Tani przejazd | Czekam na słońce | Jak tu ładnie! | W oratorium i klasztorze | Na co wydać kasę? |Szwalnia z widokiem na morze | "Byliśmy w górach" | Mimo wszystko – wracam zadowolony
Około 4:00 zwijam swoje obozowisko. Znajomą już doskonale trasą wracam na dworzec autobusowy. Dziś jest znacznie cieplej, około 8 °C, łatwiej mi więc przeczekać czas do świtu.
O 6:00 otwierają dworzec autobusowy, mogę już wejść do środka i kupić bilety.
– Hello, poproszę bilet do… Citta... e…
– Citta Sant'Angelo – podpowiada kasjer.
– Yes. Return ticket.
– Come back?
– Yes, please.
– 2.80 euro.
Autobusy podmiejskie nie mają wyznaczonych stanowisk, a w każdym razie są nieoznakowane. Na szczęście w porę odkrywam, że mój autobus stoi w drugiej linii, na uboczu.
Podróż zajmuje około 50 minut choć to tylko 17 kilometrów. Początkowo jedziemy wzdłuż Adriatyku długą drogą prowadzącą przez Montesilvano – kolejne miasteczko na wybrzeżu (zapewne z tańszymi hotelami). Przekroczywszy rzekę Saline skręcamy w głąb lądu i, jadąc przez coraz bardziej górzystą okolicę, wjeżdżamy na 300-metrowe wzniesienie, na którym usytuowane jest Citta Sant'Angelo. To właśnie widok dziesiątków kamiennych domów wybudowanych na zboczu góry zachęcił mnie do tego wyjazdu.
Jest jeszcze przed 8:00, poranek jest ponury za sprawą gęstej pokrywy chmur. Przechodzę kilkaset metrów wzdłuż klifu oddzielającego starszą część miasta od nowej zabudowy położonej niżej i przysiadam na ławce przy Belvedere dei Fotografi. Roztacza się stąd fantastyczna panorama na Apeniny. Stojąc tu, można docenić walory Abruzji: w pół godziny można z wysokich gór dostać się na wybrzeże i po górskiej wycieczce wykąpać się w Adriatyku. Odległe o 30-50 kilometrów góry pokryte są częściowo śniegiem. Szczyty wznoszą się niemal na 3000 m n.p.m. Najwyższy z nich Corno Grande, co prawda, stąd niewidoczny osiąga 2912 m n.p.m. Widoczny po prawej grzbiet Monti della Laga położony jest już na styku Abruzji, Lacjum i Marche. Nieco na lewo ciągnie się łańcuch Gran Sassa ze szczytami Carno Grande , Monte Prena i Monte San Vito. Jeszcze dalej widoczne jest pasmo Cappucciata (1801 m n.p.m.). I w końcu, jeszcze bardziej na południe można dostrzec znajdujące się już przy granicy z regionem Molise góry Maronne i Majella (z kulminacją Monte Amaro, 2795 m n.p.m.). U ich podnóża ciągną się z północy na południe wzgórza pełne winnic i pól uprawnych zaopatrujące od czasów rzymskich ludność w znakomite wino i żywność. Być może, gdybym wydłużył pobyt we Włoszech, wybrałbym się w tamtym górskie okolice. To tam znajdują się parki narodowe (Parco nazionale del Gran Sasso e Monti della Laga i Parco Nazionale della Maiella) znane z bogatej flory i fauny (łącznie z wilkami i niedźwiedziami). Notabene, Apeniny zawsze wydawały mi się pasmem niskim (przynajmniej w porównaniu z Alpami) i chociaż z pewnością dla Włochów są w pewnym stopniu symbolem jedności narodowej, to traktowałem je zawsze po macoszemu. A przecież i tu spotkać można krajobrazy alpejskie zwłaszcza w regionie Gran Sassa a nawet (wprawdzie zanikający lodowiec Calderone).
XIX-wieczny włoski wieszcz, Giosuè Carducci w wierszu „Alle fonti del Clitumno” (Do źródeł Klitumno) tak opisywał te góry:
„Z gór Umbrii płynie jasna woda Klitumno,
co lśni pod cieniem białych topoli,
cicho szemrząc przez Apeninów zbocza,
tam, gdzie dawne duchy przeszłości mieszkają…”
To jeden z najbardziej poetyckich opisów środkowych Włoch, gdzie Apeniny stanowią tło dla refleksji nad pięknem ojczyzny i dziedzictwem rzymskim.
„Jak ci minęła noc?" – pyta w SMS-ie Renata.
Oddzwaniam. Zdaję relację z dnia wczorajszego i nocy.
– Czekam teraz na poprawę pogody, by zdjęcia były lepsze. Słońce ma wyjść zza chmur o 10:00 – mówię na koniec.
– No, to od tej pogody życzę. Trzymaj się, pa.
Już krótki spacer wzdłuż klifu (Str. Circonvallazione) pokazuje, że miasto będzie bardzo interesujące. Ponad mną wznoszą się mury miejskie, ściany pałacu (Palazzo Coppa) i innych zabudowań. Tu też jest kilka bram miejskich, między innymi Porta Sant’Egidio i Porta Casale. Systematycznie zaglądam na uliczki, fotografuję wszystko, co ciekawe. Domy są kamienne z łupanego wapienia lub ceglane. Wąskie cegły mają kolor ciemnożółty, pomarańczowy lub bordowy i wraz z mchami i roślinami wciskającymi się w szczeliny zmurszałej zaprawy tworzą atrakcyjne desenie.
Chociaż niektóre uliczki wyglądają na opustoszałe i mało kiedy przemknie przez nie jakiś przechodzień, to przecież miasto jest żywe, a średniowieczne domy wciąż zamieszkane. Na balkonach, Na parapetach okien, przy drzwiach lub wprost na chodniku rozstawione są donice i doniczki z najróżniejszymi kwitnącymi kwiatami i wieczne zielonymi roślinami. Te kwietniki dodają wiele uroku starej zabudowie i z przyjemnością spaceruję tymi zakamarkami. Nawet najmniejsze zaułki, wąskie na półtora metra uliczki są fotogeniczne i konsekwentnie zaglądam w każde miejsce. Jak przystało na wielowiekowe miasto (a miasto Świętego Anioła powstało prawdopodobnie już w czasach Pliniusza Starszego). W Citta Sant'Angelo znajduje się wiele kościołów i pałaców. Właśnie stoję przed kościołem św. Bernarda pochodzącym z XIV wieku. Wielokrotnie przebudowywany, dotrwał szczęśliwie do 2009 roku, kiedy to rejon nawiedziło trzęsienie ziemi. Kościół popadł w ruinę, obecnie jest remontowany. Parę kroków dalej znajduje się znacznie późniejszy kościół pod wezwaniem św. Salwatora (Zbawiciela) z białą, barokową fasadą z umieszczonymi we wnękach posągami dwóch świętych. Przed bramą stoi samochód z podnośnikiem, a kilku mężczyzn załadowuje wielką, szklaną gablotę. Muszą przecisnąć ją przez bramę i umieścić na pace samochodu. Zaglądam do środka i tu zaskoczenie, bo kościół został zamieniony w muzealną galerię, która, jak widać, jest w tym momencie również remontowana. W Museo Civico "Luigi Chiavetta" zgromadzono kolekcję artefaktów archeologicznych i etnograficznych. Po sąsiedzku wznosi się kolejna świątynia – kościół św. Augustyna (Chiesa di Sant'Agostino). Trudno mi powiedzieć, czy jest aktualnie użytkowany. W sumie w 14-tysięcznym mieście jest około 10 kościołów (co należałoby przeliczyć na 600(!) kościołów w Krakowie). Dalszy spacer odbywam wzdłuż Corso Vittorio Emanuele – głównej ulicy, skręcając co i rusz w lewo i w prawo w boczne uliczki. Na niektóre z nich można się dostać przez ciemne bramy, na innych, gdy spojrzy się do góry, widać po kilka mostków rozpierających sąsiadujące kamienice. Dość trudno mi wydobyć na zdjęciach urok tych miejsc, gdyż zaułki i wąskie uliczki toną w mroku mimo widocznego błękitu nieba w górze.
Idąc dalej, trafiam do kościoła pw. św. Franciszka (Chiesa di San Francesco). Jest częścią zespołu klasztornego, w którym od 1809 roku mieści się siedziba władz miejskich. Chociaż pudełkowata bryła kościoła z romańskimi łukami portali i blend sugeruje romanizm, to budowę datuje się dopiero na rok 1327. Z rąk bazylianów, klasztor przeszedł później na własność zakonu franciszkanów. Niezbyt dbali o swój majątek, skoro w 1571 roku trzeba było Bractwa Różańcowego, które odnowiło budynek wzbogacając świątynie o oratorium i boczne kaplice.
Już dwa kroki po wejściu do środka jestem pod wrażeniem. Zachwycam się mozaikami na podłodze (1845 r.), kamiennymi balustradami przy ołtarzach, ciemnymi obrazami na ścianach. Jest wśród nich „Madonna del Rosario i San Domenico”, dzieło Paolo De Cecco oraz „Madonna del Carmine z aniołami grającymi muzykę” autorstwa Tommaso Alessandrina. Jest tu kilka figur przedstawiających Świętego Jerzego pastwiącego się nad smokiem, świętego Franciszka z Dzieciątkiem, Matkę Boską, Chrystusa i innych. Nic nie zostało ze średniowiecznego wyglądu, gdyż po trzęsieniach ziemi w latach 1706 i 1730 wnętrze kościoła zostało przebudowane w stylu barokowym. Sam ołtarz jest może mniej ciekawy nie aż tak bogato wyposażony, ale również interesujący. Warto natomiast zajrzeć do oratorium ze sklepieniem pokrytym przez XVIII-wieczną artystkę Concettę De Angelis freskami. Tu, na ołtarzu znajduje się 15 owalnych obrazów przedstawiających „tajemnice różańca” przypisywane ojcu Angelo da Chieti (ok. 1781 r.).
Parę kroków dalej znajdują się zabudowania klasztorne. Zaglądam na otoczony podcieniami dziedziniec. Na jego ścianach umieszczono nowoczesne, metalowe płaskorzeźby przedstawiające zwierzęta morskie. Obecnie, jak wspomniałem, znajdują tu się miejskie urzędy, a na sąsiednim podwórku funkcjonuje teatr (Teatro Comunale di Città Sant'Angelo). Zaglądam jeszcze na kolejne podwórze rzeźbą w niewielkim ogródku, tu znajdują się pomieszczenia gospodarcze, i powracam na główną ulicę.
Wkrótce dochodzę do kolejnego kościoła. Wybudowany w stylu romańskim, od strony ulicy ma ciąg podcieni rozdzielonych portalem. Z wnętrza Collegiata di San Michele Arcangelo rozbrzmiewa muzyka organowa i śpiew. Z ciekawością wchodzę do środka. Jak się okazuje, na organach gra i jednocześnie śpiewa starsza kobieta. Jej muzyka i śpiew towarzyszy mi podczas zwiedzania kościoła, stanowiąc miły i jakże pasujący podkład. A wnętrza są doprawdy wspaniałe. Kilka barokowych ołtarzy ze spiralnymi złoconymi kolumnami i roślinnymi ornamentami błyszczących w promieniach słonecznych zachwyca. Pośrodku ołtarzy znajdują się wielkie malowidła lub Chrystusa i figury świętych. Całości dopełniają liczne rzeźbione głowy aniołów i anielic. Te boczne ołtarze sprawiają wrażenie przepychu i musiały olśniewać lub wręcz porażać wiernych, którzy tu przybywali na mszę w XVII wieku, a jednocześnie do dzisiaj świadczą o potędze kościoła i zamożności kościoła. A zapewne i o hojności miejscowych władców i wielmoży. Takie wspaniałe świątynie każdy z nas widział setki, a może i tysiące razy. Z zachwytem oglądałem złocone ołtarze i rzeźbione marmurowe fasady kościołów w Meksyku, w Peru, w Hiszpanii, we Włoszech i we Francji. Zawsze w takich chwilach zastanawiam się nad tym, jak dużo pieniędzy inwestowano w niektóre kościoły. Myślę wówczas o losie tych wszystkich, których ciężka praca przyczyniła się do powstania tych wspaniałości. I zastanawiam się, czy nie można było tych funduszy przeznaczyć na inne „mniej zbożne” cele. Może nie na domy kultury i ośrodki zdrowia (choć przecież już starożytni Rzymianie budowali teatry i szpitale), ale choćby na drogi, wodociągi i studnie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to dzięki tym "egoistycznym" działaniom dziś możemy zachwycać się zachowanymi zabytkami i zapewne ma rację.
Zwiedzam kościół dalej. Znajdują się tu dwie szopki. Jedna z nich jest perfekcyjnie wykonana przez jakiegoś artystę. Filigranowe, świetnie odtworzone postacie rodziny Chrystusa, trzech króli i reszta żłobkowej scenerii są zachwycające. Natomiast w bocznej, dość zniszczonej kaplicy znajduje się szopka w wersji "szkolnej". Uśmiecham się do niej. Dobrze, że dano możliwość wykazania się dzieciom i młodzieży. Nie wiem dokładnie, jak wygląda kwestia religijności dzieci i młodzieży. Według statystyk w niedzielnych mszach uczestniczy około 33% dzieci w wieku 10-13 lat, ale odsetek spada do 16% w wieku od 14-17 lat i 10% w wieku od 18-19 lat. I chociaż 75% dzieci obecnie jest chrzczonych, to tylko 13% uczestniczących później w religijnych aktywnościach jest motywowanych wiarą.
Kontynuuję spacer po mieście. Chociaż uliczki są zasadniczo podobne do siebie, wciąż odczuwam przyjemność z ich oglądania i chodzę po nich bez nadmiernego znudzenia. Miasto ma jednak swoje granice, zaglądam jeszcze do Belvedere De Cecco, by przez chwilę podelektować się panoramą gór, dochodzę do widokowego placu przed restauracją „Belvedere”. Widać stąd odległy o sześć kilometrów Adriatyk. Tu już właściwie kończy się stare miasto. Podchodzę pod pomnik „Monumento ai caduti”, mijam budynek szpitala (ASL Pescara) i rozkładam się na ławce w parku miejskim. Suszę śpiwór w promieniach słońca i zjadam drugie śniadanie. Zbliża się południe, o 12:00 odjeżdża autobus do Pescary.
O 13:00 jestem z powrotem w centrum. Mój samolot odlatuje o 23:30, mam jeszcze bardzo dużo czasu i teoretycznie mógłbym się wybrać jeszcze gdzieś poza miasto, na przykład do kolejnej wioski na wzgórzu. Jestem jednak zwyczajnie zmęczony chodzeniem, a przede wszystkim nieprzespanymi dwiema nocami. Postanawiam chwilę odpocząć na plaży, a potem przejść w stronę mostu o interesującej konstrukcji. Plaże w Pescarze są w opinii niektórych jedynym atutem tego miasta. Z tego, co później doczytałem, dzielą się na płatne i bezpłatne, lecz w tym momencie nie ma to dla mnie znaczenia*/. Jest jeszcze przed sezonem, woda w Adriatyku jest zbyt zimna, by się kąpać. Na plaży spotykam więc nielicznych spacerowiczów. Rozkładam się na piasku i mając perspektywę spędzenia czasu "wśród ludzi" to jest na lotnisku, postanawiam zeszyć rozprute spodnie. Nie wiem, jak to się dzieje, ale spodnie na moich wyjazdach ulegają uszkodzeniom dość często. Z uśmiechem wspominam swoją „przygodę” w wąwozie Torres de Pareis na Majorce oraz nieco mniej dramatyczną sytuacją na czarnomorskim wybrzeżu w Bułgarii. Tym razem mam i nici, i igłę, i czas. Spokojnie więc zszywam szew, który puścił.
W drodze do wspomnianego mostu wstępuję po coś do picia (Sì con Te Superstore). Wychodzę na nabrzeże rzeki Pescara. Widać stąd imponujący łuk zbudowanego w 2008 roku mostu. Ponte del Mare ma długość 466 metrów i jest przeznaczony dla pieszych i rowerzystów. Mnie jednak bardziej interesuje most drogowy, przez który przejeżdżałem wczoraj w drodze do Campobasso i którego pylon tak wybija się ponad zabudowa miasta. Czeka mnie więc dłuższy spacer wzdłuż rzeki. Mijam znajomy już budynek Palazzo di Città e Torre dell'Orologio i kolejne mosty (w sumie na odcinku 5 kilometrów w mieście jest 9 mostów). W końcu staję przy moście Ennio Flaiano. Został zbudowany w 2017 roku kosztem 13 milionów euro. Jego pochylony 58-metrowy pylon ma kształt greckiej litery χ, a w jego górnej części umieszczono 21 wielkich paneli słonecznych. Patrząc na ten piękny most i wspominając inne niezwykłe mosty takie jak Most Pokoju (მშვიდობის ხიდი) na Kurze w Tbilisi, The Helix Bridge w Marina Bay (Singapur) czy choćby Ponte Dom Luís I nad Duero w Porto, znów sobie myślę, że być architektem i móc realizować swe wizje, to fajna sprawa.
Uznaję Pescarę za zwiedzoną. Przede mną 5-kilometrowy spacer na lotnisko. Jest już całkiem ciepło, może 20 °C, idę więc niespiesznie, odpoczywając w cieniu. Na lotnisku mogę w końcu się umyć i przebrać. Przepłukują koszulkę i suszę ją potem na słońcu. Godziny powoli mijają, czas spędzam na ławce przed halą odlotów.
Zbliża się wieczór, przenoszę się do terminalu. Z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że dziś odlecą stąd zaledwie dwa samoloty: do Bukaresztu i do Krakowa. Wygląda na to, że lotnisko w Pescarze ma drugorzędne znaczenie. I to by się potwierdzało, gdy weźmie się pod uwagę liczne autobusy zabierające stąd pasażerów na lotnisko w Rzymie odległe o dwie i pół godziny jazdy.
Godziny leniwie przelatują, nudzę się. Rumunii i Włosi udali się już do swego samolotu, pozostała głównie mieszanka włosko-polska. W pobliżu siedzi Polska para.
– Hej! Długo tu byliście w Pescarze? – pytam dwudziestokilkulatka.
– Kilka dni, od wtorku.
– To tak, jak ja. I co widzieliście?
– Byliśmy w górach na trekkingu.
– Wow, to brzmi fantastycznie. Był śnieg? Chodziliście po śniegu?
– No, nie. Chodziliśmy do 1000 metrów, śnieg był powyżej.
– Są tam jakieś schroniska, szlaki?
– Zasadniczo chodziliśmy wzdłuż szlaków rowerowych, których jest tam wiele. A schronisk to raczej nie ma. Spaliśmy w miejscowości pod górami – chłopak wymienia nazwę i dodaje: Bardzo się nam tam podobało. Było tak, jak w Wenecji.
– Jak w Wenecji? Dlaczego? Tyle pałaców?
– No, nie. Ale takie wąskie uliczki...
– Aha, rozumiem.
– A pan gdzie był?
– Ja zrobiłem sobie wczoraj wycieczkę do Campobasso, a stamtąd do niewielkiej miejscowości w pobliżu. Na piechotę. Wiecie: tu jest wiele takich miejscowości położonych na szczytach wzgórz i wzniesień, zupełnie jak w Grecji. Tyle, że tam domy często są wytynkowane i pomalowane na biało, a tu kamienne lub ceglane.
– Tak, są bardzo ładne…
– Chociaż najwygodniej byłoby je odwiedzać samochodem, bo korzystając z komunikacji publicznej jest to trudniejsze – zwracam uwagę.
– Ale się da. My w góry jechaliśmy pociągiem i nie było problemów.
– No, tak. Dzisiaj byłem w Citta Sant'Angelo i również dojazd był bezproblemowy i tani: 1.40 euro w jedną stronę. A samo miasto również bardzo ładne, położone na zboczu góry.
Rozmawiamy przez dłuższą chwilę o sprzęcie turystycznym, później o podróżowaniu. Zdają się być na początku podróżniczej „kariery” aczkolwiek ich górskie wyprawy są godne odnotowania. Zazdroszczę im, ze mają przed sobą tyle czasu na poznawanie świata. Na wszelki wypadek udzielam im kilku rad 😉.
Powrót do Krakowa odbywa się bez przygód. Kończę swój krótki wyjazd. Jestem jak zwykle zadowolony. Zobaczyłem kolejny kawałek Europy, odwiedziłem dwa włoskie regiony. Zauroczyły mnie średniowieczne miasteczka: Ripalimosani i Citta Sant'Angelo. Był to kolejny czwarty już chyba wypad do Włoch. Te krótkie wyjazdy pozwoliły mi dotrzeć do regionów wcześniej mi nieznanych: Marche, Apulii i Basilicaty, Lombardii i Piemontu. A teraz – Abruzji i Molise. Tym razem koszt wypadu zamknął się kwotą 220 złotych. Zimne noce w moim „hotelu” były wynikiem anomalii pogodowej i raczej nie zniechęciły mnie do mojego stylu podróżowania. Do Włoch muszę jeszcze wrócić w rejon Bolzano i Trento. Póki co, za trzy tygodnie wyjazd do Bośni i Hercegowiny.
_________________________________
*/ Po powrocie z przerażeniem oglądałem satelitarne mapy Google pokazujące tysiące rozłożonych parasoli i leżaków na plaży w Pescarze.