Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]
Jak się uprawia kawę | Stalowe monstra | Jaki będzie Salwador? | | |
Rankiem wyjeżdżamy z Gracias. Autobus powoli telepie się ulicami sennego miasta. Sprzedawcy zdążyli otworzyć już swoje stragany i wyłożyć towary. Na ulicach młodzież szkolna, jak w wielu krajach Azji i Ameryki Południowej, ubrana jest w szkolne mundurki. Dziewczyny noszą białe bluzki, granatowe spódnice i białe skarpetki; chłopcy – granatowe spodnie i białe koszule.
Jedziemy doliną rzeki Rio Grande Meiocote. Mijamy wiszące mosty spinające brzegi doliny.
– Zupełnie jak w Nepalu – mruczę do siebie, wspominając tramping sprzed kilku lat.
Przy drodze ustawiono stragany i sklepiki. Czasem na wpół zrujnowane domostwo z wywieszonym praniem na sznurku. Droga jest praktycznie pozbawiona asfaltu, jedziemy w tumanach kurzu. Między domami często widoczne są pióropusze liści bananowców, a poza miejscowościami dostrzec można skryte wśród drzew krzewy kawowców.
– Zastanawiam się, czy to dzikie krzaki kawowców – zwracam się do Kamili.
– Skoro kawa pochodzi z Afryki? To chyba nieprzypadkowo tu rośnie…
– No tak, ale dlaczego tak chaotycznie rozmieszczone są te krzaki? Tu jeden, tam drugi?
– Ale jak mieliby posadzić te kawowce na tak nierównym terenie? Poza tym trzeba byłoby wyciąć las…
– Masz rację. Można połączyć uprawę kawowców z lasem.
– I jeszcze zbierać bananowce, które rosną między nimi…
Tak jest w rzeczywistości. Ale głównym powodem, dla którego nie wprowadza się monokultury, jest konieczność zapewnienia cienia kawowcom. Sadzi się więc najpierw drzewa cieniujące z rodziny bobowatych (Fabaceae), na przykład Inga edulis, gatunek znany jako fasolka lodowa (a lokalnie paterna, cushín, joaquiniquil lub guama), a potem między nimi dosadza się sadzonki kawowców. Alternatywnie przerzedza się las i w nim zakłada plantację kawowców.*/
Minęliśmy La Entradę, w której dwa dni temu nocowaliśmy u Danieli i Miguela. Teraz poruszamy się główną drogą krajową CA4. Krajobrazy w dalszym ciągu są atrakcyjne. Wokół góry, raz po raz wjeżdżamy na przełęcz, by po chwili zjechać ciemną dolinę rzeczną. Droga jest w lepszym stanie, więc poruszamy się z większą prędkością. Na większą prędkość pozwoliło sobie także kilkudziesięciu kierowców, a myśl, że nieco przesadzili, była zapewne ostatnią przed śmiertelnym wypadkiem, którego doświadczyli na sławnym zakręcie śmierci – "La vuelta de Los Hornos". Mijamy to okryte złą sławą miejsce i wkrótce dojeżdżamy do Santa Rosa.
To niewielkie, 50-tysięczne miasto z pewnością jest warte kilkugodzinnego spaceru. Znane z postkolonialnej neoklasycystycznej architektury, może pochwalić się obecnością pochodzącej z końca XVIII wieku katedry, która z wyglądu przypomina oglądany przez nas kościół w La Campie. Ciekawostką może być, że miasto było krótko stolicą Hondurasu.
Na dworcu kupujemy bilety (po 350 HOL) na autobus jadący wprost do San Salvador. Czeka na długa droga, więc zaopatrujemy się w 2-litrową pepsi i kiść bananów.
Przejazd 200-kilometrowej trasy potrwa co najmniej 5 godzin. Od czasu do czasu doganiamy wielkie ciężarówki i wówczas wleczemy się za nimi przez parę kilometrów, nie mogąc je wyminąć. Ze dwa razy przystajemy w zajazdach, by pasażerowie mogli się odświeżyć lub dokupić przekąskę lub coś do picia. Na jednym z takich przystanków mam okazję przyjrzeć się z bliska odpoczywającym na parkingu drogowym monstrom. Oto produkowany przez Daimler Trucks North America ciągnik Freightliner Cascadia sleeper z 600-konnym silnikiem diesela. Obok stoi nieco mniejszy, ale wciąż potężny zestaw ciągnika siodłowego Volvo VNL z długą naczepą. Produkowany przez Volvo Trucks drogowy olbrzym ma również 600-konny silnik pozwalającym ciągnąć 40 ton ładunku z prędkością 120 km/h. Są tu jeszcze inne stalowe potwory, ot choćby Peterbilt 379, ciągnik siodłowy produkowany przez Peterbilt Motors Company znany z charakterystycznej długiej maski, chromowanych wykończeń, który stał się ikoną transportu dalekobieżnego w Amerykach i solidnej konstrukcji. Obok zatrzymał się Kenworth T800, z układem osi 6×4, ciężki samochód ciężarowy klasy 8 produkowany przez amerykańską firmę Kenworth od końca lat 80. XX wieku. Takie właśnie pojazdy ciężkiego transportu przemierzają tysiące mil autostrady panamerykańskiej i dróg krajowych. Przecinają kolejne kraje Ameryka Środkowa, a kierowcy żyją w rytmie drogi, która nigdy naprawdę się nie kończy. Kabina staje się ich małym światem między tropikalnym upałem, a górską mgłą, a każdy kraj zmienia się tylko w inny zestaw znaków i granicznych odpraw. Zapach diesla i monotonny szum opon, który nie cichnie przez cały dzień, muzyka sącząca się z odbiornika i rozmowy przez radio z innymi kierowcami oraz ciasna przestrzeń sypialna w nocy – to wszystko nadaje życiu kierowców rytm, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej.
Ruszamy w dalszą drogę. Wczoraj wymieniłem sms-y z synem. Upewnia mnie, że w Salwadorze walutą jest dolar amerykański. Niech będzie! Granicę przekraczamy w El Poy, odprawa odbywa się bardzo sprawnie.
Jesteśmy zatem w Salwadorze – trzecim, a jednocześnie najmniejszym z planowanych krajów w Ameryce Środkowej. Kraj nie cieszy się zbytnią popularnością wśród polskich podróżników. Tu raczej nie są organizowane wczasy all inclusive ani wycieczki objazdowe. I nie bez powodu. Państwo uchodzi za najbardziej niebezpieczne, a jednocześnie nie dość atrakcyjne, by zachęcać turystów do odwiedzin. Ale to nie znaczy, że my go nie chcemy zobaczyć! Oczywiście, że tak! I jeszcze dziś się przekonamy, czy Salwador jest taki straszny, jak go malują.
Krajobrazy po tej stronie granicy niewiele się zmieniły. Wokół wciąż góry, powoli zjeżdżamy w kierunku doliny rzeki Lempa. Jeszcze pół godziny i wjeżdżamy do stolicy.
San Salvador nie jest opisywany jako wyjątkowe miasto i raczej nie należy spodziewać się tu wspaniałych zabytków architektury kolonialnej czy postkolonialnej. Ani nowoczesnych budynków. Raczej, jak przypuszczam, będzie przypominać Ciudad de Guatemala. Chociaż kto wie? Zawsze mogą zdarzyć się jakieś niespodzianki…
Zanim się jednak o tym przekonamy, musimy zorganizować sobie nocleg. Zarezerwowaliśmy wczoraj pokój w hotelu Rex (Hospedaje Rex). Znajduje się on niedaleko od dworca w centrum, przy Mercado Ex-Cuartel, więc po 15 minutach jesteśmy na miejscu. No cóż, określenie „hotel”. pomimo jego „królewskiej” nazwy, to za dużo powiedziane. Wejście do tego "miejsca noclegowego", mieszczącego się w parterowym budynku przy Avenida 10 Norte prowadzi obskurnym ciemnym i odrapanym korytarzem w głąb budynku. Recepcja obwieszona jest religijnymi obrazkami, są napisy „Dios i „Jesus” a centralne miejsce zajmuje czarni-biały portret pięknej kobiety. To Rosa Lidia Martínez – założycielka hotelu (1964) i matka obecnego gospodarza, Danilo Martíneza znanego jako „Don Rex”. Nasz pokój jest, co prawda, duży, ale bardzo ciemny i wymalowany przez jakiegoś „artystę” na ciemnozielony kolor. Nietypowa jest również łazienka: ktoś wpadł na pomysł, żeby odgrodzić część pokoju murkiem o wysokości półtora metra. Być może jest to rozwiązanie wystarczające dla niewysokich tubylców, ale nie dla nas. W tej sytuacji brak drzwi do łazienki nie ma już znaczenia. Odświeżamy się i w pośpiechu opuszczone ten przybytek**/.
– Mam nadzieję, że miasto sprawi lepsze wrażenie – mówi Kamila.
_______________________
*/ W Brazylii wprowadza się na coraz większa skalę uprawę przemysłową bez drzew cieniujących. Kawa z takich plantacji (tzw. sun-grown coffee) szybciej dojrzewa, ma większe ziarna, ale jej smak jest mniej aromatyczny, bardziej łagodniejszy, prostszy, mniej kwaśny.
**/ Hotel Rex był świadkiem transformacji stolicy przez sześćdziesiąt lat, od rządów wojskowych, przez wojnę domową lat osiemdziesiątych i trzęsienia ziemi po czas pokoju, dolaryzacji. Został zamknięty w 2024 roku, gdy władze wymusiły na obecnym właścicielu remont fasady („artystycznie” wymalowanej przez niego) lub sprzedaż nieruchomości.