Dzień: [0-1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8]


Agadir – Tarudant – Ouarzazate

poniedziałek, 5 XII 2022


Przystanek w "Małym Marrakeszu" | Pustynie bywają zachwycające | Amerykanie kręcą horrory | Myszkujemy po zakamarkach kasby | Czy tak smakuje tajin?


– Proponuję, abyśmy piechotą poszli na dworzec, to 50 minut. Wstąpimy na bazar, pooglądasz sobie. – mówię przy śniadaniu.

– Dobrze.

– Zanim dogadamy się z miejscowymi, którym autobusem miejskim dojechać, stracimy dużo czasu – ciągnę, rozwiązując do wczorajszego wyjazdu do Rajskiej Doliny.

Sprawdzam w portfelu, czy mam bilety do Ouarzazate. Nie, nie wyparowały w ciągu nocy. Na polu rozwidniło się, powietrze jest chłodne, rześkie. Idziemy szybkim krokiem. Bazar z niejasnych dla mnie powodów okazuje się zamknięty. Albo jest nieczynny w poniedziałki, albo otwierany dopiero po południu. Trudno.

– Potrzebujemy jeszcze wodę – mówi o Renata, gdy już siedzimy w autobusie.

Biegnę do dworcowego budynku i wracam z półtoralitrową butelką. Możemy ruszać. Autobus jest prawie pusty, jedzie zaledwie kilka osób.

– Wygląda na to, że tutejszy PKS jest przeznaczony dla bogatszych mieszkańców – komentuję.

– Albo Marokańczycy nie podróżują – dopowiada Renata.

Myślę, że ma rację. Ze statystyk wynika, że im bogatszy kraj, tym częściej ludzie podróżują. Mają więcej czasu wolnego i większe potrzeby wypoczynku.

Dość długo, bo około godziny, trwa wyjazd z miasta. Zatrzymujemy się jeszcze dwukrotnie na przedmieściach zanim wyjedziemy na drogę N10. Półtorej godziny później docieramy do Taroudant – miasta znanego pod mianem „Małego Marrakeszu”. Mamy tu postój na dworcu, wykorzystuję przerwę na krótki spacer wzdłuż murów. Ciągną się one wokół mediny na długości 6000 metrów, a ich historia sięga XVI wieku. Najbliższa z wielu bram to Bab Zourgane. Jest dość szeroka, by umożliwić współczesny ruch samochodowy. Tych bram jest tu całkiem sporo, jak w Carcassonne lub kiedyś w miejscu krakowskich Plant. Są tu, między innymi, Bab Selsla, Bab Lahjer, Bab Lkhmis, Bab Ouled Bounouna, Bab Agafay…

Pierwotnie braliśmy pod uwagę półdniową wycieczkę do Taroudant z Agadiru bądź podjechanie lokalnym autobusem dziś rano i kontynuowanie przyjazdu do Ouarzazate po południu. Biorąc pod uwagę jednak, że główną atrakcją są tutaj miejskie mury obronne, a medina jest podobna do innych – zdecydowaliśmy się zobaczyć Taroudant "w locie". Pół godziny później ruszamy w dalszą drogę. Okrążamy medinę, podziwiając niekończące się blankowane mury przedzielone niewysokimi wieżami.

Jadąc drogą wiodącą wciąż na wschód, z pewnym zdziwieniem odnotowuję, że nie poruszamy się wzdłuż głównej drogi, lecz jakimiś bocznymi. Krajobrazy są coraz bardziej pustynne. Co prawda, raz na parę kilometrów mijamy wioskę z obowiązkowym meczetem skrytym wśród zieleni, ale pomiędzy nimi rozciąga się nieurodzajna sucha ziemia z nielicznymi akacjami lub drzewami oliwnymi. W odległości paru kilometrów towarzyszą nam z północnej strony wzgórza pokryte krzakami i kępami traw, a na dalszym planie wyrastają góry Atlasu Wysokiego. Wbrew zapowiedziom na razie nie pada, a niebo jest prawie bezchmurne. Mamy jeszcze wiele godzin drogi i chociaż droga jest wygodna, to czterystukilometrowa odległość dzieląca Agadir i Ouarzazate daje się we znaki. W okolicach Tizgui Intaouan przyjeżdżamy przez pasmo wzgórz. Tu już praktycznie nie ma roślinności, ziemia pokryta jest kamieniami lub wielkimi głazami. A jednak ta niegościnna kraina umożliwia życie: tu i ówdzie widać kamienne lub gliniane wioski z parterowymi domami i płaskimi dachami. Umiejscowione są często na wzgórzach, co mnie jednak dziwi, gdyż w takich miejscach chyba trudniej o wodę.

Zza kolejnego zakrętu odsłania się szerszy widok. Jak okiem sięgnąć – pustka. Ani jednego drzewa czy krzewu, ledwo można wypatrzeć kępkę trawy. Zbocza pokrywa drobny rumosz. Hamadę widziałem już wielokrotnie. Mówi się często, że pustynia jest piękna. Niekończące się barchany pokryte falistymi ripplemarkami potrafią zachwycić. Ale hamada napawa mnie raczej… smutkiem.

– Jak ci się Maroko podoba? – pytam moją towarzyszkę.

– Bardzo! Te wszystkie kolory pustyni i skał. Tak ładnie kontrastują z zielonymi palmami i akacjami.

Wypatrzyłem na mapie jakąś atrakcję turystyczną opisaną tutaj jako „Gas Haven”. To stacja benzynowa, na której kręcono ujęcia do filmu „Hills Have Eyes”. Filmu (z 2006 roku) nie znam, Wikipedia podaje, że opowiada on o grupie ludzi uwięzionych na pustyni, na których poluje klan zdeformowanych kanibali żyjących na okolicznych wzgórzach. Horror, ma się rozumieć. Przesiadam się więc na drugą stronę autobusu i wypatruję "sławnego" miejsca. No cóż, miejsce wygląda jak z westernu: trochę porozrzucanych na sporym terenie dekoracji, tablica „Gas Haven. Last STOP 200 miles”, wielkie amerykańskie „krążowniki szos”, repliki bohaterów występujących w filmie. Nie jestem maniakiem kinowym, więc średnio interesuję się takimi sprawami. Parę kilometrów dalej mijamy odchodzącą w lewo drogę do Marrakeszu – za dwa dni nią pojedziemy – i zbliżamy się do Ouarzazate. Zatrzymujemy się jeszcze w Tabourahte. Tu większość pasażerów udaje się na posiłek w miejscowej knajpie, co budzi moje podejrzenie, że autobus jedzie znacznie dalej niż do Ouarzazate. Istotnie, kurs kończy się w Tinghzagora o 19:00 (lub jeszcze dalej). O 16:00, z półgodzinnym spóźnieniem, jesteśmy na miejscu. Ourzazate zwane czasem Warzazat jest miastem wielkości Suwałk (70.000 mieszkańców). Zazwyczaj jest traktowane jako przystanek podczas podróży po Maroku, a nie cel sam w sobie. Oczywiście poza licznymi studiami filmowymi (Atlas, CLA, CINECITTA), które mogą być mekką dla fanów kinematografii. Nasz hotel położony jest w centrum i chętnie byśmy wysiedli przed zatrzymaniem się na dworcu. Kierowca jednak mówi, że dworzec już jest blisko. Istotnie jest on oddalony od mediny zaledwie o kilkaset metrów. Hotel Atlas mieści się w sporej kamienicy przy głównym trakcie w medinie, może dwieście metrów na zachód od największego placu. Pokój jest nad wyraz skromny, jest tu, co prawda, łazienka, ale wszystko wygląda na zaniedbane i zwyczajnie brudne. A przede wszystkim brak tu ogrzewania, co może być problemem w nocy.

– Wytrzymałem zimne noce w Alpach Rodniańskich, kiedy to przemarzłem do szpiku kości, wytrzymałem zimną kwietniową noc w Dardżylingu, kiedy grzaliśmy się dwoma wiadrami gorącej wody – opowiadam – Przeżyjemy więc i tu noc!

Na razie wypijamy herbatę i kawę i idziemy zwiedzać miasto. Chcemy jeszcze dziś zobaczyć najważniejszy obiekt w mieście, czyli kasbę Taourirt. Nie wiemy, do której jest otwarta, więc szybkim krokiem ruszamy.

Medina, przynajmniej w tej części miasta, nie wygląda ani na zbyt starą, ani na zbyt ciekawą. Nawet duży plac otoczony dwupiętrowymi budynkami z podcieniami i w miarę nowoczesnym meczetem nie wzbudza u nas specjalnego zainteresowania. W kilku miejscach rozłożyli się sprzedawcy, głównie z ceramiką; jest też parę stoisk ze słodkościami. Mijamy hotel Karam i naszym oczom w oddali ukazuje się kasba.

Kasba Taourirt stoi tu podobno od XVII wieku. Pewnych danych brak, bo nie zachowały się żadne akty erekcyjne. Najwyraźniej rodzina Imzwarn, która zbudowała tę rezydencję-twierdzę nie zawracała sobie głowy biurokracją. Kasba była rozbudowywana w XIX wieku przez nowych właścicieli, zyskiwała nowe zdobienia w stylu berberyjskim, wzmacniano także funkcje obronne (Pasza Thami El Glaoui kupił nawet parę dział w niemieckiej fabryce Kruppa).

Kasba położona jest na płaskim terenie, nie sprawia więc imponującego wrażenia. A jednak jej piękno docenili Amerykanie kręcąc tu sceny filmów „Gladiator” i „Prince of Persia”. Jest rozległa, z długimi, wysokimi murami przedzielonymi basztami, których szczyty zwieńczone są blankami nieco podobnymi do tych, które widziałem w Omanie. Budynki, podobnie jak mury, wykonane są z adobe i mają charakterystyczny, zwężający się ku górze kształt oraz niewielkie okna pozbawione szyb. Z murów sterczą częściowo wydrążone pnie – to prymitywne rzygacze odprowadzające deszczówkę poza obręb kasby.

O ile od strony zachodniej kasba nie wygląda na zbyt bogato zdobioną, to wrażenie to zmienia się, gdy podchodzimy pod główną bramę prowadzącą na wewnętrzne dziedziniec. Choć ściany budynków są tutaj zacienione, to widać znacznie więcej zdobień w postaci szlaczków wyrytych w glinie, różnych wypustów, ryzalitów, daszków, balkoników i ozdobnych gzymsów wokół okien. Niektóre z dużych okien zaopatrzone są w zdobione kraty.

Z początku kasba wygląda na zamkniętą, ale wnet się wyjaśnia, że wejście jest od strony północnej. Bilety były kiedyś po pięć dirhamów, dziś są niby po dwadzieścia. Kasjer wydaje więc każdemu po cztery bilety. Może to inflacja, może inicjatywa własna przedsiębiorczych pracowników muzeum. Nie wyjaśniając tej zagadki, wchodzimy do środka. Przed przyjazdem tutaj cały czas zastanawiam się, czy byłem już w tej kasbie. Dopiero teraz, gdy stoję przed główną bramą wejściową, jestem w stanie odtworzyć w pamięci tamtą sytuację z 2002 roku, kiedy to nasz autobus zatrzymał się vis a vis kasby, a potem rozbiegliśmy się po pomieszczeniach i długo, długo myszkowaliśmy po labiryncie korytarzy i pustych pokoi. Teraz nie czujemy pośpiechu, spokojnie oglądamy wnętrza. Ściany pomieszczeń są wytynkowane i pomalowane na biało, a podłoga jest wykafelkowana. Szkoda jednak, że brakuje tu jakichkolwiek mebli. Czasem jedynym elementem wystroju jest stylizowana na starą lampa zawieszona pod sufitem z belek i trzciny zwanym tataoui.

Tak, jak 20 lat temu, daję się ponieść tej swobodzie myszkowania, kręcenia się wokół po schodkach i krzyżujących się korytarzach, zaglądania do różnych zakamarków. Znajduje się tu prawie 300 pomieszczeń, w tym sale recepcyjne, pokoje haremu i kuchnie pałacowe, błądząc po nich możesz zobaczyć, jak wyglądało życie potężnego marokańskiego klanu qaidów. Oczywiście, nie wszystkie pomieszczenia są udostępnione dla zwiedzających. Notabene część kasby jest wciąż zamieszkiwana przez localsów. Od czasu do czasu wychodzimy na górny poziom. Chronimy się przed ostrym, popołudniowym słońcem w wieżyczkach (tych z blankami). Stąd spoglądamy na miasto przez miniaturowe okienka. A panorama miasta robi wrażenie. W wielu miejscach ponad domami wznoszą się wieże minaretów, na jednym z nich – tym pobliskim – bociany zbudowały imponujące gniazdo.

– Stań tu, przy murku – proszę Renatę – Zrobię ci zdjęcie.

Ślicznie wygląda na tle błękitnego słońca i ciemnożółtego muru oświetlonego popołudniowym jasnym słońcem.

– Ten materiał, z którego wykonana jest kasba, nazywa się adobe – tłumaczę Renacie – robi się go z gliny z dodatkiem zmielonej trzciny lub innego włóknistego materiału; czasem dodaje się wapna dla wzmocnienia.

– I nie rozmywa się?

– No, jak jest dobrze wysuszony wcześniej, to wytrzymuje długo. Ale na przykład jeden z fortów w Omanie kilka lat temu uległ prawie całkowitemu zniszczeniu wskutek długotrwałych opadów. Zresztą... materiał jest tani i dostępny, zawsze można uzupełnić ubytki.

Niestety, budynki wykonane z adobe nie są odporne na trzęsienia ziemi. Przekonają się o tym wszyscy wieczorem 23 września, za 9 miesięcy. Ściany wielu budynków w kasbie ulegną popękaniu, część murów się zawali. Kasba zostanie zamknięta aż do odbudowy i wyeliminowania ryzyka dalszych zawaleń.

Po godzinie kończymy szwendanie się po kasbie. Chcemy jeszcze zobaczyć inne miejsca w mieście. Naprzeciw znajduje się wybudowany w podobnym stylu hotel z ogrodami. Zaglądamy też do sklepików z ceramiką i wyrobami z metalu zachęcani przez sprzedawców „Just look, my friend”. Wstrzymuję się przed kupowaniem, mam wciąż poczucie, że to jeszcze nie czas na kupowanie pamiątek. Większą ochotę mamy na to, by coś zjeść. Lokalne knajpki wyglądają raczej na wymarłe, ale znajdujemy jakieś niezbyt wyszukane miejsce i decydujemy się na tajin, „narodową” potrawę.

– Sorry, tajin się skończył… – mówi Marokańczyk za kontuarem.

– To, co możemy zjeść?

Dostajemy zupę w glinianych miseczkach, biorę jeszcze chleb do niej, jakoś tak mi bardziej pasuje. Zupa jest z przetartych warzyw, widzę, że Renata krzywi się.

– Niedobra?

– No, nie wiem.

Faktycznie, zupa ma nieco skiśnięty „zapaszek”. Dziewczyna zjada jeszcze kilka łyżek i odpuszcza.

– Nie chcę się zatruć.

Hm. Może rzeczywiście potrawa jest zepsuta, a może to specyficzny smak kuchni marokańskiej. W końcu niejeden cudzoziemiec nie zaakceptuje polskiego bigosu ze „skiśniętej” kapusty. A wielu turystów nie przełknie surströmming – sfermentowanego śledzia bałtyckiego serwowanego w Szwecji.

– Dobrze. Może pójdziemy na placki, które sprzedają tu na rogu, przed meczetem?

Placki są po 3 dirhamy, pachną i smakują rewelacyjnie. Wracamy do hotelu zadowoleni.

Tu nic się nie zmieniło. Temperatura jak za kołem polarnym. Ratujemy się kolejną herbatą i kawą.

Muszę przemyśleć, co robimy w najbliższych dniach. Planując wyjazd do Maroka rozpatrywałem nocleg w Zagorze i penetrację 500-kilometrowej doliny Dara, gdzie znajduje się sporo kasb. Jednak już na miejscu – w obliczu wysokich cen przejazdów tutejszym pekaesem oraz uciekającego czasu – musimy zrezygnować z wypadu na dalekie południe.

– Dzień jest krótki i musielibyśmy wracać po tej samej trasie – argumentuję.

Alternatywą jest dolina rzeczki Asif Ounila, w której znajduje się co najmniej pięć kasb – łącznie ze sławnym Ajt Bin Haddu.

– Pojedziemy tam jutro!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej