Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]

Barcelona – Berlin – Kraków

środa – czwartek, 31 I – 1 II 2018


Długie oczekiwanie | Masz coś do jedzenia? | To nie były wczasy!


Pierwotnie mieliśmy przylecieć do Barcelony koło 10:00 rano. Była koncepcja, że pójdziemy sobie na pół dnia do odległego o trzy kilometry parku. Oczyma wyobraźni widziałem nas delektujących się „zaległym” hiszpańskim winem. Wzburzało to niepomiernie Małgosię.

– Co ty?! Będę piła na ławce z butelki jak jakiś menel?

– Mamy kubki…

Iberia zmieniła jednak połączenie tak, że zostały nam tylko 4 godziny oczekiwanie na samolot do Berlina. Korzystamy z tego, że bagaż mamy ze sobą i szybko opuszczamy budynek terminalu. Wahadłowym, darmowym autobusem podjeżdżamy do terminalu T2, skąd startują samoloty Ryanaira. Trochę bezproduktywnie tracimy początkowo czas w hali odlotów. Nawet tu w Unii Europejskiej nie mam połączenia w mojej komórce, wściekam się.

– Może pójdę coś kupić w okolicy – proponuję.

Ustalam spodziewaną godzinę powrotu i zostawiam Małgosię. Dzień jest słoneczny, powietrze chłodne, rześkie. Na podstawie mapy offline ustalam położenie dwóch marketów w pobliżu lotniska (3 km) i ruszam według wskazań GPS. Wokół lotniska rozciąga się, jak to zwykle bywa, plątanina dróg dojazdowych do terminali i całej infrastruktury lotniskowej. Nie przewidziano tu chodnika dla pieszych. A wysokie barierki wzdłuż dróg nie ułatwiają spaceru „na azymut”. Poddaję się po pół godzinie. Gdybym pobiegł, zdążyłbym, ale nie mam już ochoty. Wracam do Małgosi.

Na Schönefeld jesteśmy po 19:00. Szkoda, że lot był tak krótki, bo teraz czeka nas 5 godzin oczekiwania na PolskiegoBusa, który odjeżdża dopiero po północy. Oczywiście, lepiej byłoby wracać z Barcelony bezpośrednio do Krakowa lub przynajmniej do Warszawy, ale, mając do wyboru bilet za kilkaset złotych do Krakowa lub przelot do Berlina za 120 zł i autobus za 20 zł, wybraliśmy to drugie rozwiązanie.

Styczniowe temperatury nie zachęcają nas do wychodzenia z poczekalni. Tu przynajmniej włączone są grzejniki.

– Mamy jeszcze coś do jedzenia? – pyta Małgosia.

– Tak. Ciastka i czekoladę.

– To czekolada jeszcze przetrwała?

– Chcesz? – wyciągam mocno zdeformowaną tabliczkę czekolady.

– Wolę ciastka. I napiłabym się kawy. Bo inaczej tu chyba zasnę.

– Zaraz ci przyniosę kawę z automatu, poczekaj.

Godziny biegną powoli. W poczekalni przybywa coraz więcej Polaków i osób zza wschodniej granicy. Czekamy razem na autobus do Krakowa.

– Małgosiu, muszę się przejść, ja tu skisnę – dopinam ortalion pod szyją i spaceruję przez 10 minut po parkingu.

– Brrr! Zimno! – mówię po powrocie i kładę ręce na grzejniku.

– Trzeba było zostać w Dominikanie.

Odjeżdżamy PolskimBusem zgodnie z rozkładem. Na krakowskim dworcu jesteśmy po 8:00. Małgosia wraca do domu, ja jadę do pracy. Mam tam przygotowane rzeczy do przebrania i maszynkę do golenia. Uprzedziłem, że spóźnię się dzisiaj.

Jaki był ten wyjazd? Przede wszystkim jestem bardzo zadowolony, że był to prawdziwy tramping, a nie jakieś wczasy, jak to mówią ludzie, „na Dominikanie”. Na wyspie przejechaliśmy autobusami i autostopem w sumie 1400 kilometrów. Po drugie bardzo się cieszę, że byłem w Haiti, kraju tak rzadko odwiedzanym przez Polaków. Co mi się podobało? Generalnie przyroda: lasy w Kordylierze Centralnej, krajobrazy nad jeziorem Enriquillo, lasy mangrowe w parku narodowym Los Haitises, wodospady na półwyspie Semana. Podobała mi się również postkolonialna architektura miast dominikańskich i kolorowe autobusy w Haiti. Podobne obrazki widywałem już w Ameryce Środkowej, nie były więc dla mnie nowością. Nie czułem się więc obco w obu odwiedzonych tym razem państwach.

Dominikana okazała się krajem łatwym do podróżowania, względnie tanim. Nie było problemów ze znalezieniem tańszych noclegów także w miejscowościach nadmorskich. Gorzej pod tym względem było w Haiti: mały wybór towarów w sklepach, ceny stosunkowo wysokie, no i skromna baza noclegowa. Być może kiedyś Haiti stanie się bardziej przyjazne dla turystów. Koszt wyjazdu uznaję za akceptowalny. Dwutygodniowy tramping kosztował mnie 2700 złotych. Zaważyła na tym przede wszystkim rewelacyjna cena biletów do Punta Cany (niecałe 900 zł a z dolotami niecałe 1200 zł).

Haiti, druga co do wielkości wyspa Karaibów, z pewnością warta jest dłuższego pobytu. Gdybym miał wracać tam jeszcze raz, z pewnością chciałbym udać się w góry, mógłbym popłynąć „na wieloryby" i zobaczyć więcej w zachodniej części wyspy. Karaiby to jednak więcej niż Dominikana i Kuba, państw wyspiarskich w regionie jest kilkanaście i raczej to na nich skupię się w trudnej do przewidzenia przyszłości.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej