Ten drugi nocleg był znacznie gorszy, gdyż nie tylko padał deszcz, ale i kręcili się w pobliżu ludzie. Podczas dużych trampingów spanie w niezbyt komfortowych warunkach zdarza się na ogół przypadkowo. To rozwiązania awaryjne. Natomiast podczas moich wyjazdów po drogiej Europie Zachodniej, które odbywają się najczęściej w pojedynkę, często nastawiam się na nocleg w chaszczach. W zależności od pory roku zabieram namiotem z tropikiem, jadę z lekkim namiotem z folii, a czasem tylko z alumatą. Najczęściej noclegi wypadają na obrzeżach miasta lub w samym mieście. Przewidując taki nocleg, staram się zlokalizować na mapie Google odpowiednie, dobre miejsce. Niestety, czasem wybrany obszar jest ogrodzony lub teren, na przykład podmokły lub zarośnięty chaszczami. Oczywiście, nie raz, nie dwa, zdarzało mi się karczować miejsce pod namiot. Tak było, gdy z Sylwią rozbijałem namiot pośrodku pola kukurydzy pod Horsens (Dania), tak było gdy z Dorotą karczowałem śródziemnomorską makię pośrodku ronda pod Narbonne (Francja). Nieraz, będąc już na miejscu, byłem zmuszony szukać innego, lepszego. W miastach zazwyczaj nie ma wyboru, a na ogół nie jestem dość odważny lub zdeterminowany, by ładować się w miejsca widoczne i odsłonięte.
Cały czas jednak zastanawiam się nad najgorszą miejscówką. W kategorii noclegów bez namiotu wygrywa chyba deszczowa noc w 2018 roku, gdy upatrzony park w Ratyzbonie okazał się zamknięty i byłem zmuszony przesiedzieć w kucki do rana za krzakami. Stresujący był również nocleg w lesie pod Chanią (Kreta), gdzie o północy, gdy już przysypiałem na alumacie, rzucił się w moim kierunku pies myśliwski, nad którym właściciel przez moment stracił kontrolę. Głęboko wzdycham na myśl o noclegu w Liechtensteinie, który spędzałem z Sergiuszem. Burza i ciągłe opady deszczu sprawiły, że przez kilka godzin wygarniałem wodę z przeciekającego jak sito namiotu. Z pewnością te wyliczone noclegi były gorsze od dzisiejszego. Ale i tak wspominam je bez niechęci, raczej z uśmiechem. Dla mnie najważniejsze jest, że mając już tyle lat wciąż „nie wyrosłem" z namiotu i akceptuję spartańskie warunki.
Nocne ptaki skończyły swe pohukiwania, zasypiam i ja.
_____________________________
*/ Według informacji z sieci na lotnisko jeżdżą autobusy TUA nr 8 (od ok. 9:00 do 19:00) i 38 (od ok. 6:00 do 22:00), bilety są do kupienia w automacie (1.20 EUR) lub u kierowcy (1.50 EUR).