Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
Wokół nas Cordillera Central | Złota kolonia? | Gdzie ten hostel? | Motorem do wodospadu | Relaksujemy się | Między modlitwą a rozrywką
– Jak ci się spało? –
– No, dużo lepiej niż tam w tym okropnym... no...
– W Petionville.
– No, właśnie!
– Oj, nie było tam najgorzej… A miejsce było niezwykłe… Idę do kuchni, by zagotować wodę na kawę.
– Zrobię śniadanie i zbieramy się. Z czym chcesz chleb: z pasztetem czy z pasztetem?
Małgosia wskoczyła pod prysznic i nie słyszy mnie.
Plan na dziś jest następujący: przejechać do Jarabacoa, a potem albo przejść się po okolicy albo podjechać nad wodospad. Mamy zarezerwowany nocleg w jakimś hoteliku. Pozostaje teraz przetransportować się na dworzec autobusowy. Po śniadaniu zostawiamy klucze w drzwiach i zatrzaskujemy bramę wejściową. Bierzemy na ulicy taksówkę czy coś, co wygląda na taksówkę.
– Caribe Tours – mówię do kierowy, ten kiwa głową.
O 8:00 jesteśmy na miejscu. Płacę 200 DOP (18 PLN), może trochę przepłacając. Teraz szybko trzeba odszukać właściwy autobus.
– Aaaa! Jarabacoa… – pani w okienku się uśmiecha. – Si, señor, 300 pesos por persona.
Cena biletów jest do przełknięcia, za chwilę odjeżdżamy. W autobusie będziemy jedynymi białasami.
Wyjeżdżamy ze stolicy drogą nr 1 wiodącą do oddalonego o 320 kilometrów Monte Cristi na północnym wybrzeżu wyspy. Pierwsze kilometry pokonujemy w żółwim tempie, przeciskając się przez korki na wylotowej drodze. Do Santo Domingo „przykleiło się” parę miasteczek, przejeżdżamy przez nie, nie odnotowując zmian w zurbanizowanym krajobrazie. Teren jest lekko pofałdowany, zalesiony, zwłaszcza na wzgórzach. Wjeżdżamy w szeroką dolinę rzeki Maimon. Po lewej stronie wznoszą się coraz wyżej góry, to Kordyliera Środkowa. Ciągnie się z południowego wschodu na północny zachód, aż po brzeg morza w Haiti. Gdzieś tam, pośrodku 360-kilometrowego łańcucha górskiego, wznosi się na wysokość 3175 m n.p.m. Pico Duarte – najwyższy szczyt na Karaibach. Przy dobrej pogodzie roztacza się z niego widok na całą wyspę Haiti. Góry poprzecinane są wzdłuż długimi dolinami, a las tropikalny, porastający doliny i grzbiety górskie, zdaje się być nie do przebycia. Przynajmniej po dominikańskiej stronie wyspy. Bo po drugiej, haitańskiej stronie, lasy zostały przetrzebione w wyniku rabunkowej gospodarki. Tu przynajmniej utworzono gigantyczny Parque Nacional Jose Armando Bermúdez. Z chęcią bym go odwiedził, poszwendał się po tych lasach i praktycznie bezludnych terenach. Niestety, ze względu na całokształt spraw, musimy się ograniczyć tylko do wizyty w jednym z większych miasteczek u podnóża gór.
Do Jarabacoa jest jeszcze ze sto kilometrów. Mijamy miasteczko Piedra Blanca. Niczym się nie wyróżnia spośród innych miejscowości w Dominikanie. Niepozorna jest również droga odchodząca na prawo pod estakadą. A jednak ta droga prowadząca do Cotuí – miasta założonego w początkach XVI wieku jest szczególna. Jadąc tą drogą, po dwudziestu kilometrów dotarlibyśmy do Pueblo Vieja – miasteczka, obok którego jeszcze do 1999 roku funkcjonowała należąca do państwa kopalnia złota. Wydobycie kruszcu spadało, kopalnia popadała w ruinę, właściciel ogłosił bankructwo. Produkcja złota metodą cyjankową spowodowała skażenie środowiska na dużym obszarze. I gdy wydawało się, że „złoty epizod” będzie wspomnieniem dla mieszkańców Pueblo, przyszli Amerykanie i Kanadyjczycy. Rząd Dominikany w obliczu trudności gospodarczych udzielił koncesji przedsiębiorstwom Barrick Gold i Newmont Goldcorp. Zapewne mało kto w Polsce kojarzy te firmy, ja zresztą też o nich wcześniej nie słyszałem. Trzeba jednak wiedzieć, Newmont jest największą korporacją wydobywającą złoto na świecie i posiada kopalnie nie tylko w Stanach Zjednoczonych (m.in. w Newadzie), ale również w wielu krajach świata, między innymi w Australii, Meksyku, Ghanie, Surinamie, Argentynie i właśnie tu, w Dominikanie. Natomiast większościowy udziałowiec, Barrick Gold, czerpie zyski w 13 krajach, głównie afrykańskich, ale też w Chile, Arabii Saudyjskiej i Papui-Nowej Gwinei. To dwa najwięksi producenci złota, a ich działania wpływają na światowe giełdy.
Barrick zainwestował miliard dolarów, niewyobrażalną dla Dominikany kwotę, dał pracę kilku tysiącom ludzi i w ciągu paru lat stworzył największą w Ameryce Łacińskiej i piątą na świecie kopalnię. A utworzona spółka joint-venture zaczęła zarabiać niewyobrażalne pieniądze, produkując rocznie 30 ton złota*/. Trudno sobie wyobrazić, jak bogaty byłby ten kraj, gdyby ów strumień pieniędzy trafiał w ręce Dominikańczyków. Kanadyjczycy i Amerykanie płacą za koncesję 3% wartości wydobytego kruszcu i będą płacić 30% podatku po zakończeniu procesu inwestycyjnego. Dziś, wokół Pueblo Vieja, na obszarze 50 kilometrów kwadratowych jest kilka gigantycznych dziur w ziemi, a dzienne zużycie cyjanku potasu potrzebnego do ekstrakcji złota wynosi 25 ton dziennie. Wkrótce wydobycie złota stanie się dla gospodarki Dominikany ważniejsze niż turystyka. Mieszkańcy prowincji są na ogół zadowoleni, mają pracę, a firmy obiecały rekultywować zniszczone ongiś tereny kopalni. Tym niemniej, w wielu krajach, także tu w Dominikanie, aktywiści protestują przeciwko Barrickowi, oskarżając go o wykorzystywanie słabości innych gospodarek i przymykanie oczu na przestępstwa dokonywane na pracownikach kopalń.
Czas nam się dłuży, chociaż droga jest nowa i wygodna, jedziemy w tempie 50 km/h.
– Mam nadzieję, że już niedaleko – mówię do Małgosi, próbując zlokalizować położenie na mapie. GPS nie łapie sygnału.
– Co, wysiadamy już? – Małgosia podnosi głowę z dmuchanej poduszki.
Jedziemy już dwie godziny, a przyjechaliśmy może 70 km. Wydaje mi się, że skręcimy w lewo do Aroyo Frio. Ale, nie. Jedziemy dalej główną drogą. Trochę się denerwuję, czy na pewno dojedziemy do właściwej miejscowości.
– Jarabacoa? – pytam zniecierpliwiony kierowcę.
Pokazuje mi gestem, że jest jeszcze czas i że to dalej. Okej. Najbliższy przystanek mamy w Concepción de La Vega. Większość pasażerów wysiada, na dworcu, my zawracamy z powrotem na południowy zachód. Teraz już jestem pewien, że kierowca wie, dokąd ma jechać. Na tym odcinku droga, co prawda, jest asfaltowa, ale w kiepskim stanie. Wznosi się coraz bardziej, jedziemy powoli przez gęsty las tropikalny las, pokonując dziesiątki zakrętów. Zajeżdżamy na niewielki plac, który wydaje się być w centrum Jarabacoa.
– Dobrze, teraz poszukamy hostelu.
Sprawdzam adres i położenie na mapie w smartfonie. To niby kilka ulic dalej. Brakuje tu jednak tabliczek z nazwami ulic, idziemy według wskazań z GPS-a.
– Jesteśmy na miejscu – mówię dość niepewnym głosem.
– Na pewno to nie tutaj – oponuje Małgosia. – Nic tu nie ma.
Faktycznie. Stoimy pośrodku niczego, na jakimś pustkowiu.
– Wracamy! Musimy kogoś zapytać o hostel.
Podchodzimy do ludzi pracujących przy garażu, pytamy o Apartamento Primaveral. Nie, nie wiedzą, nie słyszeli. Najbliższą godzinę biegamy tam i z powrotem po uliczkach. Wiadomo już, że położenie hotelu jest błędnie pokazane, nazwa hostelu nic nie mówi mieszkańcom, a adres podany na Booking.com jest dla nich czystą abstrakcją.
Wreszcie ktoś dzwoni w naszym imieniu na telefon podany na Booking.com, rozmawia po hiszpańsku i przekazuje nam informację jak dojść. Na miejscu znajdujemy spory, piętrowy budynek z balkonami obiegającymi U-kształtne podwórko. Na parterze i na piętrze znajdują się pokoje do wynajęcia, jest i biuro, w którym zasięgamy dalszych informacji. Wyjaśnia się, że zabukowaliśmy nocleg w jakimś nowym obiekcie, o którym mało kto słyszał w miejscowości. Obsługa kontaktuje się z chłopakiem, ten przeprasza i tłumaczy, że będzie dopiero o 18:00.
– W porządku – przejdziemy teraz do miasta. Wrócimy wieczorem.
– Okej, nie ma sprawy.
Zostawiamy rzeczy w recepcji i idziemy do miasta.
– Co teraz robimy?
– Może byśmy coś zjedli. Jesteś głodna pewno, ja też.
W tak zwanym centrum pytamy o możliwość przyjazdu busem do wodospadu Salto de Jimenoa. Ponoć nie ma, okej wierzę. Proponują nam motocykl.
– Za pół godziny wrócę z kolegą – mówi chłopak i odjeżdża motorem.
W porządku. Ciekawe, czy dotrzyma obietnicy.
Po jakimś czasie zjawia się z powrotem, ale sam.
– Zabierzemy się na jednym motorze – stwierdza.
Potwierdzam umówioną cenę i ruszamy. Droga, którą jedziemy ma numer 28 i prowadzi przez góry w kierunku południowym. Tuż po opuszczeniu Jarabacoa wokół nas pojawia się dżungla i chociaż jest środek dnia, robi się ciemno i chłodno. Motocykl obciążony dwiema osobami z trudem wjeżdża pod górę.
– Trzymasz się? – przekrzykuję jazgot silnika.
Małgosia tylko kiwa głową.
Po 7 kilometrach docieramy na skraj rozproszonej na dużym obszarze wioski Paso Bajito i zatrzymujemy się na niewielkim leśnym parkingu.
– Chyba nie będziemy trzymać pana? – zwracam się do Małgosi po polsku.
– Bo zapłacone mamy w jedną stronę, tak?
– Nie wiem. Miał nas tu zawieźć. Trudno powiedzieć, ile czasu tu spędzimy.
– Dobra. Rozlicz się z nim i niech wraca.
Mężczyzna czuje się jednak zobligowany do pokazania nam drogi do wodospadu. Prowadzi nas dróżką przez tropikalny las. Po prawej stronie otwiera się widok na tarasy z niewielkie polami uprawnymi. Nie wiem, co tam rośnie, bo krzaczaste uprawy są jeszcze niskie. Spaceruje po nich kilka czapli białych (Ardea alba). Po kilku minutach docieramy do niewielkiej platformy na zboczu góry. Poniżej nas naszym oczom ukazuje się dolina a po jej przeciwnej stronie, w odległości może 500 metrów dostrzegamy wypływającą z zielonego gąszczu białą kaskadę wody. To jeden z wodospadów Jimenoa.
– Wodospad to po hiszpańsku salto – mówi mężczyzna.
– Oh? – Małgosia wdaje się w rozmowę z Dominikańczykiem.
Ten wypytuje skąd jesteśmy, co widzieliśmy. Dziewczyna cierpliwie odpowiada.
– Tam w dół prowadzi ścieżka, mogę was zaprowadzić.
– Małgosiu – wtrącam się po polsku. – Trzeba się będzie pozbyć tego faceta, zanim doliczy opłatę za usługi przewodnickie.
– Dziękujemy ci bardzo, trafimy dalej sami.
Rozliczam się z facetem.
– Może was tam jednak zaprowadzę?
– Nie, nie trzeba.
– Okay.
Schodzimy w dół doliny. Ścieżka jest błotnista i nieco śliska, później nieco się wypłaszcza. Z przyjemnością patrzę na otaczające otaczającym mnie tropikalny gąszcz. Różnorodność gatunków robi wrażenie – niestety często nie wiem, co to za gatunki. Ale widać pnącza wspinające się na drzewa, epifity z rodzaju Bromelia rozłożone na gałęziach drzew. W tym klimacie znane w Polsce rośliny doniczkowe rozrastają się do gigantycznych rozmiarów. Oto Epipremnum pinnatum, pnącze, którego wielkie kilkudziesięciocentymetrowe liście oplotły pień do wysokości drugiego piętra. Obok wyrosła kępa jakich akacji z podwójnie pierzastymi liśćmi. Tu i ówdzie rosną dzikie banany (Musa paradisiaca L.). Spotykamy również „strzelające gwiazdy” (Clerodendrum quadriloculare) – pochodzący z Nowej Gwinei i Filipin krzew z kwitnącymi na biało i purpurowo kwiatami. To kuzyn Clerodendrum paniculatum, którego kwiaty-pagody spotykałem już na Borneo. Wszechobecne są krotony (Codiaeum) z pięknie wybarwionymi żółto-zielonymi liśćmi, tu i ówdzie dostrzegam charakterystyczne czerwone kwiaty alpinii purpurowej (Alpinia purpurata) z rodziny imbirowatych.
Z przeciwnego kierunku nadchodzi grupa kilku turystów.
– ¡Hola! – pozdrawiamy uprzejmie.
– ¡Hola! ¡Hola!
Zza kolejnego zakrętu wyłania się niewielka kotlinka. Na wprost nas kilku ukazuje się wodospad z wąską strugą wody spadającą prawie nieprzerwanym strumieniem z wysokości 45 metrów do niewielkiego jeziorka u podnóża. Powietrze jest tu wilgotne, przesycone mgiełką. Wodę odprowadzana jest przez rzeczkę wypływającą ze wspomnianego stawu. Brzeg jest kamienisty pokryty białymi otoczakami. Dwóch czy trzech miejscowych chłopaków skończyło właśnie kąpiel. Narzucają na mokre ciała ubrania, uśmiechają się do nas, coś tam wołają. Zostajemy sami. Jak ja lubię te momenty zagubienia "w dziczy"! Przypominają mi się wówczas wszystkie te fajne chwile, chociażby spędzone przy innych wodospadach – w Tajlandii, Malezji czy na Filipinach. Ja wiem, że kilometr czy dwa dalej znajdują się wioski i toczy się tam normalne życie, ale tu, na uboczu, możemy poczuć się przez moment jak u źródeł Amazonki.
– Kąpiemy się?
Nie czekając na odpowiedź, zrzucam ubranie i wyskakuję do wody. Jest styczeń, w Polsce może kilkunastostopniowy mróz, ale woda w górskiej rzece nadaje się do kąpieli. Jak ja to lubię!
– A Ty nie masz ochoty? – pytam, wychodząc później z wody.
Małgosia zdążyła się już rozebrać i teraz opala się, wykorzystując chwile, gdy słońce wyłania się zza chmur.
– Wejdę na chwilę.
Małgosia lubi wodę i, z tego co wiem, dobrze pływa. Teraz ostrożnie bada stopami kamieniste dno i brodzi w kierunku wodospadu. Widzę, że jest zadowolona. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, jest absolutnie urocze, oboje jesteśmy zadowoleni. 5 minut później Małgosia wraca na brzeg… sucha.
– To mi wystarczy.
Rozkładamy się na kamieniach, by coś zjeść, za stół mamy wielki głaz. Małgosia zgrabnie rozkrawa wielkie awokado, mamy jeszcze ze sobą bułki.
Czas wracać. Nie spieszymy się bardzo, zresztą ścieżka prowadzi pod górę. Jest czas, by sfotografować ketmię różę chińską (Hibiscus rosa-sinensis) z czerwonymi płatkami i długim, wysuniętym słupkiem zakończonym żółtymi pylnikami, kolejne okazy Clerodendrum quadriloculare. Szczególnie podoba mi się Megaskepasma erythrochlamys pochodzący z Wenezueli gatunek z rodzaju akantowatych. Spośród czerwonych płatków wystają inne białe i dłuższe, co tworzy naprawdę niezwykły obraz. Widzę również żółte kwiaty i czerwone pąki na niwielkiej roślinie. Identyfikuję ją później jako niecierpka pomarańczowego (Impatiens capensis). Przy drodze spotykamy natomiast wspaniały 15-metrowy okaz ogorzałki wełnistej (Ochroma pyramidale), Drzewo to ma niezwykłe kwiaty tworzące duże skórzaste pięciodzielne kielichy w kolorze brązowym i waniliowym. Co ciekawe, są zapylane przez… nietoperze (chiropterogamia). Drzewo to jest jednak znane przede wszystkim z racji wyjątkowo lekkiego drewna, znanego powszechnie jako… balsa**/! Fotografuję jeszcze cynobrowe kwiaty cynii (Zinnia elegans) i ruszamy na piechotę do Jarabacoa. Próbujemy łapać stopa, ale ruch jest mały. Ostatecznie lituje się nad nami jakiś kierowca i podrzuca do centrum.
Zaglądamy do kościoła parafialnego pw. Matki Bożej z Góry Karmel (Parroquia Nuestra Señora del Carmen). Niczym specjalnie się nie wyróżnia ani z zewnątrz, ani w środku. Wystrój jest prosty, surowy. Uwagę moją zwraca jedna z nielicznych wiernych odwiedzająca właśnie kościół. Stanęła przed bocznym ołtarzem, rozłożyła ręce na boki, a dłonie zwróciła ku obrazowi Matki Boskiej. Modli się. Rzadko widzę takie postawy oddania Bogu, region Jarabacoa znany jest jednak z silnej religijności i żywej tradycji parafialnej. Wychodzimy.
W parku opodal przy stoliku siedzi grupka mężczyzn. Grają w domino. To typowy obrazek w tym kraju. To wręcz element kultury: gra się w parkach, na ulicach, w barach. Często przy głośnych rozmowach i muzyce, a rozgrywane partie bywają bardzo rozemocjonowane. I tutaj kibice głośno komentują rozgrywkę, gracze czasem wykonują teatralne gesty. Mnie osobiście domino wydawało się nudną grą. Na Karaibach nie jest ciche „siedzenie przy stole” — to wydarzenie społeczne. Przeciwnicy obserwacja swoje reakcji przy dokładaniu kamienia, czasem głośno, triumfalnie kładą kamień, pospieszają gracza, krzycząc ¡Vamos! Czasem specjalnie zwalniają tempo gry. W Dominikanie gra się indywidualnie lub zespołowo (często w parach) z użyciem 28 kamieni (double-six). Zasady gry są takie jak w Polsce.
Na wyspie można czasem spotkać karciarzy grających w brisca lub chinchón (podobnej do remika) z użyciem baraja española, czyli hiszpańskiej talii.
Czas na jakiś obiad. W najbliższej knajpce serwują sandwich de tortilla – cienki placek z zawiniętymi warzywami z kurczakiem, do tego bierzemy sałatkę z sałaty cebuli i pomidorów. Tutejsza tortilla (np. tortilla rellena to domowy, jajeczny omlet z ziemniakami, a nie tortilla do wrapów.
Pojedzeni, idziemy na spacer po mieście. Chcemy poczuć tutejsze klimaty. Zahaczamy o miejscowy cmentarz. Pomalowane na biało grobowce są wykonane z cegieł lub betonu i maja często wielkość kiosku Ruchu. Niestarannie namalowane farbą napisy typu "Familia Sanchez" wskazują, że to miejsca pochówku dla całych rodzin. Zmarli są wymieniani na niewielkich panelach na ścianach grobowców, niekiedy bliscy dołączają kolorowe zdjęcie. Spacerujemy uliczkami. Domy są na ogół parterowe, rzadziej jednopiętrowe. W centrum miasta co drugi z domów jest przeznaczony na sklepik, punkt usługowy lub knajpkę. Jest popołudnie, wielu mieszkańców wyciągnęło plastikowe krzesła przed dom i spędza czas na rozmowach lub obserwacji przechodniów.
– Chyba jednak nie czują się tu bezpiecznie – stwierdza Małgosia.
Istotnie, wiele domów ma zakratowane okna, także werandy na parterach są zaopatrzone mocne kraty.
Wracamy do naszego "apartamentu". Niewydarzony właściciel domku zdążył już wrócić z kluczem, czeka na nas w recepcji gdzie zostawiliśmy bagaże.
– Bardzo was przepraszam – mówi i otwiera domek przeznaczony dla nas.
Piętrowe łóżko, umywalka w pokoju i prysznic za zasłonką z folii.
Bezskutecznie próbuję zaświecić światło. Chłopak pstryka wyłącznikiem kilka razy, ogląda żarówkę, potem zagląda do bezpieczników.
– Bardzo was przepraszam.
Na szczęście prąd w gniazdkach jest, będziemy mogli podładować akumulatory.
– That’s okay.
Uśmiecham się w duchu, zastanawiając się, jak facet wybrnie z tej sytuacji. Sprawdza jeszcze raz bezpieczniki i wyłącznik. Tłumaczy, że dopiero zaczął świadczyć usługi hotelowe, wcześniej bawił się w Coachsurfing. Teraz postanowił wyremontować domek i zarabiać. Najwyraźniej jednak instalacja elektryczna została źle zaprojektowana lub wykonana.
– Jeszcze raz przepraszam – mówi chłopak i żegna się.
_____________________________
*/ RPA produkuje 100 ton rocznie, Polska zaledwie 600 kg…
**/ Gęstość balsy to około 0,11 g/cm3. Dla porównania: korek – 0,28 g/cm3, brzoza – 0,66 g/cm3, gwajakowiec 1,30 g/cm3, eukaliptus Allocasuarina luehmannii – 1,35 g/cm3. Balsa była marzeniem każdego modelarza 50 lat temu.