Do trzech razy sztuka | Na początek rzymski teatr | Kościoły i place... | Moguncka perła i Gutenberg | Jeszcze więcej pomników | Pierwsze wrażenie z Frankfurtu
To jest moje chyba trzecie podejście do wizyty we Frankfurcie. Jest jednym z ostatnich miast dużych miast niemieckich, którego nie widziałem. Odwiedziłem Berlin (3,275,000 mieszkańców), Hamburg (1,686,100 mieszkańców), Monachium (1,185,400 mieszkańców), Kolonię (965,300 mieszkańców), Dortmund (587,600 mieszkańców), Düsseldorf (568,900 mieszkańców) i Bremę (527,900 mieszkańców). Z mniejszych – widziałem Kassel, Drezno, Lubekę, Kilonię, Marburg, Norymbergę, Ulm, Ratyzbonę i wiele innych miasteczek. Generalnie lubię zwiedzać niemieckie miasta, wiele z nich jest architektonicznymi perełkami, inne mają wspaniałe muzea lub inne atrakcje. O mało co nie odwiedziłem Frankfurtu podczas powrotu z Indii trzy lata temu i z Indonezji rok temu. Zresztą wtedy było bardzo mało czasu.
Od kilku lat jest bezpośrednie połączenie Ryanairem z Frankfurtem. Nie składało się mi czasowo ani też nie traktowałem Frankfurtu priorytetowo. Położenie Frankfurtu w pobliżu kilku miast: Koblencji, Wormacji i Moguncji sprawiło, że wypad do Frankfurtu mogłem połączyć z odwiedzeniem kilku innych miast. Mam jakąś dziwną sympatię czy słabość do miast, które od wieków mają polskie egzonimy. Są to często miasto średniowieczne lub wręcz lokowane w starożytności. W Niemczech takich "polskich" miast było już kilka: Kolonia, Norymberga, Ratyzbona, Trewir oraz Akwizgran, z dotarcia, do którego bardzo się ucieszyłem. Teraz zaplanowałem wizyty w Mainz, czyli Moguncji, Worms, czyli Wormacji i Koblenz, czyli Koblencji.
Mój wyjazd jest czterodniowy, a bazą będzie Frankfurt. Tu zarezerwowałem noclegi w hostelu A&O, a poruszać się będę chciał FlixBusem, a częściowo kolejami niemieckimi. Na autostop nie nastawiam się ze względu na chłodną porę roku i ostatnie, nie najlepsze doświadczenia.
Z Krakowa wylatuję o 9:50 i półtorej godziny później jestem na miejscu. Frankfurt International Airport odwiedzam je po raz czwarty. To jeden z największych portów lotniczych na świecie i to daje się odczuć na każdym kroku. Kilkadziesiąt stanowisk z rękawami dla samolotów, półtora tysiąca odprawianych i przyjmowanych samolotów dziennie. Lotnisko jest dobrze skomunikowane z Frankfurtem i innymi miastami. Na stację kolejową można się dostać bezpośrednio korytarzami z hali przylotów. Ponieważ jest dość wczesna pora, nie ma jeszcze południa, postanawiam od razu podjechać do Moguncji. Tak będzie korzystnie zarówno czasowo jak i finansowo. Kupuję bilet strefowy za parę euro i niecałe pół godziny godzinę później wysiadam na pierwszej stacji w mieście – Mainz Römisches Theater.
Tu, obok zabytkowego dworca, znajdują się ruiny starożytnego rzymskiego teatru (Ausgrabungsstätte Römisches Theater). Niewielki amfiteatr oraz tunel prowadzący do środka zostały wykonane z betonu (opus caementicium) i obłożone podwójnym murem z cegieł. Ponieważ w owych czasach żołdacy z legionów rzymskich pomiędzy wojnami nie mieli co robić, to zajmowali się wytwarzaniem cegieł. W wojsku porządek musi być, więc cegły zostały oznaczone gmerkami. Pozwoliło to na datowanie budowli na 310 rok naszej ery. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego, amfiteatr posłużył jako darmowy market budowlany dla wzniesionego opodal barokowego bastionu Albanii w końca XVII wieku.
Historia lubi się jednak powtarzać, więc i z owego bastionu dziś też niewiele pozostało. W lepszym stanie zachowały się natomiast mury cytadeli zbudowanej na planie czworokąta z czterema bastionami wokół (Bastion Zitadelle auf dem Jakobsberg). Zewnętrzne mury, obok których przechodzę, mają około 9 metrów wysokości, twierdza więc radziła sobie podczas oblężeń. Wchodzę przez bramę na teren cytadeli – znajduje się tu muzeum z salami wystawowymi. Zaglądam nawet do środka, jednakże wstęp okazuje się płatny, wycofuję się rakiem. Być może w lecie przyjemnie jest pospacerować po alejkach wokół cytadeli lub na jej terenie, jednak teraz, w listopadowe popołudnie, miejsce to wydaje się być ponure i odpychające. Zapuszczam się jeszcze między mury obronne, penetruję ciągnące się wokół nich fosy, odchodzę pod jedną z kilku okrągłych wież. Uznaję, że twierdza jest odfajkowana, wychodzę na zewnątrz przez łamany korytarz w bramie i ruszam w kierunku starówki.
Nie wiem dlaczego, ale moje zwiedzanie miast często prowadzi od kościoła do kościoła. Często te kościoły są podobne do siebie, więc nie wiem, na co szczególnego liczę. Tak czy owak, zaglądam do kościoła pod wezwaniem św. Augustyna (Augustinerkirche) z 1771 r. Trwa akurat msza, to zwalnia mnie z przymusu obejścia nawy wokół. Konstatuję jedynie, że wystrój jest barokowy z bogato ozdobionym, malowanym sufitem, rokokowym ołtarzem i robiącymi wrażenie organami nade mną. Fasada kościoła jest również interesująca, ozdobiona grupą figur przedstawiających koronację Maryi i świętego Augustyna z Hippony ze swą matką – św. Moniką.
Do starszej części Moguncji zostało już tylko parę kroków. Niestety pogoda się psuje, zaczyna nawet mżyć. Ulica Augustiańska, którą idę, ma zabudowę mieszaną: obok klasycystycznych kamienic widoczne są współczesne plomby. Znacznie ciekawsze wydają się kolejne ulice zabudowane kamienicami z muru pruskiego. Gdy jednak podchodzę bliżej widzę okropne oszustwo: drewniane belki tworzące konstrukcje domu są... namalowane brązową farbą. To oburzające! Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że domy zostały odtworzone po wojnie z pustaków i betonu, a tynk, dla uproszczenia, pomalowany farbą. Budynki często ozdobione są w narożnikach interesującymi spiralnymi kolumnami, a na fasadach – figurami Matki Boskiej i innych świętych, ale to i tak nie zmienia mojej dezaprobaty dla takiego malowania ścian.
Przystaję na trójkątnym placu Leichhof. Tu otwiera się widok na ceglaną katedrę (Dom St. Martin) a dokładniej – jej wieżę. Reszta kościoła jest niewidoczna. Zanim do niej podejdę, przyglądam się ustawionej pośrodku placu współczesnej fontannie "Fünf Figuren aus der Mainzer Geschichte" (1982 r.). Rzeźba symbolizuje ponoć różne okresy z historii miasta, a także różne klasy społeczeństwa, reprezentowane przez patrycjusza, rzymskiego legionistę, księgarza, dostojnika kościelnego i architekta. Znajduję się teraz na Marktplatz. Chociaż rynek jest stary, większość średniowiecznych i renesansowych kamienic uległa zniszczeniu. Te odbudowane po wojnie w nowoczesnym stylu psują klimat tego miejsca. Przed jednym ze starszych budynków stoi pomnik „apostoła Germanów”, czyli św. Bonifacego Winfrida (675-754), misjonarza z Anglii. Tak się zastanawiam, czy większe są jego zasługi w zakresie organizacji kościoła katolickiego (za co został arcybiskupem Germanii), czy też wynalazek choinki na święta Bożego Narodzenia?
Na tym samym placu znajduje się interesująca studnia miejska z renesansowymi rzeźbami a nieco dalej, już na Liebfrauenplatz dochodzę do Nagelsäule. To pokryta płaskorzeźbami 7-metrowa kolumna ustawiona w 1916 roku podczas akcji zbierania funduszy na wydatki wojenne. W drewnianą kolumną każdy darczyńca mógł wbić gwóźdź kosztujący go co najmniej 50 fenigów. To właśnie główki tych gwoździ tworzą wspomniane niezwykłe płaskorzeźby.
Czas na Katedrę Świętych Marcina i Szczepana (Der Hohe Dom zu Mainz), siedzibę arcybiskupstwa. To prawdziwa perła architektury w tym mieście. Szczęście w nieszczęściu, że starczało pieniędzy zbieranych od wiernych na odbudowę świątyni po każdym z licznych pożarów. W miarę jak kościół katolicki rósł w siłę na tych ziemiach, sponsorzy przebudowywali i rozbudowywali katedrę. Zdziwiłby się arcybiskup Willigis, który konsekrował świątynię w 976 roku na widok współczesnej katedry. Trudno odnaleźć pierwotny styl romański, dodano transept i boczne nawy, kolejny chór, a całość wzbogacono o sześć wież, z których najwyższa mierzy 86 metrów wysokości.
Wchodzę do środka. Wewnątrz pusto i ciemno, a mrok potęgowany jest przez zapadający wieczór. Nawa główna wydaje się większa niż w rzeczywistości, jest prawie pusta i bez ozdób. Jedynie wysoko, tuż pod rzędem stosunkowo małych okien widać freski z kolorowymi scenami biblijnymi. Ołtarz w tym wielkim wnętrzu sprawia wrażenie przesadnie małego i skromnego. W nawach bocznych jest ciekawiej: znajduję tu niewielkie gotyckie ołtarze, będące jakby miniaturką ołtarza Wita Stwosza w Kościele Mariackim w Krakowie. Po drugiej stronie, dla odmiany, bogato zdobiony ołtarz barokowy. Na wielu masywnych kolumnach umieszczono płaskorzeźby z biskupami, papieżami i świętymi. Każda z nich warta jest zatrzymania się na chwilę. W chórze na ścianach znajduje się sporo pięknych płyt nagrobnych z epitafiami. Stoi tu również duża romańska chrzcielnica. Zaglądam do bocznych naw, długich krużganków z korytarzami ze sklepieniem krzyżowym. Wszystko wydaje się atrakcyjne, szkoda tylko, że nie zwiedzam katedry w ciągu słonecznego dnia.
Tuż obok znajduje się okrągły budynek miejscowej filharmonii (Philharmonisches Staatsorchester Mainz). Podobnie jak katedra wykonany jest z czerwonego piaskowca. Szczerze mówiąc ten budulec nie jest moim ulubiony. Wolę bardziej biały wapień, jest bardziej fotogeniczny. A skoro już jestem na placu Gutenberga, to się rozglądam za jakąś pamiątką po wynalazcy druku w Europie. Jest! Statua Johannesa Gutenberga (Gutenberg-Denkmal) stoi naprzeciw filharmonii przed MaDonaldem – trudno, by jej zabrakło w miejscu urodzenia tego niemieckiego rzemieślnika.
Chociaż Gutenbergowi bez wątpienia należy się hołd, to warto przecież pamiętać, że pierwsze drukowane teksty powstały w ruchome czcionki powstały w Gyeong-ju (Korei). To tam w świątyni Bulguksa, którą odwiedziłem w 2015 roku odnaleziono zadrukowany zwój z zaklęciami datowany na 705 r. n.e. Ruchome czcionki (z gliny) to de facto wynalazek z Chin dokonany przez kowala Bi Shenga (1041 r. n.e.). Do Europy drewniane czcionki wędrowały przez Xinjiang i Persję, ale bez wątpienia Gutenberg był pierwszym, który wprowadził metalowe czcionki i wynalazł maszynę do ich odlewania.
Na Schillerplatz staję przed reprezentacyjnym budynkiem Bassenheimer Hof. Należał kiedyś do rodziny Waldbott von Bassenheim, o czym zaświadcza herb z koziołkiem. Obecnie pałac zajęty jest przez krajowego ministra spraw wewnętrznych i sportu. Naprzeciw trafiam na sympatyczną rzeźbę przedstawiającą pajaca czy też błazna (Bajazz mit der Laterne von der Mainzer Künstlerin). W ręku trzyma latarnię, w drugiej marottę – błazeńskie berło*/. Rzeźba przypomina o odbywającym się co rok w Moguncji karnawale. Na tym samym placu jest jeszcze jedna atrakcja. Fastnachtsbrunnen to złożona z ponad 200 niezwykłych rzeźb fontanna również poświęcona świątecznemu okresowi karnawału.
Ruszam dalej w kierunku Osteiner Hof. W pewnym momencie zatrzymuję się i zawracam. Gumowe chodniki, których użyto tu do przykrycia kabli elektrycznych, wyglądają znajomo. Są wykonane z gumy z dodatkiem kolorowych odpadów. Kilka lat temu pracowałem nad wykorzystaniem odpadów przemysłowych w wyrobach gumowych. Czy w Niemczech opracowano podobną technologię? Czy nasz pomysł był twórczy czy odtwórczy? Teraz do tego nie dojdę, byłem zaangażowany w końcowej fazie projektu. Potem przy Gaustraße trafiam na rzeźbę zwaną Fischweiberbrunnen. Moguncka syrenka, inaczej niż warszawska, ma dwa ogony. Jest również bardziej pokojowo nastawiona do świata: miast miecza i tarczy, trzyma w dłoniach dwie ryby. Chociaż… kto wie? Może za chwile je pożre? Rzeźbę wykonała Elsa Montag w 1943 roku, w samym środku II wojny światowej.
Pozostał mi jeszcze do odwiedzenia Kościół św. Szczepana (St. Stephan). Jest trochę podobny do katedry, ale mniej interesujący. Również pusty, zimny i mroczny. Zahaczam jeszcze raz o Schillerplatz, gdzie „odkrywam” przeoczony wcześniej pomnik Schillera (Schiller-Denkmal). Jest 20:00, czas kończyć zwiedzanie Moguncji i przejechać do Frankfurtu. Dłuższą chwilę studiuję rozkłady jazdy, by wybrać korzystne cenowo połączenie. Wracam na jednym bilecie z przesiadką na lotnisku.
Bahnhof Frankfurt am Main, na którym wysiadam, jest prawdziwym gigantem. Obsługuje dziennie 350 tysięcy pasażerów. Jest już późno, dziś nie zdążę przyjrzeć się neoklasycystycznemu budynkowi. Mój hostel oddalony jest o dwa kilometry, tę drogę będą pokonywać wielokrotnie. Szybkim krokiem przechodzę przez spowite mrokiem ulice wokół dworca, odnotowując grupy imigrantów. Hostel A&O jest położony przy Mainzer Landstraße, jednej z arterii komunikacyjnych miasta. Budynek, a właściwie kompleks złożony z kilku budynków w którym się mieści ma dziesiątki, jeśli nie setkę pokoi dwu- i więcej osobowych. Śpię w czwórce zajętej w tym momencie przez jakiegoś Serba czy Chorwata. Pozostałe dwa łóżka piętrowe są już zajęte przez inne, nieobecne w tym momencie osoby.
„Czas na kolację” – myślę sobie i zjeżdżam do kuchni zlokalizowanej na najniższym poziomie. I tu zonk! Z powodu covida jadalnia i kuchnia są zamknięta. Szlag mnie trafia, bo na Booking.com była informacja o dostępie do tych miejsc. Wiedząc o tym, nie wziąłem ze sobą grzałki. Wyjątkowo! Na razie wyrażam umiarkowane pretensje w recepcji i w barze dostaję wrzątek z ekspresu. Spokojnie wypijam kawę, robię sobie chińską zupkę i zjadam zapas kanapek.
W nocy się męczę. Śpię, co prawda w swoim śpiworze, ale materac, na którym leżę zalatuje potem, moczem i spermą. Dodatkowo facet z parteru przeraźliwie chrapie przez całą noc. Coś z tym będę musiał zrobić.
_______________________________________
*/ Leżącą na dywanie marottę można zobaczyć na obrazie Matejki pt. „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska”.