Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]

Bavaro – Punta Cana

wtorek, 30 I 2018


Życie plażowe | Chłopak bez wyobraźni | Odlatujemy


Dziś ostatni dzień plażowania.Teraz z perspektywy czasu żałuję, że nie zostaliśmy jeszcze jednego dnia w Haiti. Ale cóż. Tamta decyzja o przyspieszonym powrocie do Dominikany wynikała z zastanej sytuacji: małej dostępności tanich noclegów i wysokich cen w sklepach. Wydawało się, że ta spontaniczna decyzja jest optymalna. Może gdybym postawił na swoim, miałbym teraz większą satysfakcję z wyjazdu do Haiti? Pozostało uczucie niedosytu. Ale przecież nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Na trampingu trudno przewidzieć różne sytuacje i okoliczności. Ale teraz, gdy spędzamy trzeci dzień na plaży pod Punta Cana, nachodzą mnie myśli, że nie dość aktywnie przebiega ten wyjazd. Nie mogę zbytnio naciskać Małgosi, to i tak cud, że chciała tu ze mną przyjechać. Przecież wciąż pamiętam, że po powrocie z Ameryki Południowej odgrażała się, że już nigdy nie pojedzie ze mną na tramping!

Po śniadaniu pakujemy się i zostawiamy plecaki w recepcji. Zapowiadamy, że wrócimy z plaży dopiero po południu. Rozkładamy na piasku nasze cienkie śpiwory i smażymy się. Dziś idealna, słoneczna pogoda, ani jednej chmury na błękitnym niebie, wiatr również ustał. Pojawiło się więcej ludzi na plaży, ale wciąż mam wrażenie, że jest poza sezonem. Nie spodziewałem się takiej pustki w miejscowości tak turystycznej. 20-kilometrowa Playa Bavaro jest uważana za jedną z najbardziej atrakcyjnych plaż w regionie Punta Cana. I powinno tu być znacznie więcej ludzi niż przy położonej bardziej na zachód Playa Macao. Tam, ze względu na niewielką liczbę hoteli, mało kto, poza miejscowymi, korzysta z plaży. Słynie z szerokiego, złotego piasku, otoczenia palm oraz spektakularnych fal, które czynią ją rajem zarówno dla surferów, jak i osób szukających dzikiej, dziewiczej natury z dala od wielkich kurortów. Inny charakter mają plaże położone na wschodnim wybrzeżu wyspy. Na przykład Playa Juanillo to ekskluzywna, spokojna plaża położona w zamkniętym kompleksie Cap Cana na Dominikanie, około 15 minut od lotniska w Punta Cana. Słynie z pudrowobiałego piasku, wysokich palm i turkusowej wody, oferując znacznie mniej zatłoczoną alternatywę dla popularnej Playa Bávaro. Chyba nie musze dopowiadać, że ceny noclegów w tamtym regionie często leżą w zakresie 500-2000 złotych za dobę?

Najbliższe godziny spędzam z Małgosią opalając się, kąpiąc i spacerując. Mam wrażenie, że podobnie to już wczoraj opisałem. Ale cóż innego można robić na plaży? Jakie atrakcyjne wspomnienia można przywieźć znad morza? Nie ma tu rafy koralowej, została już dawno zniszczona przez rybaków i turystów. Niedostępny jest dla mnie surfing, windsurfing i kitesurfing. Może i bym polubił takie sporty, ale życie w oddalonym od morza i jezior Krakowie nigdy nie wykształciło we mnie morskich, czy też żeglarskich zapędów. Po prostu nie ciągnie mnie do wody!

Obserwuję więc tutejsze życie plażowe. Muskularnych młodzieńców z wytatuowanymi ramionami i plecami, zgrabne dziewczyny w bikini, starszyznę wygrzewającą się na piasku. Na szczęście niewiele w pobliżu krzyczących dzieciaków. Około południa "statek korsarski" wypływa w kolejny rejs. Na pomoście ustawiła się 120-osobowa kolejka wycieczkowiczów w pomarańczowych kapokach. Na pewno czeka ich wiele atrakcji. Tylko czy przeżyją w tym ścisku?

O 15:00 mam już dość.

– Małgosiu, jesteś już pięknie opalona!

– Myślisz, że wystarczy? – dziewczyna przygląda się swej brązowej skórze.

– Absolutnie tak!

– Jeszcze chwileczkę... – mówi i odwraca się na plecy.

Grhhh!

Lot do Barcelony jest o 20:20. Po powrocie z plaży bierzemy prysznic, korzystając z tego, że nasz pokój jest jeszcze wolny. Opuszczamy hostel tuż po 16:00. Na rogu ulicy, skąd odjeżdżają autobusy do Veron, siedzi miejscowy chłopak.

Parada para Veron aqi? – pytam swoją płynną hiszpańszczyzną.

Chłopak potwierdza i coś tam jeszcze mamrocze po swojemu. Po chwili podjeżdża autobus do Laguna Coco.

– Idź sprawdź, czy możemy nim jechać – woła Małgosia.

Nie możemy.

Proxima – mówi kierowca i kręci głową.

Trochę się nam dłuży czas. Podjeżdża motocyklista i proponuje podwózkę na lotnisko.

– Zabawne. Czy on nie ma wyobraźni, proponując przejazd na lotnisko motorem dwóm osobom z czterema w sumie plecakami? – zastanawiam się głośno.

Małgosia chce coś odpowiedzieć, ale macham ręką, widząc nadjeżdżający autobus.

– Jedzie nasz – mówię, chwytam swój plecak i wpycham się przednim wejściem.

Kierowca mruczy, że wsiada się środkowym. OK. Następnym razem.

Jedziemy. Autobus wyjątkowo zatłoczony, ale moja siwizna zachęca lokalsów do ustąpienia miejsca.

Gracias, de nada – uśmiecham się i oddaję miejsce Małgosi.

Przejazd trwa wyjątkowo długo, choć to tylko 10 kilometrów. Po 30 minutach wysiadamy pod jakimś centrum handlowym z wielką kolejką do bankomatu (ciekawe; muszę sprawdzać czy w dniu wypłaty w Polsce też są kolejki).

Donde supermercado aqi? – pytam zaspanego młodzieńca.

Jest gotów nas tam zaprowadzić. Nic z tego, wystarczy wskazać nam kierunek. Kupujemy wodę za 30 DOP. Małgosia bez słowa przechodzi przez ruchliwą ulicę – zauważyła punkt gastronomiczny po drugiej stronie. Ja jakoś nie zajmuję sobie głowy takimi głupstwami, jak brak obiadu. Już przymierzamy się do zakupu empanad podobnych do tych, które jedliśmy w Ameryce Południowej parę lat temu, gdy Małgosia dostrzega we wnętrzu budynku knajpkę.

– Chodź, tam pewnie będzie coś lepszego do zjedzenia – zachęca Małgosia.

Bierzemy wołowinę podawaną osobno w misce, makaron i pieczony banan (2 razy 150 DOP).

Pozostaje teraz podjechać na lotnisko. Na szczęście na tym odcinku autobusy (po 50 DOP) kursują często, więc pół godziny później jesteśmy na miejscu. Trochę żałuję, że dziś dzień przeleciał bez większych atrakcji.

Odprawa przebiega bez zakłóceń, odlatujemy do Barcelony z niewielkim opóźnieniem.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej