Dzień: [1-2] [3-4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26-27-28]


Przysłowie syryjskie

Damaszek-Crac de Chevaliers-Tartus

niedziela, 23 VII 2000


Pośpiech | Zamek Krzyżowców: Beata gubi się | Swojskie widoki


Syria

Wyjazd jak zawsze upływa pod znakiem nerwów (moich) i luzu (Darek i Andrzej). Główny cel dnia to Crac de Chevaliers - zamek krzyżowców. Musimy najpierw dostać się do Homs. Niestety nie jest mi dane podziwianie niezwykłej atmosfery "mojego" dworca w Homs, lądujemy na innym, mniejszym, gdzie umawiamy się z kierowcą busa na transport pod zamek i dalej do Tartus. Nie podoba mi się to, gdyż oznacza to kolejne przyspieszenie planu - wypada jeden z noclegów - właśnie w zamku. Argumenty za takim rozwiązaniem - to jak zwykle mniejszy koszt i łatwość połączenia Crac - Tartus. To prawda, lecz oznacza również, że program trampingu został wzięty z sufitu, był niedopracowany. Crac de Chevaliers

Z odległości kilku kilometrów dostrzegamy na górze zamek. Jest zbyt daleko, by mógł już zrobić na nas wrażenie. Serpentynami wjeżdżamy do miasteczka. Widok, w miarę wznoszenia, zapiera coraz bardziej dech w piersi. To już nie surowa, sucha Syria. Są tu pola uprawne, kępy drzew, wsie porozrzucane wśród wzgórz i urwisk. Zajeżdżamy pod zamek. Jak tam się tanio dostać? Beata tłumaczy kasjerowi, że kupuje bilet dla męża (na ISICa Darka), ja wchodzę na ISICa Mateusza, Jarek i Andrzej wchodzą za pełne 300 SP. Szybko pozbywamy się tubylca oferującego swe usługi przewodnickie i zwiedzamy sami. Długie, dobrze zachowane kamienne korytarze i lochy dają przedsmak tego, co zobaczymy dalej. Mijamy malowniczą fosę i przechadzamy się wewnątrz i wzdłuż murów obronnych. Zwiedzamy sale, wewnętrzne kaplice, dziedzińce, zaglądamy do rycerskich wychodków. Podziwiam romańsko-gotyckie portale i sklepienia. Czas na herbatkę. Siadamy na dachu baszty, z której roztacza się widok aż po ośnieżony Liban na horyzoncie. Gotuję dla wszystkich a Beata z Andrzejem tłumaczą opis miejsca z Lonely Planet. Schodzę do busa jako pierwszy - mieliśmy tylko 1.5 h - kierowca czeka! Mam poczucie niedosytu - nie posmakowałem tego miejsca, nie zajrzałem do wszystkich zakamarków. Brakuje jeszcze Beaty - kierowca się niecierpliwi, mruczy o podniesieniu ceny za przejazd. Podczas gdy ja przeszukuję zamek, Beata się odnajduje. Podobno została zwabiona przez Araba do "secret passage" i tam podszczypywana.
Crac de ChevaliersCrac de Chevaliers

Stopniowo zbliżamy się do Tartus. Kierowca odmawia wjazdu do centrum i wysadza nas na skraju miasta. Szukamy hotelu Kleopatra. Wytargowana cena 5$ (z 10 $) za osobę w pokoju 3-osobowym i tak wydaje mi się duża. Wieczorem idę z Beatą na plażę i zwiedzanie miasta. Reszta akurat wróciła ze spaceru i odpoczywa w hotelu. Morze Śródziemne - kilka ulic stąd przypomina mi - nie wiedzieć czemu - Bałtyk. Gruby piasek, zaśmiecona plaża, nocna sceneria z Syryjczykami snującymi się po deptaku. Rzadkością są tu kobiety ubrane na czarno, spotyka się często ładne dziewczęta ubrane po europejsku, wielu mężczyzn nosi dżinsy
Zaproponowana przez Beatę kawa zamienia się w dinner za 5 $. To już drugie a zarazem ostatnie "szaleństwo" jedzeniowe na Bliskim Wschodzie. Dostajemy chickena z frytkami, sałatkę, pieczarki, placki, herbatę. Wracamy wyludnionymi ulicami około północy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej