Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
Spacer na lotnisko | Ja się nazywam inaczej! | Czy znów dostaniemy odszkodowanie? | Podsumowanie wyjazdu i dalsze plany
Pół godziny wcześniej muezin zwoływał wiernych do porannych modłów.
– Wstajemy już? Jeszcze budzik nie dzwonił!
– Nie ma za dużo czasu...
– No, dobrze – mruczę – już wstaję.
Plecaki mamy lżejsze, bo zjedliśmy zapasy, które wzięliśmy na wyjazd. Kanapki i mandarynki muszą mi wystarczyć na czas podróży.
– Mamy bardzo dużo czasu – tłumaczę – jeśli wsiądziemy do autobusu już teraz, będziemy mieć dwie i pół godziny na lotnisku.
– Co proponujesz?
– Chodźmy spacerkiem, to 5,5 kilometra. W razie czego wezmę twój plecak.
– Dobrze. Jeśli nie będzie padać.
Pada! Wkładamy ortaliony. Zanim jednak dojdziemy na przystanek autobusowy (autobus nr 11) przy meczecie Koutoubia – przestaje się kropić.
– Dobrze, chodźmy na piechotę.
Niestety, tu, pod Koutoubią, nie ma żadnych straganów z pamiątkami, w których moglibyśmy pozbyć się ostatnich 35 dirhamów.
– Najwyżej wypijemy herbatę na lotnisku.
Droga na lotnisko – przynajmniej według mapy – wiedzie wśród zielonych terenów (m.in. Parc Lalla Hasna i Parc Oliveraie Ghabat Chabab). Cóż z tego, jeśli na długim odcinku parki i ogrody są oddzielone wysokim murem, a drogą pędzą hałaśliwe samochody.
– To wygląda na budynek rządowy, tyle tu policji – mówi Renata, gdy mijamy hotel Mamounia.
– Albo raczej królewskie posiadłości – zastanawiam się – król wszędzie musi mieć miejsce na nocleg, przecież nie będzie korzystać z Booking.com...
Po lewej stronie ciągną się ozdobione blankami wysokie, 10-metrowe mury z szeregiem niewysokich wież. Jak później się przekonam, analizując plan miasta, na ogrodzonym terenie znajduje się kilkanaście „lepszych” hoteli usytuowanych w riadach (رياض), czyli wypasionych pałacach z wewnętrznymi ogrodami na dziedzińcach. Wspomniany hotel Mamounia tak strzeżony przez policję jest pięciogwiazdkowy, a pokój kosztuje 6700 PLN za noc. Z podatkami i opłatami, ma się rozumieć.
Droga nie jest zbyt przyjemna, to zgodnie zauważamy.
– Nie przewidziałem, że będzie tu taki hałas – usprawiedliwiam się.
Mijamy drogę prowadzącą do Parku Menara, który poleca Wikitravel amatorom pieszych wędrówek z lotniska.
Po godzinie jesteśmy na miejscu. Budynek portu lotniczego z miejsca wzbudza mój zachwyt. Ażurowa elewacja, przeszklona konstrukcja wejścia, nowoczesne wnętrza.
– Napijemy się kawy?
Kawa jest 25 dirhamów. Cena do wytrzymania i stać nas na nią.
– Ale może wypijesz po drugiej stronie, po odprawie. Przesiedzimy przy niej do samego końca?
Przy wyjściu na odprawy dwie dyżurne Marokanki nie chcą naszych kart pokładowych w komórce.
– Musicie mieć papierowe!
Zawracam szybko do stanowiska Ryanaira. Pan wypisuje dwa kwitki z numerem lotu i miejscami.
– Ja się nazywam inaczej! – protestuję, gdy w miejsce nazwiska wpisuje moje dwa imiona.
Marokańczyk nie reaguje. Najwyraźniej to bez znaczenia. Zupełnie jak w historii zasłyszanej kiedyś na Bliskim Wschodzie, kiedy to polskim backpackersom wpisywano w kartach meldunkowych:
Name: niebieskie
Family name: wojewoda małopolski
Po kontroli bezpieczeństwa ustawiamy się w kolejce do odprawy paszportowej, a po wbiciu pieczątki karta pokładowa i paszport ponownie są sprawdzane przy wyjściu z hali. To samo powtarza się przy bramce. A niektórzy pasażerowie – widzę właśnie dwóch chłopaków – są obmacywani i sprawdzani chromatografem na obecność narkotyków. W sumie – wraz z kontrolą przy wejściu do budynku – byliśmy sprawdzani 6 razy!
Kawa po tej stronie jest po 35 dirhamów, ale Renata zmienia zdanie.
– Muszę kupić wodę na drogę!
Nie ma sprawy. Duża butelka – również 35 dirhamów (15 PLN!).
Odlatujemy z godzinnym opóźnieniem. Na razie nie jest to powód do zmartwień. W Londynie mamy trzy i pół godziny na przesiadkę.
– Wiesz – zwracam się do Renaty – powstaje pytanie, czy chcielibyśmy kolejnego spóźnienie o ponad 3 godziny... Przy czterech lotach moglibyśmy dostać 1000 euro odszkodowania…
W samolocie nie ma tłoku, jest sporo wolnych miejsc. Przelatujemy nad Cieśniną Gibraltarską, Półwyspem Iberyjskim, Zatoką Biskajską i Normandią. Widzę Guernsey i Jersey. Jeszcze kanał La Manche i wlatujemy nad Wielką Brytanię. Nad Londynem unosi się mgła, z której wyłania się grupa kilkunastu drapaczy chmur. Za Stansted zataczamy kółko w oczekiwaniu na możliwość lądowania. Widzę, że po północnych stronach domów i lasów trawa jest oszroniona. To przedsmak tego, co nas czeka w zaśnieżonych Katowicach! Pod koniec lotu doznaję olśnienia: przecież w Wielkiej Brytanii cofamy zegarki, mamy ekstra godzinę czasu!
Na lotnisku mamy 3,5 godziny do odlotu samolotu do Katowic. W tym momencie jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego jak bardzo się mylimy. Na razie relaksujemy się przed bramkami. Jest wieczór, nie mamy specjalnej ochoty w swych lekkich okryciach na spacer przed budynkiem. Renata zjada grillowanego kurczaka (5 euro). Do oporu siedzimy przy stoliku. Po 17:00 odprawiamy się.
– Ryanair flight FR6392 is delayed by around 1 hour – słyszymy zapowiedź.
– No, nie! – jęczę.
Renata nic nie mówi. Od tego momentu kręcę się niespokojnie po hali.
– Mamy coś jeszcze do zjedzenia? – pytam, choć wiem, że wszystko już zjedliśmy.
– Tylko ciastka, co kupiłam do domu…
Ok, wytrzymam.
– Ryanair flight FR6392 is delayed by around 2 hours – słyszymy kolejną zapowiedź.
Sprawdzam położenie samolotu na Flightradar24. Wygląda na to, że dopiero wystartował z Katowic. Na szczęście nie kupiliśmy zawczasu biletów na autobus Matuszka z Katowic do Krakowa.
W końcu zaczynają nas wpuszczać. Po kontroli kart pokładowych pierwszych kilkudziesięciu pasażerów, z głębi korytarza, w którym teraz stoimy, dobiega pomruk niezadowolenia. „Samolotu jeszcze nie ma” – roznosi się plotka.
– To po co nas tu wpuszczali?! – denerwują się pasażerowie.
Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Brytyjska obsługa plącząca się tam i nazad korytarzem nic nie wyjaśnia i niczego nie tłumaczy. Poirytowani pasażerowie dzwonią do swych rodzin w Polsce, informując o opóźnieniu. Atmosfera jest nie tylko gorąca, ale i duszna. Dosłownie. Ze sto osób stłoczonych jest w wąskim korytarzu bez wentylacji. Po kolejnych głośnych interwencjach ostatecznie nas wycofują przed bramkę. Z rosnącym zaciekawieniem patrzę na rozwój sytuacji. Wygląda na to, że będziemy w Katowicach po północy. Ale czy uzbierają się trzy godziny opóźnienia?
– Wciąż mamy szansę na kolejne odszkodowanie – zauważam spokojnie.
– Nie wiem, czy chciałabym takiego długiego spóźnienia – zastanawia się Renata.
– Ale wiesz… Wycieczka by się zwróciła…
Pół godziny później odlatujemy. Pilot dodaje gazu i w Pyrzowicach lądujemy ze 175 minutowym opóźnieniem. Matuszek staje na wysokości zadania i czeka z dodatkowymi busami na spóźnionych pasażerów. W Krakowie Renata funduje Ubera i szczęśliwie wracamy do domu.
Wracam do domu z trampingu po Maroku zadowolony. Może nie do końca usatysfakcjonowany, zabrakło kilku dni, by zobaczyć coś więcej, zwłaszcza w mniej oczywistych, w mniej turystycznych regionach południowego Maroka. Wyjazd poniekąd był zorganizowany "w zastępstwie", nie udało się wcześniej znaleźć dobrych cen biletów na loty do krajów, w których jeszcze nie byłem. Tym niemniej, powtórna wizyta w kraju Muhammada VI okazała się interesująca i udana. Także pod względem wydatków tramping okazał się w miarę tani, wydałem 1420 złotych, wliczając w to dość drogi pobyt w Rzymie.
Po raz pierwszy zdarzyła mi się sytuacja z wyjątkowo długim spóźnieniem samolotu, co okazało się dość kosztowne – dla nas (strata 40 euro za nocleg w Rzymie), ale jeszcze bardziej dla Wizz Aira, który musiał nam wypłacić po 250 € odszkodowania. Uwzględniając tę okoliczność, wyjazd okazał się sukcesem finansowym: za 250 zł. Zobaczyłem nowe miejsca: Agadir z Rajską Doliną oraz Ajn bin Haddu i przypomniałem sobie "stare" miejscowości: Ouarzazate i Marrakesz. Chociaż plac Jemma el-Fnaa nie wywarł już tak kolosalnego wrażenia jak za pierwszym razem, to przecież znów poczułem magię tego miejsca. Przykro mi trochę, że klimaty arabskie nie spodobały się Renacie. Zniechęcała ją natarczywość sprzedawców, ciągłe nagabywanie. Ale architektura i przyroda marokańska były dla niej zachwycające, pomimo zimowej pory roku. Cieszę się, że wspólnie odwiedziliśmy Afrykę i że będzie to wstęp do jej dalszej eksploracji: wkrótce jedziemy na Wyspy Zielonego Przylądka.