Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Rymanów Zdrój – Kąty

wtorek, 5 V 2009


Smutek i gorycz | Cergowa: wspaniała góra | Tylko mi sieci brak | Szukam śladów ciotki


Rymanów Zdrój 6:30 – Iwonicz Zdrój 8:20 – Cergowa 11:15 – Nowa Wieś 12:10-12:20 – Chyrowa – Chyrowa Wieś 15:20 – Dania – Polana – Kąty 18:30 Iwonicz Zdrój

Dziś wyjątkowo późno wychodzę na szlak: 6:30. Ale nie przejmuję się tym. Zamierzam dojść do Kątów, to około 12 godzin drogi. Za Kątami zaczyna się Magurski Park Narodowy, kolejny "ludzki" nocleg miałbym dopiero w Bartnem, siedem godzin dalej.

Idę lasem, który znam od najwcześniejszego dzieciństwa. Z goryczą obserwuję zmiany i spustoszenia dokonane ludzką ręką. Gąszcz, który był kiedyś nie do przebycia, zamienił się w plątaninę dróg wyharatanych przez ciągniki. Kiedyś ten uzdrowiskowy las z gęstym podszyciem zdawał się być dżunglą. Dziś – oszpecony i przerzedzony – jest goły i niemal martwy. Jest dla mnie czymś zupełnie niezrozumiałym, że władze Rymanowa dopuściły do takiej degradacji obszaru, który należało chronić.

Lubatowa Po zejściu z Mogiły, szlak wiedzie przez Suchą Górę. Dawniej las rozbrzmiewał dziwnymi dźwiękami: szuraniem, skrzypieniem, piskami. Przez ścieżkę przebiegały stalowe liny, które, poruszając się rytmicznie, napędzały poprzez system kół i przekładni pompy szybów naftowych. Wydobyta ropa spływała rurami do wielkich zbiorników w dolinie Klimkówki. Dziś te instalacje zostały w większości zdemontowane lub rozkradzione. Ale ropa wciąż tu jest – cały czas pracuje szyb zbudowany w latach osiemdziesiątych, zaś w górnej części Klimkówki buduje się kolejne.

Jeszcze Glorietka i już jestem w Iwoniczu Zdroju. Uzdrowisko wygląda na uśpione, choć przecież już po ósmej. Najwyraźniej kuracjusze i wczasowicze wstają później niż ja. Mijam zabytkowe już centrum z łazienkami i pijalnią. Ależ ja mam szczęście, że "mój" jest Rymanów a nie Iwonicz! Nigdy nie lubiłem wody zdrojowej w Iwoniczu, tę rymanowską – mogę pić bez ograniczeń. Szczególnie ukochałem "Tytusa". Śmieję się zwykle, widząc zdumione miny innych, gdy wypijam kolejno pięć czy siedem szklanek wody zdrojowej. Kwestia przyzwyczajenia.

Wąską asfaltową drogą schodzę do centrum Lubatowej. Mijam neogotycki kościół i robię drobne zakupy w sklepikach. Skręcam w prawo obok dużej szkoły, droga wyprowadza mnie na wzgórze za wsią. A oto i Cergowa! Oddalona stąd o godzinę drogi, dumnie wyrasta ponad okolicę. Często mówi się o wyjątkowości Cergowej. A to za sprawą charakterystycznej wielbłądziej sylwetki, którą najlepiej obserwuje się od południa – z drogi na Barwinek, spod Piotrusia. Moje pierwsze i jak dotąd jedyne, spotkanie z tą samotną górą odbyło się pod koniec lat siedemdziesiątych. Wybrałem się wtedy – nastoletni chłopak – ze swym młodszym kuzynem i jego kolegą. Ośmiogodzinna wycieczka z Rymanowa Zdroju była dla nas wielkim wydarzeniem. Dziś góra nie budzi we mnie takich emocji, chociaż zaciekawia: ponoć liczba odkrytych jaskiń i szczelin na stokach Cergowej wzrosła w ostatnich latach do kilkudziesięciu.

Cergowa Asfaltową a później polną drogą podchodzę do lasu. Tu, gdzieś na stokach Cergowej, jest rezerwat cisów, ale z pewnością nie będę go szukać. Droga początkowo wznosi się łagodnie, później prowadzi ostro do góry. Pomiędzy drzewami wyrastają piaskowcowe skałki, może i one kryją jakieś tajemnice? W dobrym tempie wychodzę na grzbiet. Wokół przepiękny bukowo-grabowy grąd. Północne stoki opadają tak stromo, że czubki drzew poniżej wydają się być na wyciągnięcie ręki. Piękna góra.

A oto i najwyższy zachodni wierzchołek (716 m n.p.m). Pod krzyżem spotykam trójkę gimnazjalistów, którzy najwyraźniej urwali się z lekcji. Wpisuję się do zeszytu umieszczonego w blaszanej skrzynce. Schodzę ku Nowej Wsi, a w prześwitach między drzewami widzę pasmo graniczne nad Barwinkiem, Piotrusia i wzgórza za Trzcianką. Im bliżej wsi, tym bardziej narasta hałas z kamieniołomu zlokalizowanego po przeciwnej stronie dukielskiej szosy. Ależ życie mają tu mieszkańcy! Współczuję. Wiosna

Przekraczam Jasiołkę i zmierzam ku pustelni św. Jana z Dukli. Zabawne, ale nigdy tam nie byłem – mimo że kilka razy przejeżdżałem na rowerze w pobliżu. Dziś będzie okazja. Pół godziny później jestem na miejscu. Jednoizbowy domek ze skromnym wyposażeniem. Właściwie mógłbym tu pomieszkać, gdyby tylko podłączyli mi sieć. Obok kościółek i pielgrzymkowa grupka z plecakami. Bardzo zajęci swoimi sprawami ;-)

Droga na szczyt Chyrowej nie jest zbyt interesująca. Góra-dół, góra-dół. Ciężko nawet się zorientować, gdzie jest szczyt. Na szczęście – trzy godziny od Nowej Wsi – opuszczam las dochodząc do wsi Chyrowa. Mijam XVIII-wieczną cerkiew, kilometr wzdłuż szosy i skręcam na zachód tuż przy agroturystyce (30 zł, niepoważne). Przede mną nieco ponad trzy godziny drogi do Kątów (tabliczka PTTK, jak zwykle przy miejscu noclegowym, zawyża czas; obrzydliwość).

Wspinam się początkowo zboczem "międzynarodowego" szczytu Danii, później ścieżka wyprowadza mnie na grzbiet Polany (650 m n.p.m.). Zrobiło się pochmurno i jakoś tak smutno. Na dodatek trafiam na ścinkę drzew, znikają znaki i kilka minut muszę poświęcić na odnalezienie dalszej drogi. Jeszcze jedna górka – Łazy i obniżam się ku Kątom. Mijam z prawej nadajnik radiowy i idę polami w stronę krzyża popełniając tym samym błąd. Szlak bowiem zbiega w lewo, przed dojściem do krzyża i wieży widokowej.

Wejście na wieżę "tylko w towarzystwie osoby uprawnionej". He he, gdybym miał więcej sił to bym wlazł i bez uprawnień. Ale po co? Wszystko widać i stąd! Pustelnia św. Jana z Dukli

Schodzę do Kątów zielonym szlakiem, po kilkuset metrach odnajduje się szlak czerwony. Kamienista droga wyprowadza mnie w pobliże mostku na Wisłoce. Obok duży ceglany budynek z agroturystyką w sąsiedztwie żółtego budynku gospodarczego. Ale najpierw zakupy w jednym ze sklepików obok.

– Przepraszam, czy pani jest z Kątów? – pytam sprzedawczynię – Nie? Szkoda. Tu w Kątach, przed wojną pracowała moja ciocia jako nauczycielka. Szukam kogoś, kto ją znał. Może ktoś z emerytowanych nauczycieli ją pamięta?

– Jest tu taka starsza pani – mówi syn sklepowej popijając piwo z puszki.

– Tak, tak, znam ją. Mieszka ze dwa kilometry dalej w stronę Żmigrodu – uzupełnia kobieta.

Trudno i darmo. Nie chce mi się chodzić tak daleko. Chcę wypić kawę i odpocząć. Odtwarzanie historii rodzinnych musi zostać odłożone na inną okazję.

– Cześć, mieszkasz tu? – zaczepiam 4-letnią dziewczynkę przed ceglanym budynkiem z estetycznym kwietnikiem – Jest ktoś w domu?

– Uhu. Tak, jest. – odpowiada rezolutnie, zeskakuje z rowerka i prowadzi na podwórko.

– Dzień dobry, dzień dobry – witam się z gospodynią, która właśnie wyszła z obory – Idę czerwonym szlakiem, doszedłem tu i szukam noclegu.

Wyciągam wydrukowany fragment relacji z sieci i czytam odpowiedni fragment: "Polecamy nocleg w jednym z nich – dużym z czerwonej cegły, 10zł/os, miły gospodarz."

Chyrowa – O, to chyba stary tekst. – uśmiecha się kobieta – Ale proszę na górę, zobaczy pan pokój. Tylko uprzedzam, że nieposprzątane po gościach.

Pokoiki są schludne i jakoś nie dostrzegam bałaganu. Nie ma więcej gości, zanocuję sam. Pakuję się więc do kuchni, gdzie również znajduje się łóżko. Będę miał blisko do czajnika.

– Tak mi pan wyjechał z tym tekstem o dziesięciu złotych, że teraz nie wiem, co zrobić.

– Hm...

– Piętnaście będzie dobrze?

– Jasne! Tylko jest taka rzecz. Ja wcześnie wstaję...

– Nie szkodzi. My przed szóstą na nogach.

O, jak dobrze wskoczyć do śpiwora i wypić ciepłą kawę! Dziś droga nie była zbyt długa, raptem 12 godzin, ale pęcherze na stopach jeszcze mi dokuczają. Jutro Magurski Park Narodowy.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej