Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]


Marrakesz

czwartek, 8 XII 2022


Zachwycam się detalami architektonicznymi | Miejscowi wciąż się nas czepiają | W pięknym pałacu Bahia | Renata ma mieszane odczucia | Ach, ci taksówkarze! | Ileż tu owoców! | Herbaciane zwyczaje | Jaką pamiątkę z Maroka sobie przywieźć?


Oj, ciężko się mi dzisiaj wstawało, czuję się cały połamany. Czwartek spędzimy w Marrakeszu. Będzie to poniekąd dzień wypoczynkowy. Nie zamierzamy nigdzie się spieszyć, będziemy włóczyć się po mieście. Pogoda wyraźnie dziś się pogorszyła, niebo zasnuły ciężkie deszczowe chmury. Mam nadzieję, że nie będzie padać.

W godzinach porannych, a jest dopiero 8:00, miasto jest jeszcze na wpół uśpione, uliczki prawie puste, knajpki i kawiarnie wciąż zamknięte, a na targu niewielu kupujących. I byłby to dobry czas na szwendanie się po mieście, gdyby nie pogoda. Marrakesz wydaje się bardziej smutny, czy wręcz ponury. Zdjęcia nie oddadzą dobrze kolorów, a i nam udziela się ten nastrój. Wędrujemy uliczkami mediny w kierunku północnym. Wiele budynków pomalowanych jest na kolor wrzosowy lub purpurowy. To poniekąd zasługa wspomnianego wcześniej Alego bin Yusufa, który nie tylko wzniósł mury obronne z czerwonego piaskowca, ale również wiele innych wspaniałych budynków w podobnych kolorach. Nic więc dziwnego, że Marrakesz zyskał przydomek „Czerwonego Miasta” (المدينة الحمراء, Almadinat alhamra). Z taką kolorystyką spotkałem się wcześniej w Jaipurze (Indie).

Na każdym kroku spotykamy ładne elementy architektoniczne: drewniane bramy, w których znajdują się mniejsze drzwi otwierane do środka, przy czym rzeźbiona futryna ma kształt podkowiastego łuku w górnej części, a lico skrzydła ma specyficzną konstrukcję, a mianowicie do litej deski drzwi przytwierdzony jest ażur z deseczek. Wchodząc przez takie niewielkie drzwi, nie trzeba otwierać całej bramy, lecz konieczne jest mocne pochylenie głowy. Uśmiecham się do wspomnieniach z Peru, gdzie w Limie widziałem podobne rozwiązania; z tym, że tam drzwiczki i bramy wykonane były z metalu. Podobają nam się również okna: pojedyncze i biforia. Wiele z nich ma ozdobne kraty, a ich obramowanie jest również w kształcie podkowiastego łuku. Zaglądamy do sklepików z dywanami, kilimami i wyrobami z metalu, wśród których królują tace i skrzynki na domowe precjoza. Dywanami i dywanikami obwieszone są uliczki. Mają interesujące, geometryczne wzory. Gdyby spytać sprzedawcę, zapewniałby, że to ręczna robota i czysta wełna. Dziś już bym się nie nabrał, mając w pamięci swe doświadczenia z zakupionym „carpetem”, w którym mole wyjadły tylko część sznurków, pomijając resztę – z syntetycznego włókna…

Fotografuję jedną z wystaw, gdy ze środka wylatuje sprzedawca i mówi, by nie robić zdjęć.

– Why? What’s the problem?

Marokańczyk coś bełkocze: że to jego sklep, że nie można...

Wzruszam ramionami i fotografuję dalej. Z pewnością nie zyska we mnie klienta. Muszę powiedzieć, że nie rozumiem gościa. Przecież, jeśli ktoś zobaczy zdjęcia z atrakcyjnymi wyrobami, to przecież przyjedzie do jego miasta. Niestety, suma takich drobnych wydarzeń składa się na obraz kraju i choć to nie jest podstawa do uogólnień, to jednak tworzą się jakieś wspomnienia.

Idąc wąskimi uliczkami mediny, w pobliżu placu Jemma el-Fnaa trafiamy na jakiś zaułek. Ta część miasta jest mniej turystyczna, sklepów i straganów tu brak. Paru miejscowych siedzi na progach swych domów, jakiś staruszek pcha wózek z dużymi białymi workami. W tym momencie podbiega do nas dziesięciolatek i machając rękami krzyczy:

'Iinah mamnue huna! (!إنه ممنوع هنا) La tadhhab bihadhih altariqati! (!لا تذهب بهذه الطريقة).

Nie wiem, o co mu chodzi. Ignoruję go, idziemy dalej. A on swoje:

C'est interdit ici! N'allez pas par là!

– Sorry, my friend, only English – odpowiadam mu.

Renata sądzi, że chłopak nie chce, żebyśmy wchodzili w jakieś zakazane rewiry, że chcą chronić swoją prywatność. Dochodzimy do końca uliczki, na drodze staje dom. Ślepy zaułek.

– Może chciał nas przestrzec, że tędy nie przejdziemy – zastanawiam się.

– Wszystko jedno. Chodźmy dalej zwiedzać miasto.

Kierujemy się w kierunku południowym.

A oto i pałac Bahia, do którego zmierzaliśmy. Podobnie jak wczorajszy pałac Dar Menebhi i ten nie jest zbyt stary, bo pochodzi z końca XIX wieku. Budowę pałacu zapoczątkował wielki wezyr Muhammad ibn Abd al-Rahman, a dokończył jego syn, Ba Ahmed ibn Musa. O tyle to dziwne, że Ba Ahmed fatalnie rządził krajem i doprowadził system finansowy i polityczny do ruiny. Ale pieniędzy na rezydencję nie zabrakło. Skąd my to znamy? Pałac, podobnie jak wczorajszy, jest rozległy. Ten może nawet większy, bo składa się z kilku budynków i kilku mniejszych lub większych dziedzińców, wokół których znajdują się podcienia, a dalej wejścia do kolejnych pomieszczeń. Pośrodku tych dziedzińców w ogrodzonych „boksach” rosną drzewa: fikusy, morwy, bananowce i palmy. Chodniki nie są tu brukowane, lecz wykafelkowane, a na skrzyżowaniu alejek ustawiono niewielkie fontanny. Najpiękniejsze są przylegające do dziedzińca podcienia, których sufity i górne partie ścian są szczególnie bogato zdobione. Dolna część ścian pokryta jest wielobarwnymi kafelkami, a powyżej na biało wytynkowanego pasa muru znajdują się przepiękne sztukaterie z geometrycznymi wzorami. Powyżej drewniane stropy w kształcie kopuły. Drewniane stropy zwane z hiszpańska artesonado są zachwycające. Wykonane z wielu, często barwnych, gatunków drewna, tworzą oryginalne, splątane wzory geometryczne z zagłębieniami. Przypominają trochę kasetony w wawelskich komnatach, lecz tu są bardziej kunsztowne i urozmaicone, a przede wszystkim bardziej kolorowe. Takie artesonado można zobaczyć zarówno Alhambrze w Grenadzie jak i w bazylice San Domingo w Limie, dokąd zawędrowały za pośrednictwem konkwistadorów.

Co by tu robić dalej? W Marrakeszu znajdują się grobowce Saadytów, ale, o ile pamiętam, widziałem je poprzednim razem; Renata zresztą nie jest zainteresowana. Jest tu również Palmeraie – to olbrzymi kompleks z palmami północnej części miasta. Rosną tam nie tylko palmy, ale i figowce pospolite (Ficus carica, L.), pomarańcze, granatowce i oliwki. Są też w okolicy ulicy Derb Soussan liczne garbarnie*/. Nie są one, co prawda, tak sławne jak te, które widziałem w Fezie, ale może warto byłoby je pokazać Renacie. Ruszamy więc w kierunku północnym. Po 30-minutowym spacerze przez coraz mniej ciekawe ulice mediny, dochodzimy do wniosku, że widok palm, choćby ich było sto tysięcy nie jest tym, co w tej chwili potrzebujemy. Jesteśmy głodni!

Siadamy przy stoliku na tarasie i zamawiamy po kawałku pizzy. W ostatnim momencie, bo właśnie zaczęło znów kropić.

– Jakie to urocze: zjeść pizzę w Maroku... – rzucam nieco kąśliwie.

– Przecież jest dobra – stwierdza Renata – przynajmniej się nie zatrujemy.

– A ona musi być taka cienka?

– Tak. Ja też robię taką cienką w domu.

Wracamy do hotelu. Pada i jest zbyt mokro. Iść na spacer przy takiej pogodzie dawno się nam odechciało. Robię tradycyjnie herbatę i kawę. Zjadamy chlebki z marokańskimi rybkami.

– Jeśli przestanie padać, to jeszcze bym poszła na plac – oświadcza później Renata.

Coś takiego!

– Spodobał ci się jednak ten plac...

– No, nie! Ale chcę się przejść. Wiesz, że męczą mnie Arabowie. Muszę ciągle pilnować, by mnie nie okradli, nie zaczepiali. I ten smród motocykli, którymi jeżdżą po wąskich uliczkach.

– Hmm… W całej prawie Azji są tłumy na ulicy. Hałas i smród w Indiach i w Wietnamie, i w Chinach.

Ciężko się od tego uwolnić – zwracam uwagę, bo wiem, że Renatę ciągnie do dalekiej Azji.

– Ale mi najbardziej przeszkadza to nagabywanie. Ciągle podchodzą i chcą coś od ciebie…

Idziemy na razie pod meczet Koutoubia. I znów się zaczyna.

– Taxi? – zaczepia nas mężczyzna na ulicy.

– There is a taxi! – pokazuję ręką.

– No. I am a driver!

– Oh, you lost your taxi… – robię zatroskaną minę.

I nie oglądając się, idziemy dalej.

– Taxi? – po kilku sekundach zgłasza się kolejny Marokańczyk.

– Yes! I can find a taxi for you.

– No, I have a taxi!

Tu, pod meczetem Koutoubia, taksówek stoi mnóstwo.

– Taxi? – następny palant goni za nami.

– Yes! Where is a taxi? I can’t see. I am a blind man!

Ach, Maroko!

Zaświeciły się latarnie, meczet Koutubia jest pięknie iluminowany. Na placu przed nim trwają występy, naganiacze zachęcają do straganów lub na posiłek. Na ulicy Marokańczycy urządzają sobie kopanie piłką w ustawioną na chodniku butelkę z napojem. Ot, taka namiastka Mundialu. Za jednego dirhama można oddać jeden strzał. Jeśli się trafi w butelkę – jest twoja.

Znów wracamy na Jemma el-Fnaa. Krążymy między straganami i stoiskami. Marokańczycy siedzą przy długich ławach, jedzą wieczorny posiłek. Dania przygotowywane w licznych garkuchniach i barach wyglądają bardzo smakowicie, a ich zapachy nęcą. Ale jakoś nie mamy ochoty się przyłączyć. Ograniczamy się do zaglądania jedzącym w talerz 😉.

Z przyjemnością jeszcze raz oglądam jasno oświetlone stoiska z owocami. Oczy cieszą się mi do równych rządków pomarańczy (لبرتقال, l'bortuqal), mandarynek (مندرين, mandarin), awokado (أفوكادو, awocado) i granatów (رمان, roman). Ślinka cieknie na widok stosów fig (تين, tin) i daktyli (تمر, tamar). Są też banany (موز, moz) i pomelo (البوميلو, al-bumilu).

– Co to może być? – zastanawiam się patrząc na ciemnoczerwone podsuszone owoce wielkości głogu.

– To jagody goji (الجوجوبيري, al-jawjabir). Bardzo zdrowe – stwierdza Renata.

– O, z pewnością!

– No, tak. Obniżają cholesterol i ciśnienie. I cukier!

Wow! To brzmi wspaniale. Ale dziękuję.

– A może masz ochotę na sok pomarańczowy?

Świeży sok jest wyciskany przy kliencie, nie powinien zagrażać życiu. A jednak Renata się powstrzymuje.

– Kupimy mandarynki. I będę chciała kupić daktyle do domu. Takie duże. Koniecznie!

Na stoiskach jest też sporo słodyczy i ciastek. Przede wszystkim baklawa (البقلاوة, al-baklawa), posypane pudrem ciastka z orzechami i miodem; jest msemen (المسمن, al-msemen) z ciasta drożdżowego podawany z miodem. Można tu również kupić ciasteczka w kształcie różyczek zwane chebakia (الشباكية, ash-shbakia), także ciastka ghriba (الغريبة, al-ghriba) o smaku migdałowym lub kokosowym oraz chrupiące fekkas (الفقاص, al-faqas) w kształcie kostek z dodatkiem orzechów i przypraw. Uwagę turystów przyciągają z pewnością ciastkowe węże z nadzieniem migdałowym. Zwą się m'hanncha (المحنشة, al-m'hanncha) i stanowią tradycyjny marokański przysmak. Można również spróbować sellou (السلو, as-sellou), słodką pastę z orzechów, miodu i suszonych owoców. Bez dwóch zdań można się tymi słodkościami rozkoszować bez końca. A jednak odpuszczamy. Mnie od dłuższego czasu jakoś nie ciągnie do ciastek a Renata… nie wiem. Zakupy ograniczamy na razie do pomidorów i mandarynek. Daktyle kupimy później, muszą być zapakowane w ładne pudełko.

– A teraz może wypijemy gdzieś marokańską herbatę.

– Chętnie. Właśnie chciałam to zaproponować.

Wchodzimy w labirynt uliczek krytego bazaru na placu. Tu równie tłoczno, ale ciszej, nie słychać jazgotliwej muzyki. Siadamy przy stoliku w jednej z licznych knajpek. Dostajemy herbatę w małych szklaneczkach z grubego szkła. Na powierzchni unosi się kilka listków mięty.

– Nie za mało słodka? – śmieję się.

Herbata w Maroku, podobnie jak w innych krajach muzułmańskich, jest wyjątkowo słodka. Zawsze żartuję, że to syrop. Ale nie narzekam, bo wiem, że taki tu zwyczaj, a picie herbaty ma uświęconą tradycję. Atay (شاي بالنعناع, shay bil nana) to nie tylko sposób na konsumpcję herbaty, ale także ważny element kultury i społeczeństwa Maroka. Rytuał przygotowywania i picia herbaty jest starannie przestrzegany, a każdy krok ma swoje znaczenie. Najczęściej pije się herbatę zieloną z dodatkiem mięty świeżej lub suszonej, czasem z sokiem z limonki. Czasem z kardamonem. Ważne, by przed podaniem herbatę nalewać z dużej wysokości tak, aby wytworzyć charakterystyczną pianę. Pamiętam popisy sprzedawców herbaty na bazarze w Stambule, którzy przelewali herbatę ze szklanki do szklanki z wysokości pół metra nie roniąc jednej kropli.

Tak jak i w Polsce picie herbaty jest ważnym elementem marokańskiej gościnności. Gospodarze często witają swoich gości herbatą miętową, powszechny jest też zwyczaj picia herbaty na ulicy, na rozłożonych dywanach, stołkach wystawionych przed dom. Widziałem to niejednokrotnie podczas swych trampingów po Syrii i Iranie.

Dopijamy herbatę i idziemy na dalsze zakupy. Ja chcę kupić jakąś pamiątką, Renata daktyle. Upatrzyłem sobie miniaturowe naczynie do tajin, ale teraz widzę, że wszędzie w tutejszych sklepach miniaturowe miseczki z nakrywką są szkliwione. A ja chciałbym takie, jak widziałem Ouarzazate: z surowej gliny w naturalnym kolorze. Żałuję, że nie kupiłem ich wcześniej. Trudno, będę szkliwioną. Szukając odpowiednich daktyli skwapliwie zgadzamy się na próbowanie owoców u różnych sprzedawców. Renata ostatecznie bierze kilogram daktyli, do tego jeszcze chlebki na śniadanie.

– Będziemy wracać chyba?

– A która godzina?

Sprawdzam. Dochodzi 20:00.

– Czas wracać.

Znów zaczyna mżyć. Robimy skok w mrok, skręcamy w gorzej oświetloną uliczkę mediny i po chwili jesteśmy w hotelu.

– Kupiliśmy tyle jedzenia, a nie jesz... – złoszczę się przy kolacji.

– Jakoś straciłam ochotę – mówi Renata i wyjaśnia: Nie lubię Arabów. Są nachalni i szukają sposobów, by oszukać.

Rozumiem. Mnie też sprzedawcy potrafią zezłościć swym nagabywaniem. Szczególnie odczuwałem to w Egipcie.

– Tak jest niestety w miejscach turystycznych... Ale powiem ci, że z początku to mi się nawet podobało. Do tej pory traktuję to jako lokalny koloryt.

– Może faktycznie za bardzo się tym przejmuję...

– Dobrze. A teraz zjedz coś.

_________________________________________

*/ Jak później sprawdziłem na TripAdvisorze, marakeskie garbarnie zebrały bardzo negatywne oceny z racji rzekomego naciągania przez przewodników/naciągaczy.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej