Kornel: moje podróże - Strona startowa
Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]
W drodze do Jordanowa | A plecaka nie oddam | Miłe spotkania na Policy | Wchodzę na Babią Górę | Ciężkie życie kierownika
Rabka 5:30 – Skomielna Biała – Jordanów 9:10 – Bystra Podhalańska – Cupel – Hala Krupowa 13:20 – Polica 14:00 – Przeł. Krowiarki 15:45 – Sokolica – Babia Góra 17:40 – Przeł. Brona – Markowe Szczawiny 19:30
Wstaję jak zwykle, czyli przed piątą. Przed wyjściem napotykam na problem: jestem zamknięty na klucz. Przez kilka minut głośno pukam do wewnętrznych drzwi. Śpią, albo nie chce się im zejść. Wymykam się przez okienko. Szybkim krokiem maszeruję do centrum Rabki. Przechodzę obok zabytkowego XVI-wiecznego kościoła mieszczącego muzeum etnograficzne im. Władysława Orkana. Pusto na ulicach, ledwie kilku ludzi spieszy do nowego kościoła. Przechodzę przez most na Rabie i... gubię szlak. Skręcam w stronę Skomielnej Białej i idę szosą. Obok mnie, nieco bardziej na południe ciągnie się pas wzgórz ze Zbójecką Górą i Birtalową. Tamtędy pobiegł szlak. Trudno, nadłożę trochę drogi. W Jordanowie jestem po dziewiątej. Robię większe zakupy, bo za Bystrą nie znajdę sklepu na szlaku aż do Węgierskiej Górki.
Polami i laskami schodzę w kierunku Skawy, na horyzoncie mój dzisiejszy cel: Babia Góra. Pokryta płatami śniegu, zamglona i taka... odległa! Na razie zabawny mostek, wiadukt nad strumykiem, wzdluż którego wiedzie szlak i zabudowania Bystrej Podhalańskiej. Mam straszną ochotę na zimną pepsi-colę. Samoobsługowy sklep w Bystrej jest w stanie sprostać moim potrzebom. Ekspedientka krzyczy, że z plecakiem tu nie wolno wchodzić. Sorry, paniusiu: nie lubię się z nim rozstawać.
Po trzech godzinach od Bystrej dochodzę do schroniska na Hali Krupowej. Czekam przy okienku, aż zabłoceni quadowcy kupią swój bigos. Siadam przy kawie, wcinam chleb z żółtym serem. Słyszę obok jakby znajomy głos.
– Przemek, to ty? – zwracam się do jednego z dwóch mężczyzn.
– Cześć, właśnie patrzę, że znajoma twarz, ale nie byłem pewien.
Ucieszyło mnie to spotkanie. Byliśmy razem w Karelii, pytamy się o plany na przyszłość.
– Wiesz – mówię – ja wciąż pamiętam o tym pomyśle, by zimą wybrać się do Zachodniej Syberii: do Nowego Urengoja, przejechać zimnikiem po Obie.
Zbieram się. Kawał drogi jeszcze przede mną. Po dziesięciu minutach znów spotykam kogoś znajomego. Wacek, kolega ze studiów. Zatrzymujemy się na chwilę, przedstawia mi swą żonę.
– Niedzielna wycieczka? – pytam z uśmiechem patrząc na ich jasnokremowe spodnie i czyste, nowiutkie buty.
– Tak, przyjechaliśmy do Zawoi, idziemy na obiad na Halę Krupową.
Nieco później, taplając się na Policy w błocie i grzęznąc w topniejącym śniegu uświadamiam sobie, że moja wyprawa blednie przy ich osiągnięciu: trzeba naprawdę dużego wysiłku, by w tak nieskazitelnym stanie tędy przejść!
Ale ja nie mam czasu na szukanie bocznych dróżek. Muszę dojść nie tylko na Krowiarki, ale i wdrapać się na Babią Górę. Najgorsze jest to, że zrobiło się ciemno, świat pokrył się ciężkimi chmurami, zerwał się wiatr, a z oddali dolatują grzmoty...
Maszerując grzbietem Policy (1369 m n.p.m.) dochodzę do pomnika upamiętniającego katastrofę An-24 z 1969 roku. Na czarnym stateczniku wśród wypisanych 53 nazwisk ofiar odnajduję Zenona Klemensiewicza, którego imieniem nazwano pobliski rezerwat.
Długie zejście na Krowiarki. Każda zmiana nachylenia terenu zdaje się sugerować, że to już ostatni odcinek drogi. Ale nie. Jeszcze i jeszcze. W dół a czasem w górę. Wymijam odważną włoską rodzinę, która wybrała się z przełęczy do schroniska. Są z kilkuletnimi dziećmi, tłumaczę im, że to spory kawałek a pogoda niepewna. Wreszcie Przełęcz Lipnicka zwana Krowiarkami (986 m n.p.m.)
– Pan zna się na pogodzie tutaj – zwracam się do starszego mężczyzny sprzedającego tu oscypkopodobne sery – Będzie burza? Czy tylko popada?
Patrzymy na ciemne niebo. On i chłopak sprzedający bilety do BPN odradzają mi włażenie na Babią.
– Deszcz może popadać, piorunów się boję – otwieram przed nimi swą duszę.
– No, puszczę pana – bileter podaje mi pocztówkę za 4 złote – I tak pan zawróci z Sokolicy do mnie. Z Babiej schodzą zakapturzeni ludzie. Wymijam matki z dziećmi i grupki młodzieży. Podejrzliwie patrzą na mnie. Deszcz kropi, ale jeszcze na dobre się nie rozpadało, grzmoty dochodzą do mnie od strony Żywca. Może zdążę zanim rozszaleje się żywioł? W dobrym tempie posuwam się do góry. Na stoku sporo śniegu, ślisko, łapię się, czego mogę. Z Sokolicy więcej widać: nad doliną Skawicy i Skawy mnóstwo granatowych chmur, ale nie pada. Nurkuję miedzy kosodrzewinę i poruszam się zielonym tunelem od tyczki do tyczki. Łłłłup! Rozlega się w pobliżu grzmot. Zastanawiam się, czy takie tyczki przyciągają pioruny. No, niby drewniane. Na wszelki wypadek mijając je przyspieszam kroku ;-) Powyżej kosówki wieje jak diabli. Czyli – jak na Diablaku. Nad Słowacją leje i błyska się. Ale nade mną – przejaśnia się. Wygląda na to, że burza przeszła bokiem. Na szczyt (1725 m n.p.m.) dochodzę już na luzie. Dwie godziny od Krowiarek, więc nie najgorszy czas. Cieszę się, że tu dotarłem! W końcu na Babią szedłem dziewięć dni, jak mało kto ;-)
Nastrój poprawia mi dodatkowo słoneczko, które wychyliło się zza chmur i oświetla zachodnie stoki góry. Jest dobrze. "Bo po burzy zawsze przychodzi spokój". Ostrożnie schodzę po wilgotnych kamieniach na przełęcz. Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze wybrał się teraz na Babią, ale nikogo nie spotykam. Dochodzę do Brony, tu chwila oddechu. Na północnym stoku jeszcze więcej topniejącego śniegu. Ślizgam się, moje buty nie mają zbyt głębokich traktorów. Raz i drugi siadam na śniegu i śmieję się. Niżej kończy się śnieżna jazda a zaczyna przeskakiwanie pomiędzy krzyżującymi się strumyczkami. Jeszcze chwila i między drzewami ukazują się budynki.
Markowe Szczawiny to obecnie plac budowy. Strzałka "Noclegi" kieruje do niewielkiego budynku GOPR-ówki.
– Dobry wieczór.
– Dobry wieczór – otwiera mi drzwi starsza kobieta – Na nocleg?
– Tak.
– Ile osób?
– No, ja jeden... Właśnie idę z...
– Ile noclegów? – przerywa mi.
– Jeden.
– No dobrze. Jest miejsce. 27 złotych. Będzie coś potrzebne z kuchni?
– Tylko trochę wrzątku. Trochę przemokłem i ...
– Złotówka za szklankę. Dużo tego wrzątku? Bo kuchnia czynna do 19.00.
– A buty to pan położy do tych pudeł w przedsionku. Panie kierowniku! – kobieta puka do pokoju obok – Na nocleg jeden!
Siadam na schodach i ściągam mokre buty i skarpety. Chętnie bym wysuszył buty w kuchni, ale podobno nie ma możliwości. Kierownik wychodzi ze swego pokoju i bierze ode mnie dowód osobisty. Próbuję podjąć rozmowę.
– No, namęczyłem się dziś. Idę z Rabki czerwonym szlakiem, teraz schodzę z Babiej. Na szczęście burza przeszła bokiem...
Mężczyzna znika na chwilę za drzwiami. Oddaje mi dowód i nawiązuje do mojej rozmowy z kobietą.
– Wy traktujecie schroniska jak pomoc charytatywną. Wrzątek darmowy wszyscy chcą: a to do herbaty, a to żeby zupki chińskie zalać. Widział to ktoś? Na herbatę ich nie stać a potem w pokoju znajduję sześć butelek po wódce.
– No wie pan. Zwykle wrzątek jest darmowy dla tych, co nocują.
– Na Pilsku płaci się za wrzątek – wtrąca kobieta. Hm... Ciekawe, czy była kiedykolwiek na Hali Miziowej.
– Ja mam ceny w kuchni niższe niż w restauracji. – mówi mężczyzna – A ile wszystko kosztuje! Podatki muszę płacić. Za energię muszę płacić. Tu nie ma pieca kuchennego, by wrzątek był zawsze dostępny. Trzeba na gazie grzać. Wiesz, ile to kosztuje?
– A jak ktoś przyjdzie w nocy zmarznięty?
– U mnie nie ma spania na podłodze. Nie ma miejsca to odsyłam. 45 minut do przejścia, mogą szukać noclegu w Zawoi. A w ogóle to na Słowacji nie ma wrzątku i jedzenia własnego w schronisku. W Austrii jest tak samo. Wiem, bo właśnie wróciłem z Alp.
Nie chce mi się tego słuchać. Myślę, że niektórzy ludzie zapomnieli znaczenia słowa "schronisko". Boso, z kubkiem herbaty w ręku, idę na pięterko.
W pokoju para dwudziestokilkulatków. Australijczycy. On, pochodzenia polskiego, przyjechał do Polski na studia. Chce poznać kraj, jest zachwycony polską przyrodą, gdyby mógł tu zostać – zostałby. Na razie zostaje na Markowych Szczawinach – zmogła go jakaś niedyspozycja żołądkowa czy przeziębienie i są uziemieni.
Zaczynam długą wędrówkę Pasmem Babiogórskim. Przede mną Cupel, Polica i Babia. No i kilka mniej ważnych szczytów. Na szlaku towarzyszy mi chłopak z dziewczyną. "Towarzyszy" to może za dużo powiedziane. Raz ja prowadzę, raz oni mnie wyprzedzają. Za każdym razem wymieniamy uśmiechy. Mają system partnerski: niosą plecak na zmianę. Budujące.
O boże, co za rozmowa. Chciałbym wejść do środka, zagrzać się, położyć.
No tak. Ciężkie jest życie kierownika schroniska. Kazali mu wziąć schronisko w dzierżawę – to wziął, cóż było robić. Musi teraz nie tylko płacić podatki, ale jeszcze utrzymywać czteroosobową rodzinę.