Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Tej części relacji jeszcze nie ma.
[Tu brakuje początku dnia]
– wyjazd do Beteddine
– opis pałacu, spotkanie z młodzieżą, dziedziniec, sale.
a nawet ze swym kumplem Blixem założył Syrian Protestant College (dziś Uniwersytet Amerykański w Bejrucie)
Koniec zwiedzania pałacu Beiteddine. Muszę przyznać, że zostałem miło rozczarowany – pierwsze wrażenie nie były zbyt zachęcające. Teraz kierunek Kasr Moussa. Okazuje się, że do Baitedine podjechałem z innej, niż opisywanej w przewodniku Pascala, strony. Oddalam się kilkadziesiąt metrów poza ścisłe centrum i widzę drogę, którą biegnącą na tej samej wysokości po drugiej stronie doliny na przeciwległym zboczu. Na wprost mnie znajduje się Kasr Moussa, niewielki pałacyk ze ścianami zdobionymi reliefami. To jakieś 2 – 3 km po asfalcie, będę tam za pół godziny, myślę sobie. A jednak, po dwóch minutach siedzę już w samochodzie.
– Where are you from? – młody mężczyzna zaczyna standardową rozmowę.
Szybciutko przedstawiam się i streszczam swoje libańskie wojaże.
– Czy Kasr Moussa jest interesujący? – pytam na wszelki wypadek.
– O tak, bardzo.
– Jutro jadę do doliny Kadisza – mówię – i może spróbuję wejść ten najwyższy szczyt Qurnat as-Sawda...
– Nigdy tam nie wchodziłem.
Ciągle pracuje, zapewne. I bardzo dobrze: jednego cieszy praca, innego góry ;-). Zajeżdżamy z fasonem pod muzeum, dziękuję za podwózkę i żegnam się z chłopakiem. Na początek rozpoznaję teren. Niestety, nie ma za bardzo dostępu do pałacu z drugiej strony. Pokornie wracam więc do kasy i zaglądam do środka.
– Bilet 10 000 – mówi jeden z trzech nudzących się sprzedawców.
Chyba nie zdecyduję się wejść. W ciemnej sali dostrzegam kilka postaci wykonanych chyba z wosku. W głębi jakieś sprzęty walają się na podłodze. Przyglądam się z zaciekawieniem. "Ależ graciarnia!", myślę sobie.
– Mamy cztery kondygnacje do zwiedzania – mówi facet.
No, jeśli wyglądają podobnie, to dziękuję. Wychodzę. Nigdy nie lubiłem takich ekspozycji. Raz dałem się namówić na muzeum figur woskowych Madame Tissout w Amsterdamie, wystarczy. Idę w stronę Deis al Qamar, to jakieś cztery kilometry stąd. Po lewej stronie mam zieloną dolinę pełną winnic, gajów oliwnych i czegoś tam jeszcze. Wzdłuż drogi rosną drzewa o szeleszczących wydłużonych na wietrze liściach. Po roztarciu w dłoni wydzielają intensywny aromat. Ciekawe, co to za gatunek...? Na niebie ani jednej chmurki. Popołudniowy skwar mi nie przeszkadza. Idzie się lekko i radośnie. Delikatna bryza owiewa mi twarz, wdycham sosnowe olejki, którymi przesycone jest powietrze. Słucham nieprzerwanej muzyki cykad i nawet nie zależy mi na łapaniu stopa. Kilometry szybko mijają i oto już Deis al Qamar. Budynki pałacu po prawej, kościół po lewej a muzeum po środku. To pierwsze odpuszczam, wchodzę do karawanseraju. Wewnątrz znajduje się centrum kultury. Schodkami wychodzę na dach, stąd rozpościera się panorama miasta. W pobliskim kościele pustki. Kaplica z ciekawymi lampami i maronickim Pismem Świętym. Obok w budynku z balkonikami znajduje się sklep z pamiątkami. Może bym coś wybrał, ale nie potrafią się zdecydować.
[Tu brakuje opisu powrotu do Bejrutu]
Moim głównym celem na jutro będzie dolina Wadi Kadish zwana również Świętą Doliną z racji wczesnego "zagospodarowania" przez chrześcijan. Dolina jest czymś wyjątkowym w Libanie. Pamiętamy film "Bestia" o Afganistanie, w którym zachwycaliśmy się surowymi krajobrazami. Tamte wąwozy i doliny były pustynne, pozbawione zieleni. Inaczej jest z Doliną Kadisz – tu jest mnóstwo zieleni, wilgotny klimat. A największą jej atrakcją są liczne kościoły i klasztory, głównie maronickie. Francuz, który mieszka w hotelu Talal's stwierdził, że nigdy nie widział tak pięknego miejsca w swoim (krótkim bądź co bądź) życiu. Muszę to sprawdzić!