Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Kuressare – Tartu – Parnu

wtorek, 22 V 2012


W drodze do Tartu | Estończycy kochają pomniki | Uniwersyteckie miasto | Spacer po nocnym Parnu


Dziś jedziemy do Tartu. Mamy tam zamówione dwa noclegi: w Looming Hostel i OÜ Tartu Üliõpilasküla Hostel. Niestety, oba drogie, bo po 12-13 euro od osoby. Wolałbym więc uniknąć spania w tym mieście i pojechać nocnym autobusem gdzieś dalej. Jest połączenie z Wilnem (z przesiadką w Rydze), ale dopiero o 0:30 w nocy. Zobaczymy, jak będzie. Na razie ładujemy się do minibusu, pasażerów jest dużo, wszystkie miejsce zajęte. Podróż do Tartu nie jest zbyt emocjonująca – towarzyszą nam znane już krajobrazy.

W Parnu mamy kolejną okazję przyjrzenia się drewnianej zabudowie. Gdyby jeszcze tę część miasta odnowić, odmalować ściany domów – byłoby tu całkiem sympatycznie, może nawet tak jak w Bryggen – starej dzielnicy Bergen nad fiordem. Teraz skręcamy na wschód. Trzeba przyznać, że drogi w Estonii są dobrej jakości, można się nimi szybko poruszać, ale to za sprawą niewielkiej liczby samochodów. Inna rzecz, że do Tartu jedzie się całkiem długo – 6 godzin. Będzie to – jak się później przekonamy – najdłuższy odcinek na tym trampingu. Przyjeżdżamy na północ od parku narodowego Alam-Pedja Nature Reserve. Z pewnością jest wart odwiedzenia. Fajnie byłoby zatrzymać się w jakiejś małej osadzie, wyprawić się na tamtejsze bagna, popodpatrywać przyrodę… Cóż, nie da się wszystkiego zobaczyć podczas tak krótkiego trampingu.

Do Tartu zajeżdżamy na godzinę 13:30 i zaczynamy od rozpoznania dalszych połączeń. Po burzy mózgów, którą stoczyłem głównie w swoim umyśle, kupujemy bilet do Wilna przez Rygę i... Parnu. Wprawdzie o kilka euro drożej niż przez Valgę, ale nie będziemy zmuszeni do wielogodzinnego tkwienie z plecakami pod dworcem (przechowalnia bagażu czynna do 20:00). Zostawiamy tymczasem rzeczy na dworcu (2,5 euro, co za zdzierstwo) i idziemy na kilkugodzinne zwiedzanie miasta.

Tartu na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie całkiem nowoczesnego miasta. Wokół dworca parę wysokich, interesująco zaprojektowanych budynków, zwraca uwagę hotel z nieregularnie rozmieszczonymi oknami o zmiennym kształcie. Obok centrum handlowego zaczyna się długi, reprezentacyjny deptak. Tu spotykamy dwóch nagich mężczyzn: staruszka i może rocznego chłopczyka. Rzeźba ustawiona jest pośrodku chodnika i wzbudza należne zainteresowanie. Inaczej niż jest w realu, obie postacie są jednakowego wzrostu, co podkreśla różnicę proporcji ich ciał. Fotografujemy się z nimi. No... ciekawa rzeźba!

Dochodzimy do dużego placu, jak zwykle w takich miejscach trochę tu kawiarnianych ogródków, rzecz jasna, nie ma porównania z krakowskim rynkiem. Kraków to Kraków! Przed ratuszem stoi para studentów nieruchomo spleciona w długim pocałunku. Choć chłopak trzyma rozłożony parasol i tak są mokrzy. Tak to jest, jak się wejdzie do fontanny. Sympatyczna rzeźba ;-) Jak się zorientowałem, mieszkańcy kochają tu nowoczesne rzeźby. Stawiają je nie tylko na placach przed reprezentacyjnymi budynkami, ale i na całkiem zwyczajnych osiedlowych skwerkach.

Kilkaset metrów dalej znajduje się Emajõgi, estońska rzeka-matka. Nad nią przerzucony jest zabytkowy most – pierwszy kamienny most w tej części Europy zbudowany w XVII wieku – jak stwierdza pamiątkowa tablica. Fotografujemy go zapamiętale, dopóki nie doczytam, że oryginalny most zniszczony został w czasie II wojny światowej. LOL!

Wracamy na starówkę, odpuszczając sobie kilka kościołów widocznych daleko po drugiej stronie rzeki. Brukowana uliczka prowadzi nas na wzgórze katedralne. Przechodzimy pod Mostem Aniołów. Zbudowany został w czasach, kiedy modne były różne "świątynie dumania". Jeszcze trzy minuty i przed nami wyrastają gotyckie zabudowania. Znajduje się tu muzeum regionalne. Z udawanym zainteresowaniem pytam o kolekcję i cenę. Na szczęście jest dziś nieczynne.

Obok muzeum znajduje się katedra, a raczej to, co z niej pozostało. Kolumny podtrzymujące kiedyś sklepienie nawy głównej, części gotyckich łuków, fronton i wieża, dzwonnica… Kilka białych obłoków na błękitnym niebie dodaje uroku ceglanym murom. Cieszę się, że oglądam ten kościół w takim stanie – zrujnowany i wypatroszony od środka. Stoję przed nim, a widzę wszystko, co jest wewnątrz! Jak na pół przecięty model odsłania swoje wnętrza. Dzięki temu niecodziennemu wyglądowi katedrę tę – jak sądzę – zapamiętam na dłużej. Podobnie było ze zrujnowaną katedrą Bagrati w Kutaisi (Gruzja)

Przysiadamy na ławce w parku za ratuszem, czas na posiłek. Przed pomnikiem siedzi dwóch Estończyków w wieku studenckim i piją piwo.

– No, no! Tutaj jednak wciąż jest wolność – komentuję.

Jak się okazuje, region wzgórza katedralnego w Tartu jest jedynym miejscem w Estonii, gdzie publicznie spożywanie alkoholu jest dozwolone. Obok grupa nastolatków okupuje ławkę. Palą papierosy i rzucają przed siebie łuski z dyni. Pełny luz... Na trawnikach przed katedrą pod kwitnącymi wiśniami leżą w cieniu parki, a grupki studentów rozmawiają i grają. Sielankowy obrazek.

Za katedrą zwiedzamy park pełen pomników. Podchodząc do pierwszego, jestem przekonany, że to postać studentki z torebką przełożoną przez ramię. To jednak pomnik długowłosego nauczyciela-filozofa, który w XIX wieku wędrował od wsi do wsi, niosąc kaganek oświaty. Jest też pomnik lekarza – ponoć twórcy embriologii :). Trochę się podśmiewam z tej kolekcji pomników. Gdy dochodzimy do monumentu przedstawiającego dużą kulę na postumencie, stwierdzam:

– To pomnik ciężarnej studentki, która pisała pracę magisterską u tego embriologa!

Przechodzimy przez Anielski Most, znów żartując sobie ze sztuki estońskiej. Przed rozrzuconymi w parku zabudowaniami uniwersyteckimi rozsiadła się na trawie grupa studentów. Zajęcia prowadzi młody facet – po angielsku. Przypomniały mi się moje studenckie czasy, kiedy wyciągnęliśmy asystentów do parku Jordana... Tylko że tutaj każdy student i studentka zapisują notatki w laptopie lub w tablecie!

Zatrzymujemy się na chwilę w punkcie widokowym. Na sąsiedniej ławce student i studentka. Opijają chyba jakiś egzamin, bo na stoliku przed nimi stoi i szampan i dwa kieliszki. Pełna kultura! Szukamy potem bezskutecznie Diabelskiego Mostku. Nie ma. Czort z nim! Podczas dalszego spaceru dochodzimy do okazałego budynku uniwersyteckiego.

– Wchodzimy! – komenderuję.

Niestety wewnątrz niewiele ciekawego. Kudy mu do Collegium Novum.

Opis fortu

Wracamy na dworzec, by przed 20:00 wziąć bagaże. Myślę, że ta nasza decyzja, by jechać dalej przez Parno, była słuszna. Alternatywą byłoby czekanie przy dworcu 5 godzin. Autobus odjeżdża o 17:00. Słońce jeszcze wysoko nad horyzontem, możemy oglądać nadmorskie miasto. Rychło się okazuje, że autobus jedzie inną, niż się spodziewałem, trasą. Omija z południowej strony jezioro Võrtsjärv – największe z jezior należących w całości do Estonii i przyjeżdża przez Tõrvę. To dobrze, zobaczymy więcej kraju :)

W Parnu jesteśmy o 20:00. Przechowalni bagażu tu nie ma, zresztą dworzec jest już zamknięty. Ubieramy się cieplej i idziemy w kierunku reprezentacyjnego deptaku Rüütli. Dziewiętnastowieczna cerkiew św. Katarzyny przy Lastepark jest zamknięta, jedynie zgarbiona staruszka w chuście na głowie porządkuje rabatki. Musimy zadowolić się widokiem lśniących w promieniach zachodzącego słońca cebulastych kopuł. Deptak – wybrukowany, rzecz jasna, kocimi łbami – jest praktycznie pusty. W drewnianych lub murowanych i co najwyżej jednopiętrowych domach znajdują się kawiarnie i restauracje, lecz – o dziwo! – są zamknięte. Widać jest jeszcze przed sezonem. Ale nawet po 22:00, gdy będziemy wracać i gdy będą zaświecone miejskie latarnie – miasto będzie przygnębiające, puste i smutne...

Brakujące do odjazdu dwie godziny spędzamy na dworcowej ławce. Autobus z Tallinna do Wilna zjawia się punktualnie o wpół do pierwszej. Drogę na Litwę spędzamy we śnie.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej