Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]
W strugach deszczu na lotnisko | Nie ze mną takie numery! | Rzucam się do wody
Burza nie ustała do rana. Ze snu wyrywa mnie budzik.
– 8:00 godzina, wstajemy – mówię, a głowa opada mi na poduszkę.
– Tak jest! – Renata przewraca się na drugi bok.
Po 10 minutach budzik natarczywym dźwiękiem przypomina o wstawaniu.
– Muszę go wyłączyć, bo będzie dzwonić co chwilę. I wstajemy, naprawdę!
– Pada jeszcze?
– Leje – mówię, uchylając drzwi na taras.
Trochę przesadzam, na zewnątrz zwyczajna mżawka.
– Dobrze, że wczoraj nie padało.
– Udało się nam. Poza placem Świętego Piotra…
– Zdążymy zjeść śniadanie?
– Oczywiście, już wstawiam wodę na herbatę i kawę.
Samolot z Ciampino odlatuje po 12:00. Dziś nie będzie zwiedzania, przemoklibyśmy całkiem. Najpóźniej koło 9:30 chcemy wyjechać z Rzymu. Przed opuszczeniem hotelu zdążymy zjeść jeszcze po kromce chleba.
– Na szczęście niedaleko mamy na dworzec – zauważam.
– Miałeś bardzo dobry pomysł z tym hotelem. To, że jest prowadzony przez Hindusów nie przeszkadzało mi.
– Nocleg jest w porządku, poza tym, że nie można tu się dostać o każdej porze.
Na Roma-Termini jesteśmy minutę po 9:00, autobus odjechał akurat przed chwilą, musimy poczekać 30 minut na kolejny. Bilety kupujemy przed autobusem po 7 euro, płacę gotówką. Leje coraz bardziej. W autobusie zrzucam nadmiar wilgotnych rzeczy.
– Żeby jeszcze samolot odleciał o czasie – wzdycham, gdy ruszamy.
– Przy naszym pechu... wszystko możliwe.
Lotnisko Ciampino położone jest 15 kilometrów od centrum, ale droga w korkach i deszczu zajmuje 40 minut. Co najmniej dwa razy przejeżdżamy obok starożytnych ruin.
– Mają tu tego pełno! – mówię – Ale popatrz: przeciętny człowiek nie potrafi ocenić, czy dane ruiny są naprawdę ważne i wyjątkowe. Tu na przykład – wskazuję ruiny na nieodległym wzgórzu – Włosi mogliby powiedzieć, że to najważniejsze miejsce w Rzymie.
– I wszyscy by tu przyjeżdżali...
Ciampino sprawia wrażenie kameralnego lotniska w porównaniu do Fiumicino: mała hala odlotów, niewiele bramek. Jest darmowe WiFi – bez logowania. Odlatujemy z 10 minutowym poślizgiem.
W samolocie trafiam na bardzo rozmownego Marokańczyka. Niestety ze mną nie pogada: nie znam francuskiego. Wykorzystuję chwilę jego nieuwagi i przenoszę się do innego rzędu, gdzie jest więcej miejsc. Wciąż odczuwam skutki nieprzespanej pierwszej nocy. Próbuję zasnąć, licząc zamiast baranów – państwa, które odwiedziłem drogą lotniczą. Dochodzę do piętnastu i popadam w drzemkę; po chwili przebudzam się i zaczynam liczyć od nowa. Nie udaje mi się dojść do końca.
Na pokładzie Ryanaira trwa od kilku tygodni Black Friday, dziś w ofercie, między innymi, litrowa wódka Absolut – zapowiedzi są także po arabsku. Nic mnie już nie zdziwi. Lot trwa już trzy godziny. Wkrótce za oknem pojawiają się szczyty Atlasu, potem kępy palm i plantacje bananowców przykryte jasną siatką chroniącą przed ptakami. Port lotniczy Agadir-Al Massira. Prawie wszyscy pasażerowie pozostają, by odebrać bagaże. My, z bagażami podręcznymi, kierujemy się do wyjścia. Musimy wymienić pieniądze, aby mieć na przejazd do miasta. W dwóch kantorach przed cłem kurs jednakowy 1 EUR = 9,8 MAD. Trzy minuty później wściekam się, bo za cłem kurs jest 10,8 dirhama.
– Sierota jestem – zgrzytam zębami – będę musiał odkuć się na kwotę 50 dirhamów!
Przed lotniskiem słyszymy starą śpiewkę:
– No bus! Only taxi.
Taksówki w zależności od lokalizacji hotelu są od 300 do nawet 600 dirhamów.
– I know there is a bus. Tell me where is the bus stop.
Jest przy głównej drodze. Od młodych mężczyzn przy rondzie dowiadujemy się, że kosztuje tylko 5 dirhamów. Wkrótce podjeżdża autobus, ale zabiera tylko pracowników. Nie wiemy, kiedy będzie jechać zwykły, lokalny autobus. Łapiemy szybko okazję.
– 40 dirhams to center?
– 60, okay?
– No, 40 dirhams.
– Okay.
Marokańczyk podrzuca nas pod sam hotel, chce ekstra 10 MAD. Pozostaję niewzruszony, przecież by nic nie zarobił bez nas.
Appart-Hôtel Tagadirt ma wypasioną recepcję w olbrzymim holu z setką miejsc przy stolikach. Jest tu basen z palmą pośrodku i kilkadziesiąt piętrowych domków z wejściami na różnych poziomach. Nasz znajduje się na parterze i składa się z sypialni, kuchnio-jadalni i łazienki z WC. Według Renaty standard nie jest wysoki. Faktycznie, niektóre meble noszą ślady wieloletniego używania. Najbardziej przeszkadza jej brak śnieżnobiałych ręczników. Te, które mamy do naszej dyspozycji, są sprane i żółtawe.
Wieczorem idziemy na plażę. Jest długa i szeroka, piasek jasny, prawie bez śmieci. Wzdłuż plaży ciągnie się promenada z palmami, na horyzoncie widać wzgórze z miejscowym fortem.
– Pójdziemy tam za chwilę – mówię i, widząc przerażenie w oczach Renaty, szybko dodaję: żartowałem!
Na plaży mało turystów, grupki miejscowych chłopaków grają w piłkę. Z pewnością trwający właśnie Mundial zachęca ich do szlifowania formy. Renata chce fotografować „turystycznego” wielbłąda, ale ile razy kieruje komórkę w jego stronę, Arab siedzący na wielbłądzie kieruje się w jej stronę z ofertą nie do odrzucenia.
– Poczekaj, ja mu zrobię zdjęcie z większej odległości – proponuję.
– Dobrze.
– Ale tymczasem chodźmy się wykąpać! Masz strój kąpielowy? – rzucam i błyskawicznie się rozbieram.
Spodziewam się, że woda będzie lodowata. Jak to zwykle w grudniu w oceanie. Ale bardzo chcę wskoczyć do wody – na przekór wszystkiemu.
Pierwsze metry pokonuję bez problemu, woda przy brzegu jest cieplejsza. Później biorę głęboki oddech i rzucam się na głębszą wodę. Trzy minuty pływania wystarczą. Trzęsąc się z zimna, wychodzę na brzeg i czekam aż przeschnę.
– T… t… te… raz t… t… twoja k… k… kolej! – mówię szczękając zębami.
– Nie, dziękuję.
– Bo nie masz s… s… stroju?
Renata śmieje się. Uparciuch!
Zmierzch szybko zapada jak to bywa w krajach okołorównikowych. Wracamy do hotelu. Miasto o tej porze wygląda na wymarłe, jest zdecydowanie poza sezonem turystycznym.
Kolacja z chińską zupką. Wiem, trucizna.