Dzień: [1] [2] [3] [4]


Kraków – (TRS) – Rijeka

piątek, 10 V 2022


Nie będzie to tani wyjazd... | Nasze lokum w Rijece | Włoskie i austriackie wpływy | Tup tup po schodach | Dziwny zamek, ale widoki... ładne! | Wieczór na nabrzeżu


Jedno jest pewne: nie będzie to tani wyjazd.Tym razem lecimy do Europy i to w dodatku tej najbardziej turystycznej. Pierwsza część roku upłynęła mi bez wyjazdowo, zbliżył się długi weekend, a wraz z nim fala droższych biletów lotniczych. Renata prosiła mnie, abyśmy w końcu gdzieś polecieli, ostatecznie zdecydowaliśmy się na wylot do Triestu. A ponieważ zwykle staram się łączyć wylot do danego miasta ze zwiedzaniem okolic, ustaliłem trasę: Rijeka – Pula – Triest. Być może uda się jeszcze coś więcej zwiedzić. Wyjazd będzie krótki, ale jak zwykle intensywny. Wylatujemy w piątek rano, wracamy w poniedziałek wieczorem. Ze względów logistycznych wprost z lotniska w Trieście pojedziemy do Rijeki, korzystając z w miarę tanich biletów FlixBusa (37 zł). Niestety, czasy PolskiegoBusa po złotówce czy FlixBusa po 5 złotych już się skończyły i kolejne dwa bilety: do Puli i na powrót do Triestu kupowałem po odpowiednio 57 i 72 zł. Noclegi w Rijece, Puli i w Trieście również były nietanie, chociaż wybierałem te z dolnej półki cenowej. Jak zwykle pakujemy się do plecaczków 40 × 25 × 20 cm, zabierając ze sobą sporo jedzenia.

– Twój plecak na pewno przekracza dopuszczalne rozmiary – mówię, patrząc na bagaż Renaty.

– Kupowałam plecak spełniający warunki Ryanaira – odpowiada dziewczyna – to nie moja wina, że wymiary się zmieniły.

W Balicach przy bramce głównie młodzi ludzie. Zapewne długi weekend im nie wystarczył.

Pilot wybiera krótszą trasę i na miejscu jesteśmy 20 minut przed czasem.

W oczekiwaniu na Flixbusa rozkładamy się na trawie. Renata wykorzystuje każdą sekundę, by się opalać. Proponuję zabawę w odgadywanie cytatów filmowych, ale jakoś nam to nie idzie.

Zjawia się w końcu długo wyczekiwany zielony autobus. Za trzy godziny będziemy na miejscu.

– Byłaś w Słowenii? – pytam.

– Nie, nigdy.

– Będziemy przyjeżdżać. Ale taka wizyta się nie liczy, przynajmniej według zasad Nomadmanii.

– To znaczy?

– Na tym portalu była kiedyś dyskusja, czym jest wizyta w danym regionie. W wyniku głosowania ustalono, że wizytą w danym regionie nie można nazwać tranzytu bez zatrzymywania się. Ani nawet z zatrzymaniem się na dworcu.

– A jeśli się wyjdzie z dworca?

– Wtedy tak, to się liczy.

– Dziwne.

Krajobrazy póki co są typowo włoskie: zbocza wzgórz pokryte winnicami, domy rozsiane w dolinach rzek, pojedyncze cyprysy. Mijamy nieczynne przejście graniczne w Krvavim Potoke.

– Ile tu ludzi straciło pracę... – zauważa Renata.

– Podobna myśl przemknęła mi przez głowę w 2002 roku, gdy przejeżdżałem przez granicę francusko-hiszpańską...

Ta część Słowenii jest słabo zaludniona, pokryta niekończącymi się lasami. Muszę przyznać, że wcześniej ten kraj nie przywodził mi na myśl takich beskidzkich widoków. Właściwie nie mam jakichś specjalnych skojarzeń związanych ze Słowenią. Byłem, oczywiście, w Alpach Julijskich<.a>, także w Jaskiniach Szkocjańskich, ale Słowenia nie kojarzy mi się z jakimś konkretnym krajobrazem.

Z zamyślenia wyrywa mnie powiadomienie z Booking.com. Odezwała się właścicielka naszego lokum w Rijece. Chciałaby, abyśmy weszli do lokalu nie wcześniej niż o 15:00. Rzekomo musi posprzątać po poprzednim gościu.

– Pewnie ściemnia – zauważa Renata.

– Nie będziemy zwlekać, prosto z dworca idziemy do domu – mówię i wysyłam jej odpowiedź.

Wciąż nie dostaliśmy pinu do skrytki na klucze, to niepoważne. Wkrótce dojeżdżamy do Rijeki.

Po 15 minutach szybkiego marszu jesteśmy na miejscu. Kod na szczęście dotarł, otwieram drzwi i słyszę jęk Renaty.

– Co to jest!?

Istotnie, w przedpokoju leży mnóstwo gratów: worki z cementem, wiadra, narzędzia do remontu.

– Ale tu śmierdzi! – stwierdza Renata – otwórz okno!

W kuchni znajduje się lodówka i czajnik, zagotowuję wodę na kawę i herbatę. Za odrapanymi, nie domykającymi się drzwiami znajduje się niewielki, ciemny pokój. Małe okno nie otwiera się, o czym zostaliśmy uprzedzeni w powiadomieniu od hosta.

Na szczęście jest klimatyzacja. Pościel na wąskim łóżku jest nieobleczona, ale to już pikuś. O 14:45 wychodzimy, by przed nocą zobaczyć miasto.

Pierwsze kroki kierujemy w stronę neogotyckiego kościoła pod wezwaniem NMP z Lourdes (Crkva Gospe Lurdske). Świątynia umiejscowiona jest przy placu autobusowym i na pierwszy rzut oka sprawia bardzo atrakcyjne wrażenie. Wybudowana została w okresie historyzmu na początku XX wieku z myślą o potrzebach zakonników z sąsiadującego klasztoru kapucynów. Świątynia składa się w zasadzie dwóch kościołów, przy czym górna bazylika ma dwukolorową fasadę złożoną z białych i rudych pasów. Przypomina inne średniowieczne włoskie obiekty sakralne, które widziałem już we Florencji, Pizie i innych miastach. Tu jednak widać poczynione oszczędności przy budowie budynku. Zamiast czerwonego granitu użyto tańszej cegły. Inna rzecz, że do konstrukcji kościoła zastosowano nowoczesny tamtych czasów żelbeton. Niestety kościół jest zamknięty, pozostaje nam zadrzeć głowy do góry i podziwiać ozdobne portale i marmurowe figury ustawione na fasadzie.

Zerkamy jeszcze na sąsiedni żółty budynek z miedzianą kopułą pokrytą patyną. Mam skojarzenia z architekturą wiedeńską i to nie przypadek, gdyż pałac ten dla inżyniera-przedsiębiorcy Ploecha wybudował młody triesteński architekt przeszkolony w Wiedniu w stylu tak charakterystycznym dla narożnych budynków w stolicy Austrii.

Notabene tych bogatych inwestorów w Rijece, przemysłowym mieście, które się rozwinęło pod koniec XIX wieku było całkiem sporo. Przemysłowcy z Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i innych krajów zakładali firmy produkujące tabor kolejowy, zakłady produkujące mydło, papiernie i młyny. Niestety, w Rijece brak bardzo starych zabytków – z epoki średniowiecza czy renesansu. Miłośnicy historii uprzemysłowienia mogą jednak odbyć tour po mieście, tak jak turyści odwiedzający w Krakowie między innymi fabryką Schindlera.

Teraz czas na nabrzeże. Przy nadmorskiej promenadzie znajduje się kilka reprezentacyjnych hoteli.

– Widać, że Chorwaci wciąż świętują przystąpienie do Unii Europejskiej – zauważam, patrząc na dziesiątki narodowych i unijnych flag powiewających przed budynkami.

– Na pewno po wprowadzeniu euro, wszystko tu podrożało...

– Trudno, przeżyjemy.

Po lewej stronie otwiera się widok na wzgórza po wschodniej stronie miasta. Widoczny jest zamek Trsat i szereg wież kościelnych. Zanim się tam jednak skierujemy, oglądamy zabytkowy XIX-wieczny budynek hali targowej. Zatrzymujemy się na chwilę w parku z pomnikiem chorwackiego kompozytora Iwana Zajca, obok stoi ładny budynek teatru narodowego z bogato zdobionym tympanonem.

Przechodzimy obok współczesnego pomnika Wolności nad krótkim kanałem i dochodzimy do niewielkiego placu targowego. Tu, prócz owoców i warzyw sprzedaje się różne domowe nalewki i pikle w słoikach. Lubię te klimaty, ale oczy moje teraz cieszą rozłożone na straganach i wprost na chodniku kolorowe sadzonki kwiatów.

Do zamku Trsat prowadzi alejka chyba z tysiącem schodów (jak by dobrze policzyć – tylko 561 lub 538). Te sławne schody zbudowane przez kapitana Petara Kružića w 1531 roku zaczynają się od kaplicy z barokową figurą Dziewicy z Dzieciątkiem. To tędy przez parę wieków odbywały się procesje do kościoła Matki Bożej z Trsat położonego powyżej. W rzeczywistości (a może tylko według legendy) schody zbudował diabeł, z którym franciszkanie zawarły umowę, obiecując oddanie diabłu jednej duszy. Zakonnicy zrobili jednak diabła w konia, a raczej w kozę, gdyż po skończonej robocie diabeł ujrzał na schodach… kozę. Wściekł się i od tego czasu ludziom trudno zliczyć wszystkie stopnie… Widząc po drodze zasapane i odpoczywające osoby, poprawiam sobie nieco samoocenę. Notabene, do tej pory, niektóre pielgrzymki idą w górę na kolanach. Co kto lubi 😊.

Zanim skręcimy w lewo do zamku, zaglądamy do kościoła i klasztoru Matki Bożej z Trsat (Gospa Trsacka). To miejsce z pewnością należy odwiedzić. Bo to nie tylko kościół, ale największy ośrodek pielgrzymkowym w Chorwacji Zachodniej. Tradycja mówi o „cudownej” teleportacji domu Świętej Rodziny z Nazaretu do Trsat. Po kilku latach święty przybytek, co prawda, wrócił na swoje miejsce (1291 – 1294), ale książę Mikołaj I z Krk zbudował tu pierwszy mały kościół na miejscu. Marijas Trsat stał się punktem pielgrzymkowym, którego reputacja została wzmocniona przez zdumiewający obraz Pani z Trsat, podarowanym Chorwatom w 1367 roku przez papieża Urbana V za utratę świętej Stajenki. Od XV wieku zadomowili się tu franciszkanie.

Zazwyczaj, gdy wchodzimy na podwórka czy dziedzińce klasztorów, uderza w nas panująca tam cisza. To normalne, jeśli zakon zlokalizowany jest w centrum dużego miasta. Tu jest podobnie – Trsat leży właściwie poza miastem i oferuje nie tylko rozległe widoki, ale i wszechogarniającą ciszę. Na dziedzińcu klasztoru, do którego wchodzimy jest spokojnie i cicho. Parę palm, studnia pośrodku, balkoniki na piętrze i kilku zakonników rozmawiających ze sobą w odcieniach – to obrazek, który za chwilę ujrzymy. Obchodzimy dziedziniec wokół, tu na ścianach malowane scenki biblijne i przechodzimy do na drugie podwórko. To miejsce specjalnie nie zachwyca, ale oto obok znajduje się niezwykle ciekawa kaplica. Rozwieszono tu setki obrazów, krzyży, a także wotów. Znajduje się tu spora kolekcja lasek oraz kul, które zostawili ozdrowieńcy na dowód doznanej łaski od Matki Boskiej.

Kolej na kościół świętej Marii. Tu już jest co oglądać. Ołtarz ze stipesem wykonanym z wielokolorowego marmuru, za przepiękną kutą kratą jasno oświetlona marmurowa nastawa ołtarzowa z trzema figurami świętych i Matką Boską w otoczeniu amorków powyżej. Równie piękna jest druga barokowa nastawa w prezbiterium. Przechodzimy przez ambit, tu we wnęce Virgo Lauretano – porcelanowa figurka Matki Boskiej. Reszta wyposażenia kościoła również jest interesująca, łącznie z barokową amboną.

Czas teraz na wizytówkę Rijeki – Zamek Trsat. Jest otwarty i... darmowy, co mnie niezmiernie cieszy. Muszę powiedzieć, że to dość dziwne miejsce z mieszanką stylów: jest tu jakby średniowieczna baszta, jest jakby rzymska świątynia podpisana "Mir junaka”, z gankiem poprowadzonym powyżej, jest donżon z wystającymi lufami armat. Są korytarze wykute częściowo w skale. Ale jak się dobrze przyjrzeć zamek jest… budowany od nowa. Powstaje tu bowiem żelbetowa konstrukcja ze współczesnymi oknami. Taki misz-masz. Wnętrza pozbawione są wyposażenia, zaledwie kilka tablic informacyjnych i multimediów ukazuje historię tego miejsca. Wychodzimy na wieżę, fotografujemy się w różnych zakamarkach. Najwyższa pora wracać do centrum.

– Musimy kupić jeszcze wodę – mówię, spoglądając na położenie marketów na Maps.me.

– I jeszcze pomidory może.

– Dobrze.

W chorwackich w sklepach faktycznie drożej niż w Polsce, przynajmniej w centrum Rijeki. Miała więc rację Renata.

Nie mogę się powstrzymać i kupuje litrowe lody (1,65 EUR).

– Mam nadzieję, że zjesz połowę.

– Mam jeszcze kanapki, ale ci pomogę.

Siadamy na skwerze w pobliżu augustiańskiego kościoła pw. św. Jeronima (Crkva sv. Jeronima u Rijeci). Upał sprawia, że po chwili pudełko jest puste. Potrzebowałem tego!

Na głównym deptaku Korzo klimat jest bardziej turystyczny, mieszkańcy i turyści relaksują się spacerując, oglądając wystawy sklepowe lub słuchając popularnych hitów śpiewanych przez ulicznych muzyków. Tylko dlaczego one muszą być po angielsku?!

Generalnie powiem, że Rijeka mi się podoba. Nie jest oszałamiającym miastem, po prostu jest sympatyczna. Chaotyczna zabudowa poza starówką być może była nie do uniknięcia i nie wpływa zasadniczo na odbiór miasta. Chcemy jeszcze spojrzeć na zatokę i na miasto od strony portu. Ochłodziło się trochę, słońce zawisło nad horyzontem. Jest miło. Już przy zachodzie słońca docieramy do naszego, pożal się Boże, lokum. Kolacja i do spania. Jutro wstajemy bardzo wcześnie.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej