Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
W drodze do Sajdy | Medina budzi się do życia | Uroczy pałac | | |
Klima wymroziła mnie nieźle. Przed 7:00 wstaję i robię sobie kawę. Golę dwudniowy zarost; postanawiam, że jednak nie będę zapuszczał brody. Pod wiaduktem przy hotelu wsiadam do minivana i podjeżdżam na Burdir. Nie ma bezpośredniego połączenia z dworcem przy Cola Intersection. Aby tam się dostać trzeba przejść z półtora kilometra. Tu bez problemu odnajduje bus do Sajdy (do Tyru jeżdżą chyba dużo rzadziej) i ruszamy. Kierowcy busów ścigają się na tej trasie – konkurencja jest znaczna, więc kto pierwszy ten lepszy. Trwa walka o klienta stojącego przy drodze. Kierowcy sygnalizują klaksonem, gdy zbliżają się do potencjalnego pasażera. Jedziemy wzdłuż wybrzeża czasem odległości kilkudziesięciu metrów od plaży, czasem oddalamy się o pół kilometra. Wzdłuż autostrady biegną również gorsze drogi obsługujące lokalny ruch. Na wzgórzach ciągną się osiedla wielopiętrowych domów, czasem cały góry są oblepione wieżowcami. Zdarzają się ładnie zaprojektowane budynki, ale większość to mało ciekawe kompleksy mieszkalne. Lasów tu dawno nie ma, drzew pomiędzy domami bardzo mało. W sumie niezbyt to miłe krajobrazy, ale Libańczycy pragną mieszkać poza centrum.
Wzdłuż drogi ciągną się plantacje bananowców. Z gęsto posadzonych bylin zwisają mniej lub bardziej zielone kiście owoców. Mam ochotę zagłębić się w tej zielonej gęstwinie, tak jak na podluksorskiej bananowej wyspie. Na niektórych plantacjach banany owinięte są niebieskimi workami w celu przyspieszenia dojrzewania, inne przykryte są w całości siatką dla ochrony przed ptakami.
Po godzinie dojeżdżamy do Sajdy, dworzec znajduje się jakieś 200 metrów od brzegu morza. Widać stąd Morski Zamek usytuowany na niewielkim cypelku w zatoce. Do otwarcie zamku zostało jeszcze 50 minut, idę przejść się po pobliskich sukach. Tłumów tu nie ma, jest zbyt wcześnie. Sklepikarze i przekupki dopiero otwierają swoje sklepy i stragany. Podnoszą żaluzje, wypakowują towar z kartonów lub zamiatają plac przed stoiskiem. Bazar właściwie budzi się do życia. W jednym z zaułków trafiam na ciekawy obrazek. W pomieszczeniu wielkości garażu widzę kilkadziesiąt kur, dziobią ziarno z dwóch dozowników. O, gdyby wiedziały, co je za chwilę czeka w sąsiednim pomieszczeniu! Obok bowiem znajduje się linia produkcyjna do wytwarzania udek i filetów. Kilkunastoletni chłopak podrzyna nożykiem głowy kolejnych ptaków i wrzuca je do pojemnika, by krew odciekła. Inny mężczyzna pozbawia kury opierzenia za pomocą mechanicznego wirującego urządzenia. Kolejny odcina nóżki, następny patroszy... Wszystko odbywa się bardzo sprawnie. Zastanawiam się tylko, po co komu karmić kury na moment przed uśmierceniem? Co za obłuda! Właściciel ubojni siedzi na stołeczku przed domem popija herbatę z przyjacielem. Śmieją się, żartują, może komentują ostatnie wydarzenia, może omawiają interesy. Na pobliskich straganach wisi już mięsko na hakach. Gospodynie zagadują sprzedawczynie, pokazują, którą część mają wyciąć na obiad. Dziś może kawałek baraniny? Może ta wołowina będzie lepsza? Takie miejsca omijam zazwyczaj szybkim krokiem: smród jest w nich zawsze jednakowy, czy to będzie targ w Damaszku, bazar w Kaszgarze czy targ rybny w Aleksandrii... Na stolikach zgrabnie poukładane nóżki baranie, obok głowizna ze szczękami pełnymi zębów. Uśmiecham się krzywo do tych baranów. Są też jarzyny i owoce, a także i inne towary. Zaglądam w boczną uliczkę i trafiam na piekarnię wytwarzającą różne słodkości. Łakocie smażą się na olbrzymich metalowych tacach. Gdy są już gotowe, sprzedawca posypuje cukrem-pudrem, kroi na plastry i podaje klientowi do spróbowania. Bazar właściwie sam się żywi ;-)