Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
"Nieźle huśtało!| | Mamy nocleg, łódka załatwiona | W namorzynowym lesie | Rysunki naskalne Taino | Polityczne zawiłości
A zatem, postanowione! Jedziemy do Samany, a potem przyprawimy się przez zatokę Bahia del Samana do Sabany de la Mar. W ten sposób ułatwimy sobie dojazd do Parque Nacional Los Haitises. Alternatywą byłby daleki objazd przez Sabana Grande de Boyá.
Wcinamy szybko śniadanie i idziemy na główną, wylotową ulicę z miasteczka. Tu będziemy łapać busa do Samany, skąd, jak liczymy, odpływają łodzie na drugą stronę zatoki. Autobus jedzie jakąś dziwną, krętą drogą, widoki są ładne, ale dla nas liczy się przede wszystkim czas. Na miejsce docieramy około 9:00. Dopiero o 9:00!
Miasteczko jest niewielkie, położone na wzgórzach nad zatoką, a punktem orientacyjnym jest Catedral de Samana, biały kościół z dwiema wieżami. Kierujemy się do portu. Musimy najpierw ustalić, o której godzinie kursują statki do Sabana de la Mar. O ile w ogóle dzisiaj kursują. Przy molo zacumowanych jest kilkanaście łódek i większych jednostek. Są tu też pełnomorskie jachty, na ich pokładzie kręcą się jacyś ludzie, chłopak coś naprawia, inny znosi paczki. Zapewne wyprawiają się na inną wyspę karaibską. W porcie uzyskaliśmy informację, że statek popłynie o 10:00. Cena za przejazd jest akceptowalna – 100 DOP od osoby. Zostało nam trochę czasu, idziemy na krótki spacer po okolicy.
Tymczasem na wąskim molo gromadzi się coraz więcej chętnych pasażerów.
– Wygląda na to, że popłyniemy.
Koło 11:00 na statku, którym popłyniemy, zaczyna się ruch. Kilku mężczyzn wchodzi na pokład, sprawdza coś w maszynowni, taszczą na pokład kanistry z paliwem.
Na pokład wchodzi około 25 osób, płynie z nami jeszcze dwóch białasów. Miejscowi podróżują z dużymi pakunkami i często z dziećmi. Ale z pewnością nie wybrali się na wycieczkę krajoznawczą. Przepływamy najpierw obok długiego mostu łączącego półwysep z niewielką tropikalną wysepką. Zanim wypłyniemy na "szerokie wody", oglądamy przepiękną tęczę, która olbrzymim łukiem spięła obie strony półwyspu Semana. Fale w zatoce Semana nie są może wielkie, ale zwiększamy prędkość i zaczyna nieźle huśtać. Każde uderzenie dziobu o wodę powoduje głośne chlaśnięcie i wywołuje u pasażerów śmiech pomieszany ze strachem.
Rejs nie jest długi, wszystkiego może jedna godzina. Południowe wybrzeże pokryte jest gęstym zielonym lasem, tu raczej piaszczystych plaż się nie znajdzie. Nad morzem dominują lasy namorzynowe, gdzieniegdzie wyrastają wysoko palmy.
Port w Sabana de la Mar jest jeszcze skromniejszy. To właściwie 100-metrowe molo, przy którym cumujemy.
– No i jak, Małgosiu, podobało się?
– Nieźle nas wyhuśtało, ale fajnie, tak.
– Dobrze, musimy się teraz zorientować w transporcie do parku narodowego i wynajęcia łódki.
Pobliski Park Narodowy Los Haitises jest jednym większych parków narodowych w Dominikanie i zajmuje niemal 1200 kilometrów kwadratowych w większości zalesionego terenu nadmorskiego. Oferuje możliwość poznania największego rezerwatu namorzynów na Karaibach, jaskiń z naskalnymi rysunkami, a także obserwacji endemicznyuch i migrujących ptaków w tropikalnym lesie.
Zaczepiam taksówkarza, potem drugiego i trzeciego motocyklistę, pytając o transport, w końcu trafiam na bardziej kumatego.
– Okej załatwię wam transport i łódkę za 2500 peso.
– Nie no, bez przesady, tyle co nie damy, sorry.
Negocjacje trwają jeszcze chwilę staje na dwóch tysiącach. Nie chcę wybrzydzać, bo jest już południe. Do parku narodowego stąd jest około 10 kilometrów, a zmrok zapada o 18:00.
– Dobra, znasz jakiś tani hotel?
– Tak, mogę was tam podrzucić.
– Jak się nazywa, to daleko? – dopytuję, bo chcę uniknąć kosztów za dodatkową usługę.
– El Triangulo. Bardzo dobry hotel.
– Słuchaj. Nam zależy, żeby hotel był tani, a nie dobry…
– Tak. On jest tani i dobry.
– Ok, sprawdzimy.
– Podwiozę was. To tylko kilometr.
– Nie trzeba. My się przejdziemy i spotkamy się za godzinę pod hotelem, ok?
– Tak, okay, będę czekać.
Hotel El Triangulo znajduje się przy głównej drodze. Przechodzimy przez blaszaną bramę, w środku obszerne podwórze z szeregiem pokojów na dwóch kondygnacjach. Przed jednym z nich w niewielkich, drucianych klatkach trzymane są pojedynczo koguty. Odnajdujemy coś, co można nazwać recepcją.
– Są wolne pokoje?
– Jasne. 1000 peso.
Nasz pokój jest na parterze, całkiem spory i z łazienką. Niewielkie okno na dziedziniec nie daje dużo światła w środku.
– Nie rozumiem, dlaczego oni tu tak budują domy.
– Co masz na myśli?
– Te małe okna. Nie przypominam sobie, by gdziekolwiek w Ameryce Środkowej miałem pokój z dużym oknem.
– Albo w ogóle bez okna, jak w tym pierwszym hostelu w Santo Domingo…
– …i kiedyś w Santiago de Chile.
– O nie! Tam było okno wewnętrzne do holu.
– Może szkło tu drogie, ale bez przesady.
Faktem jest, że hotele, nie licząc tych w resortach zbudowanych dla turystów amerykańskich i europejskich, mają skromne okna.
Patrząc wstecz na moje trampingi, uświadamiam sobie, że właściwie wszędzie okna są małe. Tak było przecież w egipskich hotelikach, tak było w Indiach i wielu, wielu krajach w Azji. W Polsce przyzwyczailiśmy się do jasnych słonecznych pokoi, hotel z „ciemnicami”, jak tutaj, w Ameryce, splajtowałby z powodu braku gości. A przecież w naszej części kontynentu w zimie panują dużo niższe temperatury i straty ciepła są znacznie większe. A może to właśnie chodzi o to, by gorące powietrze nie nagrzewało tu pokoju? Nie wiem.
Chłopak od motocyklu pojawił się już wraz z kolegą i we dwa motory jedziemy do parku narodowego.
Po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Niewielka polanka na skraju lasu, obok dom nad kanałem, przy którym stoi łódka.
– Poczekajcie tutaj – mówi chłopak i zeskakuje z motocykla.
Rozmawia z jakimś gościem przy przystani przez dłuższą chwilę. A im dłużej rozmawia, tym bardziej martwię się, czy jego obietnice załatwienia łódki zostaną spełnione. Zdaje się przewoźnikowi, to znaczy właścicielowi łódki, nie za bardzo chce się płynąć tylko z dwójką turystów. Właśnie podpłynęła do przystani łódź z szóstką turystów. Perswazje chłopaka są jednak skuteczne i Dominikańczyk zgadza się nas wziąć. Jeszcze upewniam się, jak długo będziemy pływać.
– Trzy godziny. Będzie się wam podobać. Ja będę tu na was czekać.
Myślę, że 1000 peso, czyli 70 złotych od osoby, to dobra cena za wycieczkę wraz z transportem motocyklowym.
– Hey, gringos, wsiadajcie! – woła do nas starszy mężczyzna.
Łódź ma daszek osłaniający przed upałem, zajmujemy miejsca przy dziobie. Płyniemy wąskimi kanałami, wokół las namorzynowy. Splątane korzenie są sczerniałe w dolnej części, to wskazuje na zakres zmian poziomu wody. Z konarów zwisają korzenie powietrzne, dodając specyficznego nastroju do tej scenerii. Korony drzew nachylają się nad wodą, tworząc zielony tunel. Przez moment mogę się poczuć, jak bohaterowie "Zaginionego świata" Conan Doyla lub eksloratorzy źródeł Amazonki. Powoli wyprzedzamy niewielką łódkę z dwoma wioślarzami. Wypatrujemy ptaków – jest ich tu stosunkowo mało, gdyż las jest gęsty, ale na konarach i korzeniach namorzynowych spotykamy czasem czaple modre (Ardea herodias) i czaple śnieżne (Egretta thula) z charakterystycznymi żółtymi stopami. Trafiam również na niewielkiego biało-brązowego ptaka z czarną przepaską na głowie. Podobny jest do brodźca piskliwego (Actitis hypoleucos) ale wiem, że ten gatunek nie występuje w Nowym Świecie. Chyba, że trafił się jakiś trampingowiec ;-).
Kanał, którym płyniemy, dołącza do szerszego, tu spotykamy płynące w przeciwnym kierunku większe łodzie z kilkudziesięcioma pasażerami. Wypływamy w końcu na szerokie wody zatoki i posuwamy się równolegle do brzegu. Roślinność jest gęsta, bujna i chciałoby się w niej zanurzyć. Nie wiem, z jakiego powodu wzbudza u mnie uśmiech, a nawet radość. Przepływamy koło słupów wbitych w dno zatoki. Zapewne jest to część zniszczonej konstrukcji molo. Na każdym słupie siedzą rybitwy królewskie (Thalasseus maximus) z dużym, pomarańczowym dziobem i czarnym czubem oraz pelikany brunatne (Pelecanus occidentalis). Te ostatnie są znane z widowiskowego sposobu polowania – nurkowania z powietrza wprost do wody. Carlos, nasz „kapitan", zna potrzeby turystów i zakręca kółko wokół słupów, pozwalając na obfotografowanie ptaków.
Płyniemy wciąż w niewielkiej odległości od nabrzeżnych skał. Wznoszą się pionowo, porośnięte są krzakami i pnączami. Wszystko to wygląda bardzo dziko i egzotycznie. Znów wpływamy w kanał, który, wijąc się w prawo i w lewo, doprowadza nas do chybotliwego pomostu. Tu wyskakujemy i idziemy za naszym "kapitanem", który przeistoczył się w przewodnika lądowego. Mijamy tablicę z napisem Cueva de La Linea i ostrzeżeniem „Area resbaladiza camine con cuidado”, czyli „śliski teren ostrożnie stąpać”, jak to sobie później przetłumaczyłem. Dominikańczyk zachęca nas gestami do wejścia w szczelinę w zboczu. Jaskinia ma bardzo skromną szatę naciekową, ale o jej atrakcyjności stanowią obrazki naskalne przedstawiające zwierzęta i ludzi. Carlos, co prawda nie mówi zbyt po angielsku, ale ma latarkę i jej promieniem wskazuje położenie rysunków. Oficjalnie uznaje się, że to działalność artystyczna Indian z plemienia Taino zamieszkujących wyspę od czasów prekolumbijskich. W kolejnej komorze jeszcze więcej obrazków: coś, co przypomina kurę, jest więcej ptaków, być może kot i postać wojownika, bardzo groźnego szamana. Te motywy powtarzają się w różnych częściach groty. Niestety moja wrodzona, czy też nabyta podejrzliwość, a raczej nieufność każe mi zastanowić się, czy aby to nie podretuszowane lub wręcz współczesne obrazki.
– Chodźmy dalej – pospiesza Carlos.
Wracamy na łódkę i po przepłynięciu kilometra znów cumujemy przy brzegu. Ta część lasu jest bardziej sucha, rosnie tu, między innymi, reo meksykańskie (Tradescantia spathacea) z długimi liśćmi zebranymi w rozetę, których spodnia strona wybarwiona jest na ciemnopurpurowo. Roślina zwana jest "Mojżeszem w kołysce" z racji małych białych kwiatów wewnątrz "gniazda" rozety. Niestety nie rozpoznaje większości gatunków.
Wchodzimy do kolejnej groty. Ta cueva tworzy kilka połączonych komnat i to z widokami na morze. Szata naciekowa jest bogatsza, z sufitu zwisają resztki stalaktytów.
Czas na powrót. Teraz, gdy płyniemy łodzie z pełną prędkością, rozmyślam, jak łatwo obecnie tutaj można podróżować i jak wielkie problemy musieli napotykać ci, którzy odkrywali te ziemie. Bagniste tereny północnej części Hispanioli wydają się nie do pokonania a przejście przez las namorzynowy – praktycznie niemożliwe.
Wracamy motorem do centrum hotel i rozliczamy się. Właściwie dopiero teraz rozpakowujemy się. Nasz pokój jest całkiem spory i ma łazienkę.
– Może coś zjemy? – proponuję.
– Piotr, właśnie miałam się o to upomnieć, bo jestem już głodna!
Restauracja czy raczej knajpka na rogu świeci pustkami o tej porze. Znudzona obsługa wpatruje się w telewizor, dwóch klientów rozmawia po skończonym posiłku.
– Albo się wszyscy tu otruli albo jadają w innych godzinach. Na co masz ochotę?
Małgosia patrzy na mnie z dezaprobatą.
Bierzemy ryż z warzywami (brokuły, marchewka i kapusta) i smażonymi bananami. Z jakiego zwierzęcia są kawałki mięska oblane sosem pomidorowym, nie wiem, nie będę zgadywać.
Dochodzimy do hotelu, gdy niebo zalewa białe światło błyskawicy, rozlega się przeraźliwy grom, a w sekundę później z nieba płyną strugi deszczu. Chronimy się pod okapem.
– Mam nadzieję, że nie będzie długo lało – mówi Małgosia.
– Za chwilę przestanie, popatrz na chmury. Tam się już przejaśnia…
Faktycznie chmury szybko przelatują i po 10 minutach deszcz ustaje.
– Co robimy? – zastanawiam się – jest dopiero 17:00...
– Przecież nie wrócimy do tej naszej "ciemnicy". Chodź na spacer.
Ruszamy w kierunku wybrzeża. Miasto sprawia wrażenie sympatycznego, zadbanego. Parterowe lub piętrowe domy toną w zieleni, wiele drzew i krzewów kwitnie. Mieszkańcy zadbali nawet o upamiętnienie popiersiem Elupiny Cordero (1892-1939) – niewidomej zakonnicy, która służyła najbardziej potrzebującym i chorym, a nawet dokonała szeregu cudów. Między innymi modliła się tak długo przy zranionym siekierą mężczyźnie, aż krew przestała lecieć. Jak dla mnie – rewelacja!
Licząca dziś 10 tysięcy Sabana de la Mar została założona w 1760 r. przez hiszpańskiego brygadiera Diego Delirę, który dowodził oddziałami stacjonującymi nad zatoką. Do tej pory jednak zachowało swój prowincjonalny, by nie powiedzieć wiejsski charakter. Widać dużo drewnianych domów z gankami i werandami. Okiennice są często zamknięte, co sugeruje, że mieszkańcy się z nich wynieśli. Oglądamy również sporo opuszczonych domów murowanych. Są zrujnowane i pokryte graffitti i hasłami. Przystajemy przy takiej ruinie. W oczy rzuca się wielki napis „La raza inmortal” ("Nieśmiertelna rasa"), który początkowo sugueruje treści rasistowskie. W rzeczywistości raza odnosi się do "ludu", "wspólnoty". Powyżej widniej starszy, starannie wykaligrafowany napis „Partido Nacional de Veteranos Civiles”, więc prawdopodobnie była tu kiedyś siedziba organizacji o charakterze polityczno-historycznym. Odrapana fasada ozdobiona jest również dużym graffiti przedstawiającą grupę mężczyzn. To kombatanci, uczetnicy lewicowego ruchu rewolucyjnego w Dominikanie, który powstał po próbie obalenia reżimu Trujillo w 1959 r. – wydarzeniu znanym jako ekspedycja z Constanzy, Maimón i Estero Hondo. Potwierdza to zielono-czarna flaga ruchu Movimiento Revolucionario 14 de Junio, pozbawiona, co prawda, białych elementów „14” i „J”. Nieco dalej hasło ¡Salvemos el Casón! zachęca do wsparcia kampanii na rzecz odbudowy i ochrony zabytkowego drewnianego domu La Casona de Sabana de la Mar zbudowanego w 1917 roku i ogłoszonego pomnikiem narodowym w 2008 roku. Na murach w pobliżu widzimy "światowy" slogan: "DIOS PATRIA LIBERTAD", a dalej portret Juana Pablo Duarte y Díeza oraz cytat "Vivir sin patria es lo mismo que vivir sin honor". Jest to słynne zdanie przypisywane temu Ojcowi-założycielowi Republiki Dominikany. Dla Duarte życie bez wolnego i suwerennego narodu było równoznaczne z brakiem godności i zasad moralnych.
Cóż jednak może znaczyć wolność i suwerenność ludu, jeśli sytuacja ekonomiczna się pogarsza i brakuje pracy? Na wybrzeżu widzimy kilka zniszczonych, porzuconych zapewne przed latami, łodzi. Przyglądamy się pracy rybaków wracających z połowu. A raczej z nieudanego połowu, bo jakoś ryb na łodzi nie widzę. Jedyną nadzieją dla tego regionu tradycyjnie żyjącego z rybołóstwa zdaje się być turystyka. Obecność parku narodowego oraz możliwość skrócenia drogi z Punta Cana na półwysep Samana dają taką szansę.
Zbliża się wieczór, czuć już chłód, wracamy do hotelu. Wieczór spędzamy w naszej "ciemnicy".