Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
Kowboj schodzi z konia | Na plaży
Mamy zarezerwowane w Punta Cana dwa noclegi. Co prawda nie w wielkim resorcie dla białasów, a w skromnym hoteliku. Zapłaciłem 2300 peso, czyli 184 zł za 2 dni. Myślę, że cena okej. Ale żeby wyspać się w tym najbardziej znanym dominikańskim mieście, musimy tam najpierw dotrzeć. A przyjazd nie zapowiada się łatwo. Wiemy już, że nie ma bezpośredniego połączenia z Punta Cana. Północna droga nie jest typową trasą turystyczną. Mieszkańcy nam mówią, że najlepiej jechać do Santo Domingo i stamtąd brać autobus do Punta Cany. Być może, ale w stolicy Dominikany już byliśmy. Wolę wypróbować bezpośrednią drogę. To niby tylko 125 km. Zgodnie ze wskazówkami hotelarza idziemy na przystanek przy drodze wylotowej z Sabany.
Bus do Miches już stoi, lecz jest tylko w połowie zapełniony. Musimy poczekać przynajmniej pół godziny na kolejnych pasażerów, by ruszyć. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż zatoki Samana nie jest zbyt ciekawe. Pola, wioski, te widoki szybko nam się nudzą. Miches również nie jest zbyt interesującą miejscowością i niewiele tu jest do oglądania. Wysiadamy przy drodze wylotowej w kierunku Bavaro. Tu niestety czeka nas przykra wiadomość: autobus będzie dopiero za trzy godziny.
– Co robimy? Chcesz wrócić do miasta?
– Nie. Tam nic nie ma przecież. Sam widziałeś. Najwyżej tutaj gdzieś na spacer.
Zostawiamy plecaki w biurze i ruszamy w kierunku wybrzeża drogą wzdłuż Rio Yeguada, która uchodzi tu do morza. Z mapy wynika, że znajduje się tu Playa Bahia Esmeralda. Jest piaszczysta i powinna być całkiem pusta. Zanim do niej dojdziemy Małgosia się rozmyśla.
– Wiesz co? Nie chce mi się tam iść, wracajmy na dworzec.
– Mnie też nie chce się iść. Właściwie też mogę wracać.
Siadamy w barze, Małgosia bierze kawę.
– Widzisz go? – zwracam się do dziewczyny, pokazując trzydziestolatka siedzącego obok.
– Widzę. No i?
– Popatrz, co ma na nogach...
– Aaa!
Facet nosi wysokie skórzane buty z ostrogami. Pierwszy raz widzę taki obrazek.
W dalszą drogę udajemy się większym autobusem. Na ostatnim odcinku jedziemy już szybko drogą dwujezdniową. Wysiadamy w centrum Bavaro, podmiejskiej dzielnicy Punta Cana. Musimy jeszcze podjechać na wybrzeże oddalone o trzy lub cztery kilometry miejskim autobusem. Cała droga zajęła nam 6 godzin, a kosztowała około 40 zł.
Przed trzecią po południu meldujemy się w hotelu. Jak się okazuje. mieści się 4-piętrowym budynku, ma miniaturowy basen i olbrzymią recepcję. Tego nie da się powiedzieć o naszym pokoju, który jest stosunkowo nieduży. Ma jednak duże łóżko i łazienkę. Czegóż więcej nam potrzeba?
– Idziemy na plażę! – komenderuje Małgosia.
– Tak jest.
A co innego mielibyśmy dziś robić?
Brzeg morza jest oddalony od hotelu o 200 metrów, plaża jest piaszczysta, a woda przybrała turkusową barwę. Dziesiątki a może setki wysokich palm i błękitne niebo poznaczone białymi obłokami dopełniają tego rajskiego widoku. To z tego powodu Punta Cana i okolice cięszą się taką popularnością wśród turystów. Dziś nawet tłumów na plaży nie ma. I chociaż na styczeń przypada szczyt sezonu, to przed niektórymi hotelami z dostępem do plaży większość leżaków nie jest zajęta. Wieje coraz silniejszy wiatr, pióropusze palm łopoczą na wietrze. Może dlatego tak niewiele osób się kąpie. Bo przecież nie z powodu temperatury wody w Morzu Karaibskim: ta jest bardzo odpowiednia: 25 °C. Silny wiatr wiejący w stronę lądu i wyższe niz zwykle fale sprawiły, że czysty piasek pokrył się wstążką brązowych wodorostów.
Na razie i my nie będziemy się kąpać. Wędrujemy wzdłuż plaży tam i spowrotem, głównie po to, by się rozeznać w okolicy. Przy okazji oglądamy zmagania kitesurferów wykorzystujących wietrzne warunki.
– Teraz chciałabym się poopalać – stwierdza Małgosia.
Mówisz i masz. Rozkładamy się na ciepłym piasku, Małgosia ściąga bluzkę i podciąga nogawki spodenek. Absolutnie zasłużyła na ten relaks. Opalamy się do momentu, gdy słońce skryje siuę za palmami.
Wieczorem skromna kolacja (nie znaleźliśmy otwartego sklepu w okolicy), prysznic i do spania.