Kornel: moje podróże - Strona startowa

Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11]


Smerek – Duszatyn

niedziela, 3 V 2009


Wejście na Okrąglik. Ugh! | Jak to z kurą było | Jasło – wyżej nie będzie | Tatuś | Czy zdążę wejść na Chryszczatą? | Przy ognisku, przy ognisku...


Smerek Wieś 5:30 – Fereczata 8:15 – Okrąglik 9:15 – Jasło – Cisna 12:00-12:20 – Hon 13:00-13:20 – Wołosań 15:30 – Przeł. Żebrak 17:00 – Chryszczata 18:30 – Duszatyn 21:00 Pod Okrąglikiem

Wymykam się ze stodoły o wpół do szóstej zostawiając karteczkę z podziękowaniem za gościnę. Idę kawałek asfaltem, aż do bocznej drogi. Patrzę na tabliczkę: "Okrąglik przez Fereczatą 3 h". Hm, myślę sobie... nie słyszałem o Fereczacie! Moja skserowana mapka podpowiada mi, że to szczyt na wschód od Okrąglika. Najwyraźniej zmienił się przebieg szlaku od czasów, kiedy szedłem tedy ze Staszkiem. Schodziliśmy wówczas do Starego Sioła. Staszek szedł swym wydłużonym krokiem, ja, jak zwykle, truchtałem za nim. Dał mi wtedy w kość! No, dobrze, niech będzie Fereczata. Idę początkowo polną drogą mijając ostatnie zabudowania. Po łące kłusują spłoszone sarny: jedna... druga... trzecia! Droga wspina się na zbocze, raz mniej, raz bardziej stromo. Po godzinie zaczyna to być nudne. Ileż jeszcze tego podchodzenia!? Popijam czekoladę wodą i człapię w górę. Przy pniaku znajduję zagubione lub porzucone arkusze pomiarowe. W rozbudowanej tabelce liczba drzew o określonej średnicy. Bardzo ciekawe ;-) Fajnie tak być leśniczym i liczyć sobie drzewa w swym lesie. A może to część pracy magisterskiej? Nie wiem. Ot, jeszcze jedna zagadka ;-)

Podchodzę do szczytu spodziewając się, że teraz już łatwo pójdzie: Okrąglik i sru! do Cisnej. Ale gdzie tam! Ścieżka obniża się na przełęcz, wspina się na kolejne wzniesienie, potem kolejna przełęcz, a Okrąglika jak nie ma tak nie ma. A poziomice na mapce układały się tak równolegle do szlaku na tym odcinku! Wrrr... Na pocieszenie mam piękne widoki na Słowację. Poza tym słońce przedarło się przez chmury i w ogóle nie jest źle. W końcu węzeł szlaków przy Okrągliku. Są tabliczki polskie – drewniane i zniszczone oraz tabliczki słowackie – blaszane i estetycznie wykonane. Skąd się biorą te różnice? Przecież nasz sąsiad zawsze był biedniejszy! No, a teraz nas wyprzedzili: mają euro i jeżdżą na zakupy do nas. Chryszczata

Patrzę w kierunku północno-zachodnim. Daleko, daleko przede mną pasmo Chryszczatej. Wydaje mi się niemożliwe, by tam dojść dzisiaj. A przecież w linii prostej nie ma 20 kilometrów... Bardziej na południe biegnie, zbudowana w latach siedemdziesiątych, Droga Karpacka z Komańczy do Cisnej. Po raz pierwszy przejechałem nią na rowerze ze trzydzieści lat temu. To była wspaniała wycieczka w Bieszczady. A obok drogi – ciągnie się coraz słabiej wykorzystywana kolejka wąskotorowa. Kiedyś, w Woli Michowej czekałem ze Staszkiem na przyjazd tej kolejki. Właściwie czekaliśmy przed sklepem na przywóz chleba. Siedzimy tak sobie cierpliwie, słonko grzeje, karmię kury jakimiś okruszkami. I wówczas przypomniałem sobie doświadczenie, o którym czytałem kiedyś w młodości. Doświadczenie polegające na "hipnotyzowaniu" kury. Nie zważając na protesty Staszka złapałem kurę i położyłem na boku na chropowatym betonie. Staszek przytrzymał jej głowę, a ja narysowałem szybko kamieniem prostą linię na przedłużeniu jej dzioba.

– Puść! – zawołałem.

Kura nieruchomiała i wpatrywała się w kreskę. Udało się! I to za pierwszym razem. Byłem zdumiony, że to takie proste, linia była przecież ledwo widoczna. Po dwóch minutach przestraszyłem się. Kura leży jak nieżywa, zaraz tu przyleci jakaś babina z grabiami! Klasnąłem w ręce, kura podskoczyła, otrzepała się i gdacząc uciekła na bok.

Tyle wspomnień, teraz czas na Jasło (1158 m n.p.m.). Ciekawa dla mnie nazwa: nie wiem w końcu, czy związana jest z jasnym kolorem czy jedzeniem, jak tłumaczy Wikipedia. W każdym razie będzie to najwyższy szczyt na dziś i na najbliższych kilka dni. Nie protestuję ;-) W drodze ku młodszemu braciszkowi – Małemu Jasłu mijam skryty w lesie punkt czerpania wody – piję i robię zapas. Tu wreszcie napotykam pierwszych ludzi na szlaku idących z Cisnej. Mam wrażenie, że ten odcinek czerwonego szlaku (Smerek – Cisna) jest rzadko odwiedzany. Zastanawiające, dlaczego Orłowicz poprowadził szlak z połonin akurat na Okrąglik, a nie przez Wysokie Berdo i Jaworzec do Dołżycy. Jeziorka Dyszatyńskie

W Cisnej jestem w południe. Panuje odświętna atmosfera, flagi, pozamykane sklepy. Plecakowiczów raczej nie widzę. Dochodzę do schroniska pod Honem, czas na ciepły posiłek. Rozkładam się pod murkiem, przysmażam kiełbasę na patelni. Zapach zwabia dwa owczarki, które przyjechały wraz z właścicielami wypasionymi dżipami. Dostają po kawałku.

– Dość już! Wystarczy. – decyduję.

Ruszam w kierunku Wołosania. Jedna górka, druga, trzecia. Kilometry lecą. Cały czas zastanawiam się nad miejscem noclegu: czy zdążę wejść na Chryszczatą a później z niej zejść? Czy też – co bardziej prawdopodobne – dojdę tylko do przełęczy Żebrak. W informacji turystycznej w Cisnej i w schronisku pod Honem pytałem, czy baza studencka na przełęczy jest już czynna, czy ktokolwiek tam nocuje w majowy długi weekend. Wszystko wskazuje, że jeszcze nie. A mi średnio się uśmiecha nocować tam samemu. No nic, zobaczymy. Na razie widzę, że idą za mną dwie osoby: ojciec z dwudziestoletnią córką. Wybrali się raczej na spacer, bo nie mają plecaków. Na podejściach niebezpiecznie zbliżają się do mnie, przy zejściach zostawiam ich w tyle. W końcu doganiają mnie.

– Oho! Ekspres mnie dogonił... a ja towarowy, dalekobieżny – witam się z nimi na szczycie Sasów.

– To już Wołosań?

– Oj... jeszcze nie. Jeszcze jedna górka.

Zostają, postanowili zawrócić. Ja idę dalej. Oglądam się za siebie: obejmują się i całują. Ha, taki tatuś z ciebie ;-) Jeziorka Dyszatyńskie

Włażę na zalesiony szczyt Wołosania zwanego też Patryją (1071 m n.p.m.). Jest wpół do czwartej, połowa drogi z Cisnej na przełęcz Żebrak. Spotykam tu więcej osób – idą najczęściej z Jabłonki. Przede mną Jawornik, ostre zejście i pół godziny po płaskim i w końcu Żebrak. Kilku młodych ludzi pali ognisko, wskazują mi miejsce, gdzie można znaleźć wodę, ale mnie najbardziej interesuje tabliczka: "Chryszczata 2h" a pod spodem jeszcze bardziej optymistycznie brzmiące: "Jeziorka Duszatyńskie 2h 45 min". Mam za sobą dziś 30 kilometrów, ale nie czuję się zbyt zmęczony. Raźno ruszam i szczyt (997 m n.p.m.) osiągam już w półtorej godziny później. Akurat pod obelisk tu postawiony podjechała grupa rowerzystów. Robimy sobie wzajemnie zdjęcia.

Dalej tak dobrze już mi się nie idzie. Dochodzę do pierwszego jeziorka, siadam na przewróconym pniu i... nawet nie chce mi się robić zdjęć. Prawdę mówiąc, o tej porze, w półmroku i tak niewiele widać. Ale szmaragdowy kolorek wody, trzciny i pluskające się kaczki – muszą się podobać. Okrążam jeziorko, po pięciu minutach dochodzę do drugiego – równie urokliwego.

Przede mną jeszcze ponad godzina drogi wzdłuż potoku Olchowatego. Dochodzę do Duszatyna, widzę kilka świateł. Przy głównej drodze, ze sto metrów dalej jacyś ludzie palą ognisko, ja próbuję szczęścia w ogrodzonej posesji. Już już dzwonię do drzwi, gdy dopada mnie pies podwórkowy. Niby nie jest duży, ale odważny. Łapie mnie za nogę, ale lekko strzepnięty zlatuje ze schodów. Gospodyni przeprasza za psa (Niby dlaczego? Pies jest w porządku!) i zachęca mnie do rozbicia namiotu przy owych ludziach palących ognisko. Zna ich, co roku przyjeżdżają z namiotami. No dobrze, wycofuję się. Pod wiatą siedzi siedem osób, witają mnie niezbyt ufnie, ale po chwili zaprzyjaźniamy się. Dostaję herbatę i pieczonego kurczaka. Jest wesoło, opowiadamy sobie różne historie, później zaczynają się popisy pieśniarskie. Koło 23:00 rozkładam namiot na przeraźliwie nierównym gruncie. To będzie ciężka noc.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej