Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]


Jarabacoa

środa, 24 I 2018


Wókół nas Cordillera Central | Złota kolonia? | Gdzie ten hostel? | Motorem do wodospadu | | | |


– Jak ci się spało? – pytam Małgosię po przebudzeniu.

– No, dużo lepiej niż tam w tym okropnym... no...

– W Petionville.

– No, właśnie!

– Oj, nie było tam najgorzej… A miejsce było niezwykłe… Idę do kuchni, by zagotować wodę na kawę.

– Zrobię śniadanie i zbieramy się. Z czym chcesz chleb: z pasztetem czy z pasztetem?

Małgosia wskoczyła pod prysznic i nie słyszy mnie.

Plan na dziś jest następujący: przejechać do Jarabacoa, a potem albo przejść się po okolicy albo podjechać nad wodospad. Mamy zarezerwowany nocleg w jakimś hoteliku. Pozostaje teraz przetransportować się na dworzec autobusowy. Po śniadaniu zostawiamy klucze w drzwiach i zatrzaskujemy bramę wejściową. Bierzemy na ulicy taksówkę czy coś, co wygląda na taksówkę.

– Caribe Tours – mówię do kierowy, ten kiwa głową.

O 8:00 jesteśmy na miejscu. Płacę 200 DOP (18 PLN), może trochę przepłacając. Teraz szybko trzeba odszukać właściwy autobus.

– Aaaa! Jarabacoa… – pani w okienku się uśmiecha. – Si, señor, 300 pesos por persona.

Cena biletów jest do przełknięcia, za chwilę odjeżdżamy. W autobusie będziemy jedynymi białasami.

Wyjeżdżamy ze stolicy drogą nr 1 wiodącą do oddalonego o 320 kilometrów Monte Cristi na północnym wybrzeżu wyspy. Pierwsze kilometry pokonujemy w żółwim tempie, przeciskając się przez korki na wylotowej drodze. Do Santo Domingo „przykleiło się” parę miasteczek, przejeżdżamy przez nie odnotowując zmian w zurbanizowanym krajobrazie. Teren jest lekko pofałdowany, zalesiony, zwłaszcza na wzgórzach. Wjeżdżamy w szeroką dolinę rzeki Maimon. Po lewej stronie wznoszą się coraz wyżej góry, to Kordyliera Środkowa. Ciągnie się z południowego wschodu na północny zachód, aż po brzeg morza w Haiti. Gdzieś tam, pośrodku 360-kilometrowego łańcucha górskiego, wznosi się na wysokość 3175 m n.p.m. Pico Duarte – najwyższy szczyt na Karaibach. Przy dobrej pogodzie roztacza się z niego widok na całą wyspę Haiti. Góry poprzecinane są wzdłuż długimi dolinami, a las tropikalny, porastający doliny i grzbiety górskie, zdaje się być nie do przebycia. Przynajmniej po dominikańskiej stronie wyspy. Bo po drugiej, haitańskiej stronie, lasy zostały przetrzebione w wyniku rabunkowej gospodarki. Tu przynajmniej utworzono gigantyczny Parque Nacional Jose Armando Bermúdez. Z chęcią bym go odwiedził, poszwendał się po tych lasach i praktycznie bezludnych terenach. Niestety, ze względu na całokształt spraw, musimy się ograniczyć tylko do wizyty w jednym z większych miasteczek u podnóża gór.

Do Jarabacoa jest jeszcze ze sto kilometrów. Mijamy miasteczko Piedra Blanca. Niczym się nie wyróżnia spośród innych miejscowości w Dominikanie. Niepozorna jest również droga odchodząca na prawo pod estakadą. A jednak ta droga prowadząca do Cotuí – miasta założonego w początkach XVI wieku jest szczególna. Jadąc tą drogą, po dwudziestu kilometrów dotarlibyśmy do Pueblo Vieja – miasteczka, obok którego jeszcze do 1999 roku funkcjonowała należąca do państwa kopalnia złota. Wydobycie kruszcu spadało, kopalnia popadała w ruinę, właściciel ogłosił bankructwo. Produkcja złota metodą cyjankową spowodowała skażenie środowiska na dużym obszarze. I gdy wydawało się, że „złoty epizod” będzie wspomnieniem dla mieszkańców Pueblo, przyszli Amerykanie i Kanadyjczycy. Rząd Dominikany w obliczu trudności gospodarczych udzielił koncesji przedsiębiorstwom Barrick Gold i Newmont Goldcorp. Zapewne mało kto w Polsce kojarzy te firmy, ja zresztą też o nich wcześniej nie słyszałem. Trzeba jednak wiedzieć, Newmont jest największą korporacją wydobywającą złoto na świecie i posiada kopalnie nie tylko w Stanach Zjednoczonych (m.in. w Newadzie), ale również w wielu krajach świata, między innymi w Australii, Meksyku, Ghanie, Surinamie, Argentynie i właśnie tu, w Dominikanie. Natomiast większościowy udziałowiec, Barrick Gold, czerpie zyski w 13 krajach, głównie afrykańskich, ale też w Chile, Arabii Saudyjskiej i Papui-Nowej Gwinei. To dwa najwięksi producenci złota, a ich działania wpływają na światowe giełdy.

Barrick zainwestował miliard dolarów, niewyobrażalną dla Dominikany kwotę, dał pracę kilku tysiącom ludzi i w ciągu paru lat stworzył największą w Ameryce Łacińskiej i piątą na świecie kopalnię. A utworzona spółka joint-venture zaczęła zarabiać niewyobrażalne pieniądze, produkując rocznie 30 ton złota*/. Trudno sobie wyobrazić, jak bogaty byłby ten kraj, gdyby ów strumień pieniędzy trafiał w ręce Dominikańczyków. Kanadyjczycy i Amerykanie płacą za koncesję 3% wartości wydobytego kruszcu i będą płacić 30% podatku po zakończeniu procesu inwestycyjnego. Dziś, wokół Pueblo Vieja, na obszarze 50 kilometrów kwadratowych jest kilka gigantycznych dziur w ziemi, a dzienne zużycie cyjanku potasu potrzebnego do ekstrakcji złota wynosi 25 ton dziennie. Wkrótce wydobycie złota stanie się dla gospodarki Dominikany ważniejsze niż turystyka. Mieszkańcy prowincji są na ogół zadowoleni, mają pracę, a firmy obiecały rekultywować zniszczone ongiś tereny kopalni. Tym niemniej, w wielu krajach, także tu w Dominikanie, aktywiści protestują przeciwko Barrickowi oskarżając go o wykorzystywanie słabości innych gospodarek i przymykanie oczu na przestępstwa dokonywane na pracownikach kopalń.

Czas nam się dłuży, chociaż droga jest nowa i wygodna, jedziemy w tempie 50 km/h.

– Mam nadzieję, że już niedaleko – mówię do Małgosi, próbując zlokalizować położenie na mapie. GPS nie łapie sygnału.

– Co, wysiadamy już? – Małgosia podnosi głowę z dmuchanej poduszki.

Jedziemy już dwie godziny, a przyjechaliśmy może 70 km. Wydaje mi się, że skręcimy w lewo do Aroyo Frio. Ale, nie. Jedziemy dalej główną drogą. Trochę się denerwuję, czy na pewno dojedziemy do właściwej miejscowości.

– Jarabacoa? – pytam zniecierpliwiony kierowcę.

Pokazuje mi gestem, że jest jeszcze czas i że to dalej. Okej. Najbliższy przystanek mamy w Concepción de La Vega. Większość pasażerów wysiada, na dworcu, my zawracamy z powrotem na południowy zachód. Teraz już jestem pewien, że kierowca wie, dokąd ma jechać. Na tym odcinku droga, co prawda, jest asfaltowa, ale w kiepskim stanie. Wznosi się coraz bardziej, jedziemy powoli przez gęsty las tropikalny las, pokonując dziesiątki zakrętów. Zajeżdżamy na niewielki plac, który wydaje się być w centrum Jarabacoa.

– Dobrze, teraz poszukamy hostelu.

Sprawdzam adres i położenie na mapie w smartfonie. To niby kilka ulic dalej. Brakuje tu jednak tabliczek z nazwami ulic, idziemy według wskazań z GPS-a.

– Jesteśmy na miejscu – mówię dość niepewnym głosem.

– Na pewno to nie tutaj – oponuje Małgosia. – Nic tu nie ma.

Faktycznie. Stoimy pośrodku niczego, na jakimś pustkowiu.

– Wracamy! Musimy kogoś zapytać o hostel.

Podchodzimy do ludzi pracujących przy garażu, pytamy o Apartamento Primaveral. Nie, nie wiedzą, nie słyszeli. Najbliższą godzinę biegamy tam i z powrotem po uliczkach. Wiadomo już, że położenie hotelu jest błędnie pokazane, nazwa hostelu nic nie mówi mieszkańcom, a adres podany na Booking.com jest dla nich czystą abstrakcją.

Wreszcie ktoś dzwoni w naszym imieniu na telefon podany na Booking.com, rozmawia po hiszpańsku i przekazuje nam informację jak dojść. Na miejscu znajdujemy spory, piętrowy budynek z balkonami obiegającymi U-kształtne podwórko. Na parterze i na piętrze znajdują się pokoje do wynajęcia, jest i biuro, w którym zasięgamy dalszych informacji. Wyjaśnia się, że zabukowaliśmy nocleg w jakimś nowym obiekcie, o którym mało kto słyszał w miejscowości. Obsługa kontaktuje się z chłopakiem, ten przeprasza i tłumaczy, że będzie dopiero o 18:00.

– W porządku – przejdziemy teraz do miasta. Wrócimy wieczorem.

– Okej, nie ma sprawy.

Zostawiamy rzeczy w recepcji i idziemy do miasta.

– Co teraz robimy?

– Może byśmy coś zjedli. Jesteś głodna pewno, ja też.

W tak zwanym centrum pytamy o możliwość przyjazdu busem do wodospadu Salto de Jimenoa. Ponoć nie ma, okej wierzę. Proponują nam motocykl.

– Za pół godziny wrócę z kolegą – mówi chłopak i odjeżdża motorem.

W porządku. Ciekawe, czy dotrzyma obietnicy.

_____________________________

*/ RPA produkuje 100 ton rocznie, Polska zaledwie 600 kg…


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej